Legendy Polskiego Jeździectwa – Ludzie


Patron Legendy: Ewa Wiegandt, Aleksander Zembaczyński, Marcin Marciniak, Jerzy „George” Zbyszewski,
Marek Szewczyk

Opiekun Legendy: Katarzyna Głuszek, Jan Świdziński, Andrzej Gniazdowski

Najwybitniejszy hodowca koni w powojennej Polsce. Twórca potęgi Stadniny Koni Golejewko oraz Stadniny Koni Krasne.

Gdyby żył, 19 lutego skończyłby 90 lat. Kto? Maciej Świdziński, największy hodowca koni pełnej krwi angielskiej w okresie powojennym. Wieloletni (1959-1987) kierownik Stadniny Koni w Golejewku. Jego osiągnięć już nikt nigdy nie pobije i to nie tylko w państwowej hodowli – bo ta dogorywa – ale w polskiej hodowli w ogóle. Wyhodowane przez niego konie wygrywały Derby na Służewcu (w latach 1962-1986) aż 15 razy! Do tego dwa razy w Wiedniu (Neman i Korab). A poza tym 9 wygranych w Oaks, 12 w Wielkiej Warszawskiej, 15 razy w Nagrodzie Prezesa Rady Ministrów i 15 razy w St. Leger.

Oczywiście, w tej supremacji Golejewka nad innymi państwowymi stadninami (a było ich wówczas jeszcze pięć innych) pomagało niewątpliwie to, że do tej stadniny trafiła w ramach reparacji wojennych grupa bardzo dobrych klaczy włoskiego pochodzenia. Ale zanim Maciej Świdziński zaczął tam kierować hodowlą, stadnina ta nie dominowała aż tak wyraźnie nad pozostałymi. Dość powiedzieć, że do jego przyjścia wyhodowała „tylko” dwóch derbistów. Są to: Dorpat (Derby 1953) i De Corte (1954), oba od klaczy włoskich, a Dorpat obustronnie z włoskim pochodzeniem. A tymczasem, do 1962 roku (kiedy na torze pojawił się pierwszy rocznik wyhodowany przez Macieja Świdzińskiego), SK Widzów mogła się pochwalić trzema derbistami, a Kozienice i Iwno – dwoma każda. Potem każda z tych stadnin długo musiała czekać na to, aby się przebić przez mur golejewskich sukcesów, a jeżeli już się to udawało, to takimi wybitnymi końmi, jak Demona (moszniańskiej hodowli, Derby w 1964 roku), Dipol (Widzów, 1972), czy Czerkies (Kozienice 1974).

Na czym zatem polegała tajemnica sukcesów Macieja Świdzińskiego jako hodowcy (poza bardzo dobrym materiałem wyjściowym stadniny)? Otóż tak się składa, że po ukończeniu Zootechniki na SGGW przepracowałem rok jako stażysta w SK Golejewko (przełom lat 1978/79). Miałem więc okazję na co dzień oglądać Macieja Świdzińskiego w akcji.

Nie był typem hodowcy zza biurka. Był praktykiem. Był żywym dowodem, że pańskie oko konia tuczy. I nie chodzi tylko o to, że miał oko na masztalerzy. Bardziej chodzi o to, że nic co dotyczyło koni, nie uszło jego uwagi. Codzienne stawianie się w stadninie o godzinie 6.00 rano i obejście wszystkich stajni dostarczało mu porcję istotnych informacji. Typu, który koń nie wyjadł wieczornego obroku – może chory? Który źrebak ma przyspieszony oddech – podejrzenie infekcji dróg oddechowych, które nie dostrzeżone na czas, często się kończy śmiercią źrebaka, albo jego późniejszą słabą wartością. Której klaczy nabrzmiewają wymiona – czyli niebawem będzie rodzić. Która klacz zdradza oznaki rui – trzeba przyprowadzić probiera (był nim ogier czystej krwi arabskiej) i sprawdzić. Codzienne wizyty na pastwiskach, dawały mu z kolei informacje, którym kwaterom trzeba dać odpocząć, a na których trawa urosła na tyle, że można już tam wpuścić konie. Oglądanie koni wracających z pastwisk pozwało z kolei dojrzeć ewentualne kulawizny czy rany (bo i takie rzeczy się zdarzały na pastwiskach).

A propos pastwisk – jego „konikiem” było to, że tzw. łajniaki (czyli po prostu końskie bobki) nie mogły pozostawać na trawie, bo ją niszczyły – należało je rozrzucić. I to do nas, stażystów i praktykantów (w Golejewku nigdy ich nie brakowało) należała ta czynność. Pamiętam zdegustowaną minę mojej żony, kiedy podczas wizyty w Golejewku zobaczyła, czym się musi zajmować świeżo upieczony magister, inżynier. A ja do dziś, jak idę po pastwisku i widzę kupkę końskich bobków, mam odruch, aby je kopnąć. Bo choć w Golejewku podczas dyżurów na pastwiskach byliśmy zaopatrzeni w tym celu w grabie, ale czasami trzeba było też używać butów (najczęściej gumiaków).

Kolejna kwestia, w której Maciej Świdziński był bardzo konsekwentny, to dostarczanie koniom dużej porcji ruchu. Przede wszystkim młodym, rozwijającym się organizmom. Na podwórzu między zamkniętą przestrzenią, którą stanowiły ułożone w prostokąt trzy stajnie (czwartą ścianę zamykała powozownia), było kółko, na które wychodziły przede wszystkim odsadki, a także roczniaki, zwłaszcza w jesienne, zimowe i wczesnowiosenne dni, a my – czyli stażyści bądź praktykanci – z batem w ręku pilnowaliśmy, aby konie przemieszczały się po tej mini bieżni przez określony czas. Dzięki temu golejewskie konie, kiedy już trafiały na tor wyścigowy, były lepiej rozwinięte i rzadziej ulegały kontuzjom. W ogóle wychów był naturalny i surowy. Dopiero co urodzone źrebaki, śnieg nie śnieg, mróz tęższy czy lżejszy, wychodziły (na inną stronę stajni) wraz z matkami na spacery i to nie na pięć minut.

Kolejny obszar, w którym Maciej Świdziński miał wielką wprawę, to wszelkie zabiegi weterynaryjne. Tego się nauczył zanim jeszcze trafił do Golejewka. Pisał o tym Władysław Byszewski, któremu przyszło pożegnać na łamach „Konia Polskiego” (nr 4/1988) swojego młodszego kolegę (do tego jeszcze wrócę). Wydłubać źrebakowi zalegającą smółkę z odbytu, czy zrobić zastrzyk dożylny z biovetalginy w przypadku pierwszych objawów kolki, to była dla niego bułka z masłem. W ogóle był w tych sprawach odważny, nie bał się podejmować decyzji. Także takiej, aby pozwolić mnie, czyli stażyście, robić zastrzyki dożylne, kiedy zobaczył, że się nie boję tego nauczyć.

A co do odwagi w podejmowaniu decyzji, to wiele mógłby opowiedzieć Andrzej Gniazdowski, który od 1972 roku sprawował weterynaryjną opiekę nad golejewskim stadem (w sumie przez 35 lat!). Jak wspominał doktor, wiele zawdzięczał Maciejowi Świdzińskiemu, który nie wahał się powierzać młodemu lekarzowi weterynarii poważnych czy nawet bardzo poważnych zadań. Jak choćby takich, jak w przypadku klaczy Artemida, której ogier Mehari przy kryciu „przebił się” jakimś dziwnym trafem do jamy ciała. Proszę sobie wyobrazić reakcję Macieja Świdzińskiego i Andrzeja Gniazdowskiego, kiedy dyżurny masztalerz przybiegł z alarmującym komunikatem, że klaczy „wypłynęły jelita”. Faktycznie, kiedy obaj panowie wpadli do stajni, zobaczyli, że jelita Artemidy walają się w ściółce. Niejeden wpadłby w panikę, albo podjął decyzję o natychmiastowym uśpieniu klaczy (pamiętajmy, że w latach 1970-tych nie było tylu klinik co dziś, gdzie można przeprowadzać tak skomplikowane operacje). Tymczasem Maciej Świdziński bez wahania zgodził się z doktorem, że trzeba spróbować ratować klacz w warunkach stajennych, a nuż się uda. Jelita zostały wymyte w soli fizjologicznej, włożone do jamy ciała, rana zaszyta, a klaczy podane antybiotyki. No i udało się. Rana się zagoiła, a Artemida urodziła jeszcze niejednego źrebaka.

Podobnie było z Konstelacją, jedną z najwybitniejszych klaczy wyhodowanych w Golejewku. Któregoś dnia wróciła z padoku z objawami kolki. Wezwany doktor Gniazdowski po badaniu rektalnym stwierdził, że sytuacja jest poważna – skręt jelit. Maciej Świdziński nie wahał się podjąć decyzji, aby klacz zawieźć do pobliskiego Rawicza, do kliniki weterynaryjnej, ale takiej zwykłej, tyle, że był tam stół, na którym można było uśpioną klacz położyć. No i z pomocą masztalerza, miejscowego lekarza weterynarii (nie koniarza, który pomagał tylko przy narkozie), Andrzej Gniazdowski, któremu asystował Maciej Świdziński operowali derbistkę. Klacz uratowali, a ona odwdzięczyła się jeszcze wieloma udanymi źrebakami.

Jak wyglądała droga życiowa Macieja Świdzińskiego, zanim trafił do Golejewka?

Urodził się 19 lutego 1930 roku w Łaziskach na Zamojszczyźnie. Po wojnie ukończył szkołę średnią w Lublinie, ale z powodów materialnych nie mógł sobie pozwolić na studia. Po zdaniu matury, jesienią 1949 roku, ówczesny dyrektor PSK Moszna, Zygmunt Skolimowski, przyjął go na stanowisko praktykanta hodowlanego, a następnie asystenta hodowcy. Asystował więc najpierw Jerzemu Jaworskiemu, bo to on był wówczas hodowcą w Mosznej, a od 1 lutego 1951 roku – Władysławowi Byszewskiemu, który z kolei był wcześniej hodowcą w Kozienicach. Z powodu pewnego incydentu, jaki miał miejsce w Mosznej, pułkownik Stanisław Arkuszewski, który kierował Państwowymi Zakładami Chowu Koni (była to czapka organizacyjna nad państwowymi stadninami koni i stadami ogierów), zadecydował, aby Jerzego Jaworskiego przenieść do Kozienic, a Władysława Byszewskiego – do Mosznej. De facto chodziło o ratowanie Jerzego Jaworskiego, który po wspomnianym incydencie z miejscowym autochtonem nie mógłby już dalej pracować w Mosznej. Tak na marginesie, to postać płka Stanisława Arkuszewskiego, przedwojennego tapicera i komunisty, a potem politruka w Samodzielnej Brygadzie Kawalerii, warta jest osobnego upamiętnienia, bo wielce się zasłużył dla powojennej hodowli, chroniąc wielu koniarzy-fachowców mimo ich „niewłaściwej (AK-owskiej, kawaleryjskiej) przeszłości”.

Ale wróćmy do Macieja Świdzińskiego. Przez 6 lat terminował jako asystent hodowlany w SK Moszna, z czego przez 5 lat Władysławowi Byszewskiemu. Obaj panowie się zaprzyjaźnili i choć po latach, uczeń przerósł mistrza, to kiedy pan Byszewski pisał wspomnienie pośmiertne o swoim koledze, a potem konkurencie zawodowym, napisał słowa, które warto przytoczyć:
. Kiedy po latach stanęliśmy na dwu przeciwstawnych biegunach, kiedy sukcesy jednego musiały być porażką drugiego i odwrotnie, to te porażki czy sukcesy nigdy nie zdołały zaćmić naszej przyjaźni i wzajemnego zaufania.

Pamiętam też, jak mi pan Byszewski opowiadał – nie bez pewnego rozbawienia – jak to w 1955 roku pożyczył Maciejowi Świdzińskiemu wałacha Argun xx, na którym zdobył on tytuł mistrza Polski w skokach przez przeszkody. Pikanterii tej sytuacji dodaje fakt, że Świdziński ograł wówczas swego starszego kolegę i pożyczkodawcę. Władysław Byszewski musiał się zadowolić tytułem wicemistrza Polski, chociaż dosiadał znakomitego Bessona, na którym rok wcześniej (i rok później, i w 1958 roku) zdobywał złote medale.

Jak wspominał pan Byszewski, Maciej Świdziński przejawiał duży talent do skoków przez przeszkody. Bardzo go cenił ówczesny trener, Karol Rómmel, jako „jeźdźca odznaczającego się dużym wyczuciem i umiejętnością właściwego oceniania odległości.” W 1956 roku Maciej Świdziński znalazł się w składzie polskiej ekipy, która po raz pierwszy wyjechała na CHIO do Akwizgranu. Rok później startował w Lipsku i ponownie w Akwizgranie. Niestety, komplikacje powypadkowe z kręgosłupem zakończyły jego czynny udział w sporcie jeździeckim.

Być może niemożność czynnego uprawiania sportu jeździeckiego powetował sobie po latach w nowej inicjatywie – powozowni, która istnieje w Golejewku od 1974 roku. Przy zielonym świetle Jerzego Jurgi, dyrektora SK Żołędnica, której to większej jednostce, gdzie hodowano także konie półkrwi, podlegała Stadnina Koni Golejewko, Maciej Świdziński zaczął zbierać powozy, karety, bryki, sanie i inne okazy. W sumie jest obecnie 30 pojazdów. Każdy ma tabliczkę informacyjną zawierającą dane, jaki to typ pojazdu, czas i miejsce produkcji oraz jego przeznaczenie. Obecnie jest to druga lub trzecie – po Łańcucie – kolekcja dawnych powozów w Polsce.
Jeśli chodzi o dalszą drogę zawodową Macieja Świdzińskjiego, to w 1955 roku został przeniesiony służbowo do PSK Strzegom, aby zorganizować oddział pełnej krwi w Żółkiewce, ale nie zagrzał tam długo miejsca. Zdecydował się przenieść do Zakładu Treningowego w Racocie. Pozostał tam do 1959 roku, kiedy to 1 lutego został przeniesiony do Golejewka na stanowisko kierownika stadniny.

Tak się złożyło, że tego samego dnia została zaangażowana do pracy w PSK Golejewko Maria Kinga Potocka, absolwentka Zootechniki we Wrocławiu, która miała za sobą kilkumiesięczny staż we francuskich stadninach koni pełnej krwi i była zakochana w tej rasie. Wspólna pasja połączyła ich i niebawem pobrali się. Tworzyli zgrany duet, on praktyk z dużym już doświadczeniem, ona bardziej skupiona na rodowodach i prądach krwi. Pan Maciej, nie bez jej pomocy i dopingu, ukończył Zootechnikę na poznańskiej uczelni i uzyskał dyplom inżyniera.

Jako małżeństwo mieli dwoje dzieci: dziewczynkę (Katarzyna) i chłopca (Jan). Pani Katarzyna, dziś Głuszek, kontynuuje rodzinne zainteresowania, prowadząc wraz z mężem Ośrodek Jeździecki Leśny Dwór. Pasją Jana Świdzińskiego są książki, historia, archiwistyka i rodowody koni pełnej krwi.

Niełatwo opisać 28 lat pracy Macieja Świdzińskiego w Golejewku. Streścić w dwóch zdaniach nie wypada, a opisać rzetelnie – na to należałoby poświęcić wiele, wiele stron. Ponieważ przy okazji nobilitowania Macieja Świdzińskiego do „Legend polskiego jeździectwa” na portalach Artura Bobera ukażą się też artykuły o golejewskiej stadninie (nota bene napisane m.in. przez Marię i Macieja Świdzińskich), tam zatem odsyłam Czytelników po szczegóły. Po wykazy nagród zdobytych przez golejewskie konie, po schematy rodzin żeńskich, po nazwy ogierów, które potem zasłużyły się jako reproduktory zarówno w pełnej, jak i w półkrwi, itp.

Ja przejdę do następnego etapu zawodowego życia Macieja Świdzińskiego. Od 1 stycznia 1988 roku, powodowany także względami osobistymi, podjął się zadania odtworzenia niegdyś sławnej stadniny koni pełnej krwi angielskiej w Krasnem. Stadniny, którą założył i przez wiele lat (jeszcze przed I wojną światową) kierował z sukcesami hrabia Ludwik Krasiński (wyhodował m.in. sławnego Rulera).

W tworzeniu, a właściwie w odtwarzaniu stadniny w Krasnem, wspierał go bardzo mocno Andrzej Zych, dyrektor PGR, jaki funkcjonował tam po wojnie. Obaj panowie z dużym zapałem i energią zabrali się za tworzenie warunków do tego, aby móc tam ponownie hodować folbluty. Maciej Świdziński w bardzo krótkim czasie zebrał 25 klaczy z różnych stadnin, wybierając głównie takie, których protoplastki wywodziły się z Krasnego. Niestety, nie było mu dane doczekać kolejnego (dla niego), a pierwszego (dla powojennego Krasnego) tytułu Derby, zdobytego w 1991 roku przez Kliwię – córkę og. Pyjama Hunt i wywodzącej się – a jakże – z Golejewka klaczy Knieja (po Dakota).

W niespełna pół roku po rozpoczęciu pracy w Krasnem, 14 lipca, uległ śmiertelnemu wypadkowi. Próbował powstrzymać grupę klaczy wracających z pastwiska, aby nie wpadły galopem do stajni. Stał przed stajnią z rękoma rozpostartymi na boki. Niestety, klacz biegnąca na czele nie wyhamował i potrąciła Macieja Świdzińskiego. A ten upadł tak nieszczęśliwie, że uderzył głową o bruk. Zwyczaj wyhamowywania biegnącego tabunu koni był stosowany przez lata w Golejewku. Ale tam konie go znały, widziały ludzi i spodziewały się takiego zakończenia galopu. Niestety, w Krasnem popełnił błąd, nie przewidział, że prowadzić grupę będzie niedowidząca klacz.

Zmarł nie odzyskawszy przytomności 19 lipca. Pochowany został na cmentarzu w Golejewku.

Władysław Byszewski we przytaczanym już wspomnieniu pośmiertnym tak m.in. scharakteryzował Macieja Świdzińskiego:
O dużej indywidualności, pozornie szorstki, nawet czasem robiący wrażenie aroganckiego, a w rzeczywistości o bardzo dobrym i wrażliwym sercu. /…/ W pracy niezwykle sumienny i punktualny. Wymagający od innych, ale jeszcze więcej od siebie. Umiejący jednak ocenić pracę innych. Szanowany i lubiany przez przełożonych, a bardzo lubiany przez podwładnych.

Co do dużych wymagań od podwładnych – sam tego doświadczyłem, ale faktycznie, jak się przekonał do kogoś, że się stara i czegoś się uczy, to jego stosunek – początkowo bardzo szorstki – zmieniał się. Ale wielu stażystów czy praktykantów, którzy się nie starali, albo bumelowali, wylatywali z hukiem ze stadniny, nawet, jak byli synami inspektorów hodowli czy dyrektorów innych stadnin.

Ze zdziwieniem zauważyłem jednak podczas stażu, że Maciejowi Świdzińskiemu nie w smak były sukcesy miejscowej sekcji jeździeckiej. Nie lubił (ze wzajemnością) prowadzącego tę sekcję Stefana Kumorka i z tego powodu nie wspierał jej tak, jak można by się spodziewać po byłym medaliście MP. Podłożem była zazdrość o sukcesy. W Golejewku sukcesy mogła mieć tylko jedna osoba – on. Był egocentryczny. Potrafił być nieprzyjemny czy nawet złośliwy – nie jest więc prawdą, że wszyscy podwładni go lubili. Ale wszyscy go szanowali i doceniali to, co robił dla hodowli koni.

Niewątpliwie pozostawił w życiu wielu osób, które z nim pracowały, mocny ślad. Do tego stopnia, że ostatnio w mniejszym lub większym gronie stażystów, praktykantów i pracowników spotykamy się co roku w Golejewku w rocznicę Jego śmierci.

Autor tekstu: Marek Szewczyk


Patron Legendy:

Opiekun Legendy: Krystyna Kukawska, Zygmunt Kukawski

Hodowca koni, jeździec, publicysta, uznany historyk kawalerii, działacz i sędzia jeździecki.

Lesław Kukawski urodził się 7 kwietnia 1930 roku we Lwowie jako syn Zygmunta, absolwenta Wydziału Lasowego Politechniki Lwowskiej, i Janiny z domu Stańkowskiej.

Zmarł 10 lutego 2016 r. Jego pogrzeb, który odbył się 20 lutego na trzcianeckim cmentarzu.

Od dzieciństwa przejawiał zainteresowanie wojskiem i historią, na co niewątpliwie wpływ miał wpajany mu w domu kult dla tradycji narodowych i przywiązanie do rodzinnej przeszłości walk o niepodległość. Pradziadek Rajmund Kukawski był powstańcem styczniowym. Ojciec Zygmunt jako chłopiec brał udział w obronie Lwowa przed Ukraińcami w 1918 roku i został odznaczony Krzyżem Obrony Lwowa. Jeden brat matki, Bolesław Stańkowski, poległ pod Laskami w 1914 roku jako legionista I Brygady Legionów i został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Niepodległości. Drugi brat matki, Zygmunt Stańkowski, był w 1920 roku ochotnikiem i służył w 8. Pułku Ułanów, a w drugiej wojnie światowej był oficerem II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych we Włoszech. Brat stryjeczny matki, Stanisław Stańkowski, służył w stopniu kapitana w 11. Pułku Artylerii Lekkiej w Stanisławowie i walczył w kampanii wrześniowej 1939 roku. Marzeniem Lesława Kukawskiego było zostać kadetem 1. Korpusu Kadetów we Lwowie, ale wybuch wojny w 1939 roku pokrzyżował te plany. Do szkoły powszechnej zaczął uczęszczać przed wojną, potem kontynuował naukę w czasie okupacji niemieckiej i sowieckiej w tajnym nauczaniu i pierwszą klasę gimnazjalną zaliczył zdając przed profesorami egzamin z tego nauczania we Lwowie. Równocześnie pracował przy koniach roboczych w fabryce likierów Mikolasch & Baczewski na peryferiach Lwowa.

Wiosną 1943 roku rodzina przeniosła się ze Lwowa do wsi Dołuszyce koło Bochni, a po przejściu frontu przeprowadziła się najpierw do Bochni, a następnie do Krakowa, gdzie Lesław Kukawski uczęszczał do I Liceum i Gimnazjum im. Bartłomieja Nowodworskiego. Następnie przeniósł się do IV Liceum i Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza, ponieważ tam był kierunek przyrodniczy, którego brakowało w poprzednim. W 1949 roku zdał egzamin dojrzałości i podjął studia na Wydziale Rolniczym Uniwersytetu Jagiellońskiego, które ukończył 4 marca 1953 roku. Otrzymał stopień inżyniera rolnika ze specjalizacją w zakresie zootechniki. Pierwszą praktykę w czasie studiów odbył w Zespole Stadninowym Nieświastów w powiecie konińskim. Następnie został tam przyjęty na stanowisko stałego praktykanta stadninowego, na co uzyskał zgodę władz uczelni, pod warunkiem zdawania wszystkich egzaminów i odrabiania ćwiczeń. Z Nieświastowa przeniósł się potem na stanowisko asystenta w Stadzie Ogierów w Gnieźnie.

Po skończeniu studiów został asystentem w Stadninie Koni Nowy Dwór koło Żywca. Była to jedna z czołowych stadnin koni czystej krwi arabskiej. Jednak od 1 października 1953 roku Lesława Kukawskiego wcielono do Ludowego Wojska Polskiego jako kierowcę, a jego dyplom wyższych studiów nie został uwzględniony. Czekała go dwuletnia służba wojskowa, ale dzięki życzliwości lekarzy po trzech miesiącach został zwolniony jako niezdolny do służby.

Przez cztery lata pracował na stanowisku asystenta (w tym czasie zmieniono w stadninach nazwę tego stanowiska na zootechnik) w Stadninie Koni Pępowo, kierując Odziałem Gogolewo. W 1956 roku Lesław Kukawski rozpoczął studia eksternistyczne na Wydziale Zootechnicznym Wyższej Szkoły Rolniczej w Krakowie, w celu uzyskania stopnia magistra zootechniki. Po wykonaniu pracy dyplomowej pt. „Charakterystyka ogierów czołowych Caprivi i Hindus oraz próba ich oceny na podstawie potomstwa” i zdaniu egzaminu dyplomowego uzyskał stopień magistra zootechniki.

W 1955 roku uległ ciężkiemu wypadkowi, kiedy koń, na którym jechał, zwalił się na przeszkodzie, przygniatając go i łamiąc wielokrotnie miednicę. W rezultacie parę miesięcy musiał leżeć w pełnym opatrunku gipsowym. W 1957 roku zaprzestał pracy w stadninach i objął gospodarstwo Pańska Łaska koło Trzcianki, gdzie zajął się hodowlą zwierząt futerkowych i produkcją jaj. Trzymał w gospodarstwie ogiery, dzierżawione z SO Sieraków i Łobez, a potem sportowego wałacha Arguna, na którym Maciej Swidziński zdobył mistrzostwo Polski w skokach.

Praca w stadninach dała mu praktyczną wiedzę z zakresu hipologii, a po jej zakończeniu zaczął zajmować się historią wojsk konnych. Gromadził literaturę i przedmioty związane z formacjami konnymi, które chętnie przekazywali mu byli żołnierze mieszkający w kraju i za granicą, a jeżeli to było konieczne i możliwości mu na to pozwalały – kupował. Od swego wuja w Londynie, który tam pozostał po wojnie, wrócił z walizami pełnymi militariów. Kiedy liczba tych zbiorów przekraczała już możliwości przestrzenne domu w Pańskiej Łasce, przekazał je w latach dziewięćdziesiątych do Muzeum Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu.

W 1965 roku wstąpił do Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni i Barwy. W centrum jego zainteresowań zawsze była i jest nadal polska kawaleria. Poświęcił jej większość swoich opracowań, które początkowo przedstawiał w postaci referatów wygłaszanych na forum Stowarzyszenia, a także innych środowisk. Z czasem różne opracowania zaczęły się ukazywać w druku. Oprócz wielu artykułów, cykli tematycznych publikowanych przez dłuższy czas i szeregu broszur Lesław Kukawski jest też autorem lub współautorem kilku książek m.in. O kawalerii polskiej XX wieku (współautor Cezary Leżeński), 1991; Ułani Jazłowieccy, barwa i broń 1918-1998, 2001; Oddziały kawalerii II Rzeczypospolitej, 2006; Kawaleryjska Alma Mater w Grudziądzu 1920-1939. Zarys dziejów (współautorzy Juliusz Tym i Teodor Wójcik), 2008; Sztandary kawalerii polskiej XX wieku (z rysunkami Andrzeja Jeziorkowskiego), 2009; Zarys dziejów 3. Pułku Strzelców Konnych (1922-1939), 2009; Konne Mistrzostwa Wojska Polskiego w II Rzeczypospolitej, 2006; Orkiestry kawaleryjskie II Rzeczypospolitej, 2013.

Z wyjątkiem opracowania wspólnego z Cezarym Leżeńskim i monografii CWK w Grudziądzu oraz 3. Pułku Strzelców Konnych, pozostałe pozycje ukazały się w Wydawnictwie EKO-DOM w Grajewie.

Od szeregu lat firma Edipresse SA wydaje broszury poświęcone poszczególnym pułkom polskiej kawalerii, artylerii konnej i innym oddziałom związanym z tymi rodzajami broni. Ogółem wydała tych broszur 57, a z tej liczby 39 jest autorstwa Kukawskiego, o łącznej objętości 1251 stron.

Lesław Kukawski był też autorem kilkunastu wystaw poświęconych Wojsku Polskiemu, zorganizowanych w różnych miastach kraju, na których eksponował zbiory własne i zaprzyjaźnionych zbieraczy. Większość zbiorów dotyczących kawalerii znalazła już swoje miejsce w Muzeum w Grudziądzu.

Lesław Kukawski był przez 32 lata prezesem Poznańskiego Oddziału Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni i Barwy. Zrezygnował w 2010 roku, ale pozostał członkiem zarządu Oddziału. Jest też wiceprezesem Zarządu Głównego Stowarzyszenia. W uznaniu zasług za swą działalność i osiągnięcia otrzymał prawo noszenia Złotej Odznaki Stowarzyszenia i tytuł członka honorowego. W 1995 roku postanowieniem Prezydenta RP został mu nadany Złoty Krzyż Zasługi za popularyzowanie tradycji polskiej kawalerii. W 2006 roku Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych wyróżnił Lesława Kukawskiego medalem „Pro Memoria”. Oprócz wspomnianych dowodów uznania za dotychczasową pracę, kilka Kół Pułkowych Kawalerii II Rzeczypospolitej przyznało mu prawo noszenia swoich odznak, a mianowicie: 2. Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich, 3. Pułku Ułanów Śląskich, 9. Pułku Ułanów Małopolskich, 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich i 3. Pułku Strzelców Konnych im. Hetmana Polnego Koronnego Stefana Czarnieckiego. Prawo takie otrzymał też od kilku jednostek Wojsk III Rzeczypospolitej, a mianowicie od: 27. Zmechanizowanego Pułku Ułanów im. Króla Stefana Batorego, 4. Suwalskiej Brygady Kawalerii Pancernej i 6. Brygady Kawalerii Pancernej. Odznaczyły go także środowiska kawaleryjskie, np. Towarzystwo Byłych Żołnierzy i Przyjaciół 15. Pułku Ułanów Poznańskich, Fundacja na rzecz Tradycji Jazdy Polskiej, Polski Klub Kawaleryjski i Tarnowski Oddział Jazdy im. 5. Pułku Strzelców Konnych.

Lesław Kukawski został też wyróżniony odznaką „Zasłużony Działacz Kultury”, Złotą Odznaką Polskiego Związku Hodowców Koni, a także Złotą Honorową Odznaką „Zasłużony Działacz Kultury Fizycznej” oraz Złotą Honorową Odznaką Polskiego Związku Jeździeckiego i Wielką Honorową Odznaką Polskiego Związku Jeździeckiego, w którym jest sędzią klasy państwowej.

Autor: Aleksandra Szulen-Kukawska

Niektórzy twierdzą, iż nie ma ludzi niezastąpionych – to powiedzenie nie ma jednak zastosowania w przypadku śp. Lesława Kukawskiego. Wraz z nim odeszła ogromna wiedza o kawalerii polskiej XX w. Dobrze się stało, iż w swoich książkach i artykułach przekazał nam część wiedzy którą posiadał. Przez kilkadziesiąt lat był on niestrudzonym badaczem i propagatorem historii kawalerii…

Autor: Marek Fijałkowski

Patron i opiekun Legendy: Tor Wyścigów Konnych Służewiec Warszawa

Architekt. Absolwent Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej (1927). Autor między innymi Toru Wyścigów Konnych Służewiec.

Urodzony w 20.07.1901 w miejscowości Bebra (Kurlandia), zmarł 07.05.1978 w Filadelfii (USA). Był absolwentem Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej (1927). Po wojnie wyemigrował do USA.

Hrabia Zygmunt Plater-Zyberk projektował domy i kamienice w stylu modernistycznym w Warszawie, np. dom mieszkalny przy Alei Szucha z 1934, wybudowany w stylu międzynarodowym nawiązujący stylem do neoekspresjonizmu, z elementami stylu okrętowego – ryzality mieszczące klatki schodowe otrzymały okrągłe okna przypominające bulaje. Zaprojektował również domy mieszczące się przy ul. Chocimskiej 25 i Senackiej 10 oraz kamienicę przy ul. Puławskiej 20 (róg ul. Narbutta).

Był głównym projektantem kompleksu Toru Wyścigów Konnych na warszawskim Służewcu, otwartego 3 czerwca 1939.

Poniżej jako ciekawostkę zamieszczamy ciekawy, archiwalny artykuł z 1929, opisujący problemy jakie pojawiały się w czasie budowy Toru Służewiec. Zobaczcie jak ówcześni architekci i wizjonerzy dawali sobie z nimi radę:


Nowy tor w Służewcu

Po ukończeniu wojny światowej Polska powstała jako wielkie trzydziesto miljonowe państwo, w związku z czym wszelkie funkcje państwowe pomimo kryzysu rozwinęły się na odpowiednią skalę.

Wraz z innymi gałęziami gospodarstwa krajowego wzrosła i stale wzrasta hodowla koni, a nadto wzmogło się niepomiernie znaczenie tej hodowli — wobec tego, że państwo, mające granice lądowe znacznej długości bez dostatecznego zabezpieczenia naturalnego, stać się musiało poważnem bardzo odbiorcą wszelkich gatunków i rodzajów koni dla armii.

W tak zmienionych warunkach, dla prób hodowlanych i wyścigowych pozostawał na razie jeden tylko tor Mokotowski. Tor ten wystarczający w zupełności dla Kongresówki, nie mógł czynić zadość sportowym i hodowlanym potrzebom Państwa Polskiego. To. też Zarząd Towarzystwa Zachęty do. Hodowli Koni w Polsce z dawna już doszedł do wniosku o. niezbędności drugiego, toru w Warszawie i w tym celu przemyśliwał o nabyciu odpowiedniego terenu na własność, co przy zabezpieczeniu stanu posiadania, pozwalało na przeprowadzenie wszelkich gruntownych inwestycji stosownie do. wymagań i potrzeb chwili. Tor Mokotowski, nigdy nie zastąpiony ze względu na swoje położenie, pozostawałby wtedy jako drugi tor sezonowy.

W tym czasie Magistrat Warszawski, mając już swoje widoki na plac Mokotowski ze względu na rozbudowujące się w tej stronie miasto, zaproponował T-wu teren na urządzenie toru na Okęciu w formie długoletniej dzierżawy. Podług tej propozycji tor Mokotowski miał pozostawać we władaniu T-wa jeszcze przez lat osiem dla dania możności zagospodarowania nowego terenu. Rozpoczęte na tej podstawie pertraktacje ciągnęły się już dłuższy czas, kiedy w roku 1925 nadarzyła się okazja nabycia większego kompleksu z fołw. Służewiec, należącego do dóbr Wilanowskich Ksawerego hr. Branickiego.

Zarząd T-wa w krótkim czasie zadecydował kupno 150 ha., wykrojonych z tego, folwarku, a po zatwierdzeniu odnośnego wniosku przez Ogólne Zebranie, Prezes T-wa, Albert hr. Wielopolski, dnia 5 listopada 1925 roku podpisał akt rejentalny, mocą którego T-wo stało się prawnym posiadaczem omawianego terenu.

Fakt ten pozwala obecnie T-wu wyjść obronną ręką z ciężkiego, położenia, tym bardziej że miasto cofnęło swoją propozycję do do. Okęcia, a w roku bieżącym Ministerstwo Robót Publicznych zażądało, ultymatywnie od T-wa ustąpienia z placu Mokotowskiego w jesieni 1932 roku. Zaznaczyć należy, że Ministerstwo zamierzało pierwotnie przeprowadzić w rządzie decyzję usunięcia T-wa z toru mokotowskiego w r. 1930. Dopiero na skutek interwencji Departamentu Chowu Koni termin przeniesienia toru ustalono na r. 1933. Chociaż plany Zarządu nie dały się w pełni urzeczywistnić, Służewiec w danej chwili rozwiązuje sytuację.

W ten sposób dobrze zasłużony w dziejach naszej hodowli koni tor Mokotowski dobiega do kresu swego istnienia. Za parę lat jedyny ten do. niedawna poważny tor wyścigowy na ziemiach polskich przejdzie do historii.

Dla dokonania dzieła budowy toru wyścigowego w Służewcu Zarząd utworzył Komitet budowlany, do którego powołał ze swego, grona Prezesa i zaprosił Dyr. Dep. Ministerstwa Rolnictwa, dziś już nieżyjącego Fryderyka Jurjewicza. Komitet ze swej strony zaprosił do pracy technicznej p. T. Dachowskiego.

Poniżej podajemy dokonane prace, zestawione koleją lat:

1926 r.

Zaczęła się robota organizacyjna. Nasamprzód została uporządkowana strona prawa. Z ksiąg hipotecznych Wilanowa wydzielono osobną księgę hipoteczną pod nazwą „Tory Wyścigowe Służewiec”, sporządzono nowe plany sytuacyjne, poczem T-wo wzięło się do uporządkowania dróg gminnych, przecinających terytorium: wystąpiono do odnośnych władz o pozwolenie zmiany kierunku tych dróg ; droga gminna brukowana, przecinająca cały tor główny i teren przyszłych trybun, została skierowana w kierunku okrążającym terytorium od południa aż do wsi Wyczółki— a droga, poprzednio przecinająca w 2 kierunkach tory treningowe, okrąża obecnie terytorium od północy i zachodu.

Ponieważ obok dawnego fortu od strony zachodniej torów treningowych stanie w przyszłości wielka stacja rozdzielcza przyszłej linii Warszawa — Radom, w odległości od Służewca nie więcej nad 400 mtr., T-wo weszło w zasadnicze porozumienie z T-em Kolejek Dojazdowych, posiadającym koncesję na budowę tej linii, aby od strony owej stacji urządzić bocznicę szerokotorową do terenów wyścigowych i w ten sposób w najwyższym cyplu torów treningowych stanie własna rampa ładunkowa dla wszelkich potrzeb T-wa.

Nawiązano kontakt z Dyrekcją Tramwajów Miejskich, i istnieje projekt, aby linię z Wierzbna doprowadzić do Służewcu tak, aby bocznica dwutorowa mogła wejść na terytorium T-wa dla dowiezienia publiczności aż do krytego peronu, znajdującego się przy trybunach głównych. Z tego peronu będzie komunikacja podziemna dla wygody publiczności i dla uniknięcia krzyżowania przejścia dla pieszych z drogami samochodowymi. W pętlicy w tym miejscu powstałej (patrz plan) będzie mógł stać na torach zapasowych szereg tramwajów odjazdowych. Takaż sama kombinacja przewiduje się dla kolejki podjazdowej już elektryfikowanej, która ma dojść do trybun (II miejsca). W ten sposób publiczność, jadąca na wyścigi, już wyjeżdżając z miasta, będzie się automatycznie segregowała.

Ponieważ oś podłużna toru głównego pomimo maksymalnego rozpięcia była pierwotnie nieco za krótka, co powodowało nie dość długą linię prostą, T-wo- nabyło dodatkowo- 3 działki gruntu, leżące od północy na całej szerokości toru płaskiego. Dwie działki, z których jedna z dwoma dużymi budynkami (gdzie obecnie są mieszkania, magazyny, biura, warsztaty) należała do dóbr wilanowskich, a druga — do p. Klawego, zostały nabyte — trzecia, należąca do Wydziału Drogowego — została zamieniona. Dało, to możliwość przedłużyć linję prostą (finiszową) o jakie 80 mtr. i przy tym zyskać na takiej że szerokości główną publiczną aleję wjazdową (tramwaj, kolejka, dwie drogi automobilowe — wjazdowa i wyjazdowa, chodniki i aleje piesze — wszystko rozdzielone zieleńcami). Wobec tego linia prosta liczy na nowym torze 585 m. b. Obecnie lina ta na torze mokotowskim wynosi 443 m. b.

Cały obwód toru służewieckiego przy bandzie wynosi 2300 m. b., czyli, że start „Derby” będzie się odbywał przed samem i głównymi trybunami. Tor płaski ma 50 mtr. szerokości; tor steeplechase’owy wewnątrz płaskiego z ósemką ma 40 mtr. szerokości. Wobec znacznej ilości wyścigów płaskich, rozgrywających się w ciągu roku na jednym i tym samym torze, ma to znaczenie pierwszorzędne dla utrzymania toru w należytym stanie, drogą przesuwania bandy coraz bardziej do środka.

Rozbudowa Służewca, obliczona w przybliżeniu na 28 do 30 milionów złotych, była wyrachowana tak, aby T-wo mogło przez odpowiednią ilość lat spłacić tę sumę ze swoich dochodów. Zgodnie z tym planem Komitet zadecydował, aby według możności wykonywać większe roboty inwestycyjne podług następnej kolejności: po zapłaceniu w 1925 i 1926 roku ceny kupna za plac (około 1 miliona) postanowiono nasamprzód wykonywać okólną drogę brukowaną, następnie całe terytorium otoczyć parkanem, tory (główne i treningowe) odwodnić, wywiercić 2 studnie artezyjskie, następnie cały teren wyregulować, bez czego nile byłoby mowy o rozpoczęciu jakiejkolwiek roboty budowlanej. Później była przewidziana budowa wodociągu, kanalizacji, wieży ciśnień i stacji pomp. Dążono przy tym, aby zaraz po ukończeniu robót ziemnych obsiać tory trawą, dla otrzymania przez staranne kilkoletnie pielęgnowanie zwartego i trwałego zadarnienia. Potem projektowało się przystąpić do robót budowlanych i nasamprzód zacząć budowę stajen, jako robotę najpilniejszą i stanowiącą lwią część kosztów. W najdalszej perspektywie planuje się budowa stajen na 1000 koni, odpowiednia ilość mieszkań dla służby stajennej, mieszkania dla urzędników i budynki gospodarcze, — a w ostatniej dopiero kolejności — trybuny, jako budynki najpóźniej potrzebne.

1927 r.

Zabrano się tedy systematycznie do pracy i już w tym roku rozbudowano linię telefoniczną, przeprowadzono prawnie zamianę dróg, sporządzono plany niwelacyjne całego terytorium dla późniejszej regulacji tegoż i zabudowania.

Pp. Dachowski i prof. Szanior, znany planista parków i twórca parku Skaryszewskiego, opracowali według dyrektyw i wskazówek Komitetu Budowlanego, projekt całej rozbudowy Służewca. Projekt ten po licznych konferencjach i formalnych studiach został ostatecznie ustalony i zaakceptowany i służy jako podstawa do całej rozbudowy.

Szosa okólna w zamian drogi dawnej, przecinającej tor główny, została wybudowana przez inż. dróg i mostów pana J. Bajkiewicza. Wysadzono tę drogę ładnymi drzewami.

W tym też roku został zaprojektowany i ustalony typ parkanu, okalającego terytorium T-wa, do wykonania w roku 1928.

1928 r.

Ponieważ do wszelkich inwestycji Komitet Budowlany zaprasza jako doradców najpoważniejszych specjalistów z grona profesorów Politechniki Warszawskiej, lub z tak poważnej instytucji jak Związek Inżynierów-Doradców, więc też i projekt parkanu został poddany opinii prof. Politechniki Dr. Inż. Kunickiego, Komitet Budowlany oddał tę robotę z przetargu Stoł. Tow. Budowlanemu. Wykonawcą bezpośrednim z ramienia S. T. B. był inż. Kaczor, specjalnie przez tę firmę na ten cel zaangażowany. T-wo miało pełną ingerencję i najściślej kontrolowało całą tę robotę przez swoje organa. Ogromna ta robota, wynosząca prawie 6 km., została wykonana w bardzo krótkim czasie, bo, od 21 lipca do, 9 listopada t. j. w ciągu 111 dni kalendarzowych; odrachowując dni dżdżyste i świąteczne, stawiano przeciętnie 47 m. b. parkanu dziennie. Rekordowy był jeden dzień w końcu sierpnia, w którym zbudowano 100 m. b. parkanu. Postęp tych robót, tak ciekawych, został sfilmowany i w swoim czasie będzie wyświetlany publicznie. W ciągu surowej zimy 28 i 29 roku były obawy, że parkan, jako, beton jeszcze niedojrzały (beton ostatecznie kamienieje do 3-ech lat), zostanie uszkodzony, bardzo wiele bowiem betonowych i asfaltowych robót przeszłej zimy ucierpiało. Obawy te dzięki doskonałej konstrukcji i wykonaniu okazały się płonne, albowiem parkan służewiecki wyszedł z ubiegłej zimy obronną ręką i na całej swej ogromnej przestrzeni nie dał nawet ani jednego rysu. W miejscach, gdzie parkan dotyka dróg, stoi na samej granicy; gdzie dotyka gruntów obcych, jest oddalony o 1.25 mtr. od cudzych posiadłości, aby dać możność organom T-wa obchodzić zewnątrz całe terytorium i uniknąć przypierania do parkanu innych budowli. Wszystkie punkty graniczne są ustalone znakami wiecznotrwałemi t. j. rurami 6”, wypełnieniem i betonem.

W tymże samym roku została wykonana adaptacja 2-ch dużych stodół, znajdujących się na działce dokupionej w 1927 r. od dóbr wilanowskich, na powyżej wymienione biura, mieszkania, magazyny — podług projektu, zaakceptowanego prze Komitet Budowlany. Całość tej roboty jest tak wykonana, iż wszystkie materiały, a zwłaszcza materiały drzewne nie były nigdzie podcinane, lecz wszystko łączone na śruby i klamry dla łatwego rozbierania, bo te budynki leżą na terenach wjazdowych. W ten sposób znikoma tylko część materiału będzie zepsuta.

W tym też roku zaczęto studiować tak ważną sprawę, jak sprawa odwodnienia pod egidą znanego, geologa prof. A. Rychłowśkiego, bardzo poważnego znawcy w tej dziedzinie. Po długich studiach Komitet Budowlany zdecydował, że drenowanie zwykłe nie rozwiązałoby kwestii odwodnienia torów w szybkim tempie po gwałtownych zlewach, że zatem należy zastosować system rowów odwadniających o dostatecznym przekroju, wypełnionych odpowiedniej wielkości sączkami, dokładnie zniwelowanych, obsypanych grubym żwirem, a góry pokrytych piaskiem. Rowy te biegną naokoło torów głównych i steeplowych z oby stron i zbierają całą wodę do głównego kolektora, przecinającego cały tor główny na ukos, do przyszłego stawu. Parę dziesiątków studzien rewizyjnych zabezpiecza system odwodnienia od ewentualnego zatkania i złego funkcjonowania. Takież odwodnienie zostało zaprojektowanie dla torów treningowych. Robotę tę z przetargu otrzymało St . T-wo Budowlane. Główny kolektor został wykonany jeszcze w 1928 r. z rur kamionkowych pierwszego gatunku, ułożonych „lege artis”.

W tymże roku założono szkółki, gdzie się przygotowuje znaczną ilość drzew, krzewów i roślin dla przyszłego parkowania, pod osobistym kierunkiem prof, Szaniora. W tym też roku zadrzewiono całą linię wzdłuż parkanu naprzeciw trybun od strony szosy Puławskiej.

Przystąpiono również do budowy 2 studzien artyzyjskich; polecono tę robotę wykonać znanej firmie Braci Rychłowskich. Studzien będzie 2, każda o wydajności minimum 50.000 litr. wody na godzinę.

1929 r.

Z samego początku tego roku ubył nam nieodżałowany ś. p. Dyrektor Fryderyk Jurjewicz, który osierocił cały świat hodowlany i sportowy. On to wspólnie z Prezesem T wa całe to dzieło postawił na nogi. Wkrótce potem T-wo otrzymało od Ministerjum Robót Publicznych i Magistratu ultimatum, aby tor mokotowski oddać miastu w jesieni 1932 roku. Wobec tego wyścigi na Służewcu musiałyby się zacząć już na wiosnę 1933 r. Odbyło się wtedy w Ministerstwie Rolnictwa 28 lutego posiedzenie z udziałem p. Ministra Rolnictwa i obecnego Dyrektora Departamentu Stadnin Państwowych p. J. Grabowskiego,, gdzie zdecydowano wejść w porozumienie z tymi dwoma instytucjami dla wynalezienia fizycznej możliwości i odpowiednich środków, aby ten niespodziewany dla T-wa program móc wykonać. W tymże czasie Zarząd zaprosił na miejsce ś. p. Dyr. Jurjewicza, p. Józefa Szwej-cera, Wiceprezesa Rady m. st. Warszawy, który pomimo licznych swych zajęć i prac stanowisko to przyjął i od tego czasu wspólnymi siłami z Prezesem dalsze losy Służewca prowadzi.

W bieżącym roku St. T-wo Budowlane ukończyło urządzenia odwadniające tak torów głównych, jak i treningowych, urządzenia te bardzo dobrze działają.

Wymiary i rozkład torów treningowych został ustalony i w naturze wykreślony ściśle podług wskazówek p. Inspektora L. Andrycza, który tak umiejętnie prowadzi tor mokotowski, doprowadzając go do. znakomitego stanu, i który ma za sobą praktykę urządzenia 2-ch torów w Odesie. Tary treningowe Służewca mają ogólnej szerokości 69 m., odwadniane czterema koncentrycznemi liniami rowów drenowych, odprowadzających wodę opadową przez drugi główny kolektor do stawu.

Pierwsza studnia została ukończona w maju b. r. i ma głębokości 239 m., przeszedłszy przez najrozmaitsze pokłady i formacje geologiczne, pod którymi znaleziono prześliczną warstwę cienkiego, białego- wodonośnego piasku. Ciekawym jest zjawiskiem, iż na głębokości ca 200 mtr. znaleziono pod brunatnemi węglami zęby rekina, znakomicie zakonserwowane. Studnia druga ma już dotychczas koło 180 mtr. i wszystkie warstwy są dotychczas identyczne z warstwami otworu pierwszego.

W roku b. wykonują się roboty ziemne w bardzo dużych rozmiarach. Roboty te wykonywa firma K. Jaskulski i S-ka, która na przetargu oferowała najniższe ceny jednostkowe. Projekt regulacji zastał wykonany przez St. T-wo Budowlane pod egidą inż. Sławińskiego, kierownika działu melioracyjnego w tym Towarzystwie, który już wykonywał szereg robót dla Zarządu stadnin państwowych. Ponieważ badania podglebia na torze płaskim wykazały niesłychaną różnorodność gruntu na Służewcu, Komitet Budowlany po dokładnemu rozważeniu i po zasięgnięciu opinii biegłych doszedł do przekonania, że po zdjęciu humusu (warstwy urodzajnej) należy ujednostajnić strukturę podglebia za pomocą domieszkowania piasku do gliny i vice versa (to ostatnie bardzo rzadko), mieszanina ta podlega regulówce o głębokości 40 cm., wytwarzając przez to jednostajne podglebie, bardzo łatwo przepuszczalne. Już teraz pomimo nieukończonych robót daje się zaobserwować dobre i prawidłowe funkcjonowanie tej warstwy. Naturalnie, że ta robota stosowana została jedynie do toru płaskiego i do 15-to metrowej części torów treningowych, czyli do toru zielonego do ostrych galopów. Na samym torze głównym, oprócz tej regulówki, roboty ziemne były nieznaczne. Jeszcze w 1928 roku profil podłużny, czyli spadki ustalone zostały przez Komitet Budowlany w sposób ekonomiczny. Największy spadek wynosi 0.7%, tak samo jak tar Hoppegarten (uważany za klasyczny) i znacznie mniej falisty, niż tor Epsom. Natomiast na torze treningowym, przy regulacji strugu i na terenach stajennych okazało się niezbędnym roboty ziemne wykonać na większą skalę, inaczej te tereny byłyby nie do użycia. Wyszlamowanie stawu, tworzącego rezerwuar wodny wcale duży, choć niepewny w czasie suszy, też stanowiło duży obiekt do robót ziemnych, pomimo pozostawionej w niem — ze względów oszczędnościowych jak i estetycznych — sporej wyspy. Przy wykonaniu tych robót ziemnych pracowało od lata 5 (10 ludzi i 150 furmanek t. zw. „holendrów” z okolic Brześcia.

Dla komunikacji wewnętrznej z terenów stajennych do tarów treningowych, z dwóch mostów, przewidzianych ogólnym projektem rozbudowy, stanął tylko jeden, budowę drugiego odłożono do lepszych czasów. W zamian będzie budowany most śluzowy dla spiętrzenia stawu Twa, stanowiący część integralną tego odcinka parkanu, który na wiosnę 1930 r. ma zamknąć tereny Twa od strony wsi Służewiec.

Na dzień 4 października Prezes Twa zaproponował członkom Twa Zach. zbiorową wycieczkę do Służewca, dla zwiedzenia stanu robót tam już wykonanych i aby członkowie T-wa zapoznali się po raz pierwszy swoją posiadłością. — Z żalem wypada nadmienić, że wycieczka ta, która powinna była zgromadzić liczniejsze grono osób — zgromadziła nader nielicznych zainteresowanych. Wielka szkoda, bo dużo’ ludzi nie zdaje sobie sprawy jak wiele już zrobiono na nowym torze.

W roku bieżącym była również od wiosny gruntownie przestudiowana sprawa wodociągów, kanalizacji, wieży’ ciśnień i stacji pomp, organicznie związana ze sprawą zraszania torów i parków, jako też zaopatrzenia w wodę użytkową wszystkich budynków, stajen, trybun etc.. Cały szereg ludzi najbardziej kompetentnych przestudiował tę sprawę. Dnia 15 kwietnia odbyło się specjalne posiedzenie w sprawie wodnej w Ministerjum Rolnictwa, w którem brali udział oprócz Prezesa i Wiceprezesa J. Szwejcera, Dyr. Dep. Stadnin Państwowych p. Jan Grabowski, pp. prof. Bąkowski i Rychłowski, inż. Rudziński i Sławiński, Inspektor toru mokotowskiego p. L. Andrycz i p. T. Dachowski. Na tym posiedzeniu, gdzie z dotychczas nagromadzonego materiału okazało się, jak bardzo ta sprawa posunęła się naprzód, p. dyr. Grabowski bardzo słusznie doradził, aby T-wo delegowało zagranicę dwie osoby z zebranego grona, dla naocznego zbadania, jak ta sprawa jest ujęta na dwóch tak znakomicie urządzonych torach wyścigowych, jakimi są Budapeszt i Hoppegarten. Zebrani uprosili wtedy Wiceprezesa J. Szwejcera i p. Inż. Rudzińskiego, aby zechcieli pojechać do Budapesztu i do Hoppegarten dla nieprzestudiowanie tej sprawy jak najdokładniej, oprócz innych kwestyj z tymi torami związanych. Panowie ci mandat przyjęli. W pierwszej połowie maja z wycieczki powrócili i dnia 15 maja złożyli bardzo ciekawy i obszerny referat o swoich spostrzeżeniach. Przywieźli obfity materiał, z którego p. inż. Rudziński, projektujący urządzenia wodociągowe i kanalizacyjne, w ścisłym kontakcie z prof. Radziszewskim i Rychłowskim, wiele rzeczy zastosowuje. Z uwagi, że sprawa wodna jest ściśle związana z robotami regulacyjnymi, oba te projekty musiały być dokładnie uzgodnione. Sprawa tych instalacji w treści swej przedstawia się jak następuje: suma wydajności obu studzien pompami odśrodkowymi Sulzera wyniesie aż 100 tysięcy litrów wody na godzinę. Wieża ciśnień będzie zawierała dwa zbiorniki: jeden główny, objętości 25 tysięcy litrów, drugi nieco niższy, objętości 15 tysięcy litrów wody. Pompy studzienne Sulzera będą pompowały wodę ze studni do zbiorników. Zbiornik mniejszy będzie działał latem i zimą i obsługiwał trybuny, stajnie, mieszkania i inne budynki gospodarcze. Co do zbiornika większego, to ten będzie służył głównie do zraszania torów: płaskiego, steeplowego i torów treningowych. Woda, ten zbiornik obsługująca, będzie przedtem sama się wygrzewała i utleniała w dużym płaskim basenie objętości 2500 m3, leżącym w parku członkowskim, zanim będzie przepompowana na górny zbiornik wieży ciśnień. Rozchód ogólny wody przewidziany jest około 2 tysięcy m3. na dobę.

Jako główne roboty na Służewcu na rok 1930 przewidują się: zakończenie robót ziemnych, budowa śluz, dokończenie parkanu, połączenie się z elektrownią Pruszków, budowa dwóch magistrali wodociągu i kanalizacji, budowa wieży ciśnień i stacji pomp, budowa stajen pod dachy i dalsze roboty zadrzewienia.

Wobec żądań tak ogromnego przyśpieszenia robót przez władze centralne i Magistrat m. Warszawy, jest naturalne, że Two będzie musiało starać się o pożyczkę, aby być w możności w 1933 r. zainaugurować tor na Służewcu. Trzeba mieć nadzieję, że tak pięknie zapoczątkowane dzieło, energicznie i umiejętnie prowadzone przez władze Twa — doczeka się pomyślnego końca i że w przepisanym terminie startmaszyna zbierze liczne i doborowe pole w nagrodzie otwarcia.

Osobom zajętym przy tej wielkiej pracy ślemy serdeczne Szczęść Boże!”


źródło: Jeździec i Hodowca 1929 nr 48 s.710-717

Licencja udzielona przez Polski Związek Hodowców Koni dla BoberTeam, na potrzeby projektu Legendy Polskiego Jeździectwa. Prawa zastrzeżone.

Projekt przebudowy toru – 1928 rok.
Zygmunt Edward Plater-Zyberk pochowany został na Holy Trinity Cemetery w Phoenixville, Pennsylvania, USA.

Patron Legendy:

Opiekun Legendy:

Stanisław Żółkiewski herbu Lubicz, zwycięzca spod Kłuszyna, zdobywca Moskwy, pogromca Niemców, Szwedów, Mołdawian, Tatarów i Kozaków. Był jednym z najwybitniejszych ludzi epoki. Wśród wrogów Rzeczpospolitej wzbudzał strach i szacunek. Kanclerz i hetman wielki koronny, jeden z najwybitniejszych wodzów w dziejach Rzeczypospolitej. Żył w latach 1547-1620.

Okres panowania Batorego — czasy największego rozkwitu potęgi Rzeczypospolitej i głośnej sławy oręża polskiego — sprzyjał narodzinom szlachetnych i wielkich wojowników. Przykład, jaki dawał król Stefan swym nieugiętym charakterem, bezinteresownością osobistą, dążeniami, skierowanymi wyłącznie dla dobra swej przybranej ojczyzny — Polski, swą postawą moralną i wybitnymi zdolnościami wojskowymi oraz zaletami urodzonego wodza narodu, był prawdziwą szkołą życia przyszłych bohaterów Polski. W tej podniosłej atmosferze rządów Batorego chował się i wzrastał na prawdziwego wodza bohater Kłuszyna, Moskwy i Cecory — Stanisław Żółkiewski.

Rzeczpospolita, trwająca w nieustannej wojnie z Tatarami, narażona na ciągłe najazdy, stale musiała być gotowa do czynów zbrojnych, stale z szablą w dłoni musiała odpierać najazdy na swe ziemie i bronić się przed zaborczością licznych wrogów.

Szczególnie żywo odczuwały to wschodnie rubieże Państwa Polskiego, będące nieustannie pod grozą najazdów. Stały się też te najbardziej zagrożone ziemie polskie kolebką bohaterów, którzy w wiecznej gotowości do walki i licznych bojach zdobywali harf ducha i pogardę śmierci i którzy ze znojnych przeżyć wynosili gorące umiłowanie Ojczyzny. Synem tych właśnie kresów był Żółkiewski.

Stanisław Żółkiewski urodził się w 1547 r. we wsi Turynce koło Lwowa w bogatej magnackiej rodzinie. Jego ojciec, wojewoda ruski, obywatel powszechnie szanowany i czynny w życiu publicznym, był również doświadczonym rycerzem, niejednokrotnie walczącym nieustraszenie i ofiarnie, dla sławy Ojczyzny.

Wyniósł więc Stanisław z domu rodzinnego szczytne tradycje rycerskie. Od wczesnej młodości stykał się bezpośrednio z niebezpieczeństwami i wojną, nawiedzającą stale rodzinną jego Ruś. Nic też dziwnego, że celem jego późniejszego sławnego bohaterskiego życia stało się zabezpieczenie granic Rzeczypospolitej od obcych, najazdów. Wychowany bardzo starannie, po skończeniu nauk we Lwowie wyjechał zagranicę, jak to było w zwyczaju w magnackich rodzinach.

Po powrocie z podróży wstąpił Żółkiewski w służbę Rzeczypospolitej, zaciągnąwszy się do chorągwi Jana Zamoyskiego. Węzły pokrewieństwa, jakie łączyły te dwa rody, pozwoliły młodemu Żółkiewskiemu zetknąć się bliżej z bystrym i wielkim umysłem Wielkiego Kanclerza. Jako trzydziestoletni mąż brał już udział w charakterze samodzielnego dowódcy oddziału jazdy w wyprawie gdańskiej i pod Tczewem przyczynił się do zwycięstwa, uderzając w decydującej chwili na jazdę niemiecką, łamiąc jej szyki i zmuszając ją do ucieczki. Był to pierwszy triumf Żółkiewskiego.

Zaufanie, jakie zdobył sobie Żółkiewski u króla Stefana i Kanclerza, sława, jaka zaczynała opromieniać jego nazwisko, omal nie stały się przyczyną jego śmierci. Pod Pskowem w 1582 r. po klęsce, poniesionej przez Moskali, Zamoyski zawiadomił kniazia Szujskiego o pozwoleniu na pogrzebanie poległych w walce. Podczas omawiania szczegółów Żółkiewski z towarzyszami udał się pod mury twierdzy, a Szujski, któremu wskazano Żółkiewskiego, jako zaufanego Króla, postanowił skorzystać z okazji nieskończonych jeszcze układów i rozkazał, zatoczywszy działa i ustawiwszy strzelców, dać ognia, gdy orszak rycerstwa zbliży się na odległość strzału. Podstęp nie udał się, gdyż kule chybiły, nie wyrządzając nikomu szkody.

Przyszły hetman pomimo swych wybitnych zdolności powoli dochodził do należnych mu zaszczytów; szedł ku nim, przezwyciężając zawiści magnatów — wrogów osobistych Króla i Kanclerza, narażając się na oszczerstwa i zamachy na życie. Po aresztowaniu i straceniu banity Samuela Zborowskiego, gdy szlachta przyjazna Zborowskim burzyła się, rzucając na sejmikach kalumnie na Kanclerza i Króla, Żółkiewski czci ich bronił z szablą w dłoni. Sąd sejmowy uspokoił na jakiś czas wzburzone umysły szlacheckie. Po przedwczesnej jednak śmierci króla Stefana — Żółkiewski, jako poseł ziemi bełzkiej, znowu zmierzyć się musiał ze swymi śmiertelnymi wrogami, Zborowskimi. Szczęśliwym tylko trafem dwukrotnie uniknął śmierci, którą mu próbowali zadać ich stronnicy. Mógł, korzystając z oburzenia swych zwolenników, rozprawić się z bandą Zborowskich, lecz, uważając osobistą krzywdę za rzecz znikomą, poświęcił możność odwetu dla dobra państwa, dla spokoju wewnętrznego, nie chcąc walką bratobójczą doprowadzać do wojny domowej o nieobliczalnych następstwach. W liście swoim „do panów posłów” przestrzegał szlachtę przed smutnymi następstwami samowoli jednostek, która godzi w powagę Rzeczypospolitej, może „albo nam samym, albo potomstwu być przyczyną niewoli”. Prorocze słowa Żółkiewskiego nie odniosły skutku, Zborowscy byli potęgą, z którą się liczono, i dopiero zwycięstwo pod Byczyną, odniesione nad wojskami arcyks. Maksymiliana, którymi dowodził Andrzej Zborowski, zakończyło wichrzenia warchołów. W bitwie tej Żółkiewski wykazał talent wojskowy: za jego radą wszczęto, pomimo zbliżającej się nocy, zaciętą walkę, rozstrzygniętą przez zwycięskie uderzenie jazdy, prowadzonej przez Żółkiewskiego.

Zwycięstwo to, odniesione faktycznie przez Żółkiewskiego, dodało sławy Kanclerzowi, zasługi jednak młodego wodza zostały wynagrodzone przez mianowanie go hetmanem polnym koronnym, a wkrótce i kasztelanem lwowskim.

Najazd tatarski 1589 r. zastał Żółkiewskiego z nielicznym wojskiem w Barze. Pomimo przeważających sił nieprzyjaciela Hetman nie stracił odwagi, przeciwnie, nabierał poczucia siły i mężnie obiecywał Zamoyskiemu „czynić co mężom przystoi”. Kanclerz również nie zasypiał sprawy, zebrał wojsko i rozgłaszając fałszywe wieści o wielkiej jego liczbie, doprowadził do układów pokojowych, przyjmując warunek, że Kozacy, główna sprężyna wojny, przesłaną napadać na kraje tureckie.

Pokój ten nie potrwał długo: polityka Zygmunta w stosunku do Austrii spowodowała nową wojnę. Rudolf austriacki, dążąc do wojny polsko-tureckiej, przy cichym poparciu króla polskiego, podburzał stale kozactwo do napadów.

W 1595 r. został zbrojnie rozstrzygnięty spór, wszczęty o Wołoszczyznę, wprowadzeniem do Jass z ramienia Rzeczypospolitej wojewody Mohiły, a gdy Turcja wszczęła wojnę, pod Cecorą stoczył hetman Żółkiewski zwycięski bój, zakończony ponownymi układami.

Nowa pożoga wojenna wybuchła w roku następnym, tym razem w granicach Rzeczypospolitej. Kozacy pod wodzą Nalewajki i Ło- body zbuntowali się, napadając na dwory magnackie i szlacheckie, paląc dwory i wycinając ludność. Stłumienia zawieruchy wewnętrznej, ogarniającej Wołyń, Podole, Ukrainę i częściowo Litwę, podjął się hetman Żółkiewski, mając zaledwie 1000 jazdy.

Pierwsze spotkanie nastąpiło pod Macewiczami; Hetman, nie chcąc przelewać krwi, wezwał napotkane oddziały kozackie do poddania się. To wezwanie Kozacy nie tylko odrzucili, lecz nawet chcieli zamordować posła hetmańskiego. Żółkiewski wówczas kazał podpalić wieś, uderzył nieoczekiwanie na oporne oddziały i zniósł je do szczętu. Nalewajko, dowiedziawszy się o poniesionej klęsce, rzucił się do ucieczki, unikając spotkania wojsk hetmańskich.

Zbiegł na Humańszczyznę, gdzie skrył się w lasach. Na wieść, że Hetman nosi się z zamiarem tropienia go w dalszym ciągu, za pośrednictwem starosty bracławskiego Strusia prosił o łaskę, obiecując oddanie zrabowanego po zamkach oręża i zaprzestanie dalszej walki. Hetman, zapominając o krzywdach, jakie wyrządzili Kozacy, obiecał wstawiennictwo u Króla, byle tylko zbuntowani dochowali swych przyrzeczeń.

Nalewajko, wyzyskując pokojowe dążenia Hetmana, grał na zwłokę, ataman Łoboda zaś, wezwany do zaprzestania walki, nie dał wiary obietnicom hetmańskim, posłowi naurągał i odesłał go bez odpowiedzi. Żółkiewski musiał wobec takiego stanowiska Kozaków ugruntować pokój siłą zbrojną. Pozostawiony własnym tylko silom, bez nadziei pomocy ze strony okolicznych magnatów, sprawców moralnych buntu, postanowił zmusić kozactwo do posłuszeństwa. Sposobność nadarzyła się wkrótce.

Kozacy, nie wiedząc o zbliżającym się Hetmanie, napadli na ks. Rożyńskiego pod Białą Cerkwią; Żółkiewski pospieszył mu z pomocą, Kozacy jednak zdołali umknąć. Hetman pomimo szczupłej ilości rycerstwa pogonił za nieprzyjacielem i, dopadłszy go pod Ostrym Kamieniem, uderzył na obóz. Kozacy, poniósłszy dotkliwe straty, w nocy przeprawili się przez Dniepr i skierowali się ku Perejasławowi, a Hetman wrócił do Białej Cerkwi, oczekując na obiecane posiłki. Poszedł następnie pod Kijów, obronił go, przeszedł Dniepr, wypędził Kozaków z Perejasławia i pod Lubniami otoczył obóz nieprzyjacielski. Kozacy bronili się rozpaczliwie, Hetman nacierał z siłą. Zdając sobie sprawę z sytuacji bez wyjścia, wywołanej głodem i wewnętrznymi zatargami, rozpoczął Łoboda układy. Kozacy, podejrzewając go o zdradę, zamordowali swego wodza, lecz po dwóch tygodniach sami prosili Hetmana o łaskę i darowanie win. Żółkiewski, pomimo sprzeciwu rycerstwa, domagającego się wycięcia wszystkich oblężonych, uważając, że nieludzko byłoby wycieńczonych a liczących na prawość polskiego rycerstwa mordować, zażądał od zbuntowanych wydania broni i powrotu do domów. Nalewajko wraz z kilkoma najbardziej winnymi buntu został uprowadzony jako jeniec. Kozacy, pokonani siłą, a jednocześnie ujęci szlachetnością wielkiego swego zwycięzcy, przez długi czas nie podnosili buntu przeciw Rzeczypospolitej. Mając w pamięci wspaniałomyślność i wielkie serce, okazane im przez Rzplitą za wstawiennictwem Żółkiewskiego, bronili mężnie granic w wojnach, jakie prowadziła Polska i pomocą swą przyczynili się niejednokrotnie do zwycięstwa.

Skończywszy zwycięską wojnę z Kozakami, wrócił Hetman do rodzinnych Winnik.

Odpoczynek nie potrwał długo, nowa zawierucha wojenna, wywołana polityką Rudolfa austriackiego, zagrażała bezpieczeństwu Rzeczypospolitej. Polityka króla Zygmunta i sejmu, powodowana osobistymi niechęciami, zlekceważyła grożące niebezpieczeństwo: Wołosi zajęli i spalili Pokucie, zagarniając ludność do niewoli. Wtedy Żółkiewski ruszył pod Chocim I, nie czekając na posiłki Kanclerza, uderzył na Wołochów i zmusił ich do wycofania się ze swych stanowisk obronnych. Wojewoda wołoski Michał, niepewny swych zdobyczy, zaproponował układy. Hetman tymczasem, połączywszy się z wojskami Zamoyskiego, postanowił jednym uderzeniem zgnieść wojska nieprzyjacielskie. Uderzenie, prowadzone wespół z Kozakami, dało zupełne zwycięstwo wojsku polskiemu, dzięki szybkiej decyzji hetmana Żółkiewskiego, którego talentowi wojennemu Zamoyski zaufał, pamiętając zwycięstwo pod Byczyną.

Granice południowe Rzeczypospolitej zostały na jakiś czas zabezpieczone, lecz nie wyzyskano sukcesu, aby przywrócić ład na Wołoszczyźnie, gdyż Zygmunt swą nieudolną polityką wciągnął Rzplitą w nową wojnę, tym razem z Szwecją.

Na tę więc wojnę pociągnął hetman Żółkiewski. Boje były szczególnie ciężkie dla rycerstwa, przyzwyczajonego do walki w polu, gdyż musiano zdobywać zamki obronne. Sławne oblężenie Wolmaru, po długich szturmach i zaciętej obronie zdobytego przez Hetmana, przyczyniło się do większej jeszcze sławy oręża polskiego.

Na wiadomość, że szwedzki generał Arnep idzie z odsieczą oblężonej twierdzy Biały Kamień, ruszył Hetman na spotkanie nieprzyjaciela. Wojsko szwedzkie było w gotowości do odparcia ataku. Hetman uderzył ciężkimi pułkami jazdy Potockiego i Kazanowskiego. Jazda, nie mogąc przerwać zapory z ostrokołów, po dwukrotnym natarciu musiała się cofnąć. Hetman postanowił swym wypróbowanym sposobem uderzyć na skrzydła i tyły, posłał więc lekką jazdę, która nagłym uderzeniem zmieszała szyki nieprzyjaciół; zamieszanie to wykorzystał wódz polski, rzucając wszystkie chorągwie do walki. Pod strasz- nem natarciem Szwedzi poszli w rozsypkę. Zwycięstwo odniesione było tak szybko i niespodzianie, że załoga Białego Kamienia na wieść o tern poddała twierdzę. Żółkiewski jednak musiał wracać nad Dniepr, by bronić granic od napaści tatarskich.

Kampanię szwedzką prowadził dalej hetman Chodkiewicz. 3 czerwca 1605 r. zmarł wielki hetman i kanclerz Zamoyski, opiekun i protektor Żółkiewskiego, którego upatrzył już za życia na swego następcę, znając jego wielki umysł, prawy charakter i niepospolite męstwo. Król jednak, nie mogąc zapomnieć uwag, czynionych mu niejednokrotnie przez hetmana Żółkiewskiego, wołał otaczać się ludźmi bez własnego zdania, intrygantami i pochlebcami.

Żółkiewski w tym czasie walczył z przeważającymi siłami tatarskimi, odnosił liczne zwycięstwa i wreszcie, zadawszy nieprzyjacielowi klęskę pod Uchyczą, wyparł go z granic Rzeczypospolitej.

Zapanował chwilowy spokój. Wnet jednak król Zygmunt wezwał Hetmana do Warszawy, aby uśmierzył wybuchający rokosz Zebrzydowskiego. Liczył na wpływ moralny, jaki może wywrzeć na zbuntowanych ten rycerz prawy i szlachetny, liczył, że będzie mógł bez rozlewu krwi uspokoić wzburzoną szlachtę.

Hetman podjął się tej ciężkiej roli, lecz wszelkie pokojowe propozycje spełzły na niczem wobec ogromnego wzburzenia rokoszan i ciężkich zarzutów, stawianych królowi. Porozumienie osobiste z Zebrzydowskim również nie osiągnęło skutku, gdyż wojewoda nie zamierzał ustąpić, przygotował się do wojny domowej i miał opanować Kraków.

Za wszelką cenę Hetman chciał uniknąć walki bratobójczej. Zdawszy relację królowi z przebiegu rokowań, doradzał zająć natychmiast Kraków, by wytrącić z rąk rokoszan ten dogodny atut. Senatorowie jednak byli odmiennego zdania, uważali, iż Król winien schronić się do Prus i tu oczekiwać na koncentrację wiernych mu wojsk.

W międzyczasie rokoszanie opanowali Kraków i wysunęli twarde żądania. Nie zgodził się na nie Zygmunt III, wierząc, iż wojsko Żółkiewskiego obroni go.

Zanosiło się na formalną wojnę domową. Raz jeszcze Hetman w poczuciu swego wysoce obywatelskiego honoru próbował załagodzić nadciągającą burzę. W liście, skierowanym do rokoszan, starał się przekonać ich i odwieść od buntu i rozlewu krwi bratniej, „iżby zatrzęśniona Rzeczpospolita szturmem jakim popędliwym do ostatniego, strzeż Boże, niebezpieczeństwa nie przyszła”. Interwencja Hetmana nie odniosła pożądanego skutku. Do walki jednak nie doszło. Gdy dwa wrogie polskie obozy stanęły naprzeciw siebie pod Janowcem, rokoszanie ustąpili. Zobowiązali się wstrzymać wszelkie kroki zaczepne, rozpuścić zbrojną szlachtę i stawić się bez zbrojnej eskorty na sejm, który miał ich żądania rozpatrzeć.

Wojna domowa nie została jednak zażegnana, a tylko chwilowo załagodzona. Wzburzenie szlachty stawało się coraz większe, opozycja coraz energiczniej przygotowywała się do ostatecznej rozprawy z królem. Rozruchy wybuchły niebawem, odezwały się z większą jeszcze siłą. Nie sądzone było sejmowi obradować w spokoju nad wytworzoną sytuacją — rokosz wystąpił z nową mocą. Tym razem inicjatorką była szlachta wielkopolska. Wystosowała uniwersał, wypowiadający Królowi posłuszeństwo i wzywający wojsko oraz ogół szlachty do przyłączenia się do konfederacji. Wytworzona sytuacja musiała być pomimo wysiłków hetmana Żółkiewskiego rozstrzygnięta zbrojnie. Starcie wrogich sobie wojsk polskich nastąpiło pod Guzowem 6 lipca 1607 roku. Nadludzkie wprost wysiłki Hetmana, pragnącego w ostatniej jeszcze chwili uniknąć rozlewu bratniej krwi, spełzły na niczym. Walka zaczęła się uderzeniem rokoszan na Chodkiewicza; natarcie zostało odparte, lecz w następnej chwili rycerstwo królewskie rzuciło się do ucieczki Radziwiłł ponowił atak. Zdawało się, że rokoszanie są już bliscy. triumfu. Chodkiewicz jednak opanował panikę i rzucił swe chorągwie do walki, Żółkiewski zaś szalonym uderzeniem na prawe skrzydło nieprzyjaciela załamał je i zmusił rokoszan do ucieczki. Zwycięstwo przechyliło się na stronę królewską. Zygmunt, triumfując, kazał z całą bezwzględnością ścigać rokoszan mimo rad Żółkiewskiego, który jako prawy Polak i rycerz chciał okazać wspaniałomyślność pokonanym na polu walki.

Zygmunt, okazujący dawniej swą nieufność Hetmanowi, podburzany jeszcze przez otoczenie, stał się w stosunku do swego obrońcy jeszcze bardziej niechętny i podejrzewał go nawet o sprzyjanie rokoszanom. Ta niełaska królewska została stokrotnie wynagrodzona przez stosunek społeczeństwa, które coraz bardziej oceniało zasługi i szlachetne intencje Hetmana. Rokoszanie nawet uznali działalność Żółkiewskiego za dobrą i zgodną z poczuciem honoru. W społeczeństwie szlacheckim przeważało przekonanie, że tylko wielki umysł, gorący patriotyzm i prawy charakter Hetmana mogą uspokoić wzburzone umysły i przywrócić zagrożony spokój wewnętrzny Rzeczypospolitej.

Szlachetne więc serce Hetmana, pełne poświęceń dla dobra umiłowanej Ojczyzny, zwyciężyło w opinii ogółu. 16 maja 1608 roku nastąpiło ostateczne pojednanie Zebrzydowskiego z Zygmuntem i darowanie wojewodzie winy.

Małoduszny Król nie ocenił i teraz jeszcze zasługi Żółkiewskiego, w dalszym ciągu odnosił się do niego z nieufnością, myśląc tylko o swej^osobie, a nie dbając o dobro Rzeczypospolitej.

Nie ochłonęła jeszcze Rzeczpospolita z walk bratobójczych, gdy nowe chmury, zwiastujące wojnę z Moskwą, zawisły nad krajem. Krótkowzroczna i bezplanowa polityka Zygmunta, który nie słuchał rad wiernych dobru Rzeczypospolitej mężów, uwikłała wyczerpany i całkowicie nieprzygotowany kraj w wojnę z Moskwą. Zygmunt, słaby polityk, a jeszcze słabszy wódz, usłuchał podszeptów, jakoby Moskwa pragnęła oddać mu koronę carską, i, wiedziony wygórowaną ambicją, chciał sięgnąć po, zdawałoby się, łatwą zdobycz. Próżno tłumaczył mu przewidujący Hetman bezcelowość i niebezpieczeństwo tego kroku, gdyż wojsko nie opłacone, nie posiadające, dostatecznego wyekwipowania wojennego, nie będzie mogło znieść trudów wojennych.

Zygmunt jednak postawił na swoim. Wyznaczywszy termin wyprawy, chciał w pierwszym rzędzie zdobyć Smoleńsk i w ten sposób otworzyć sobie drogę do korony carów. Na nic zdały się tłumaczenia doświadczonego rycerza, jakim był hetman Żółkiewski, o szalonych wprost trudnościach zdobycia potężnej i silnie bronionej twierdzy. Król, nie bacząc na brak piechoty i artylerii, potrzebnej do takiego przedsięwzięcia od zamiaru, swego nie odstąpił, Wojsko zbierało się powoli na wyprawę, wyznaczano co- raz to nowe terminy, wreszcie we wrześniu 1609 roku stanęła pod potężną twierdzą, bronioną przez blisko 40.000 ludzi i 300 ciężkich armat, mała, bo z 8.000 żołnierzy składająca się armia polska, prawie bez artylerii. Zwołana na żądanie Hetmana rada wojenna z Królem na czele, nie mająca pojęcia o działaniach wojennych, uważała, że twierdza lada chwila otworzy swe bramy. Żółkiewski słuchał wywodów, nie oponując, później udał się do Króla, przedkładając mu, że przy posiadanych środkach twierdzy nie będzie można zdobyć. Projektował, by przybyłych świeżo do obozu Kozaków pozostawić pod murami Smoleńska, a z rycerstwem ruszyć wprost na Moskwę. Rad doświadczonego wojownika nie usłuchano. Idąc za większością butnych panów postanowiono w nocy 12 października opanować fortecę, wysadzając petardami bramy. Plan ten częściowo udał się, bramy wysadzono, Nowodworski, który prowadził akcję, wtargnął do twierdzy na czele kilkudziesięciu żołnierzy, lecz nie otrzymawszy w porę obiecanych posiłków, musiał cofnąć się. Plan wskutek opieszałości doradców, inicjujących go, zawiódł w zupełności.

Oblężenie przeciągało się bez rezultatów, a twierdza nie myślała zupełnie o poddaniu się wbrew przewidywaniom pochlebców Króla. Wojsko, niezadowolone z przedłużającej się wojny bez widoków powodzenia, groziło konfederacją, zwłaszcza pułki oddane Samozwańcowi, liczące na . wielkie obietnice drugiego samozwańca. Gdy Samozwaniec, widząc swą niemoc, umknął do Kaługi, bojarowie oddali carstwo pod opiekę Zygmuntowi, koronę zaś królewiczowi Władysławowi. Zygmunt,, nie usłuchawszy rad światłych mężów, zbagatelizował powagę tej sprawy, nie pozyskał dla siebie nawet wojsk Samozwańca.

Maryna Mniszchówna, przekonawszy wojsko o nieszczerych zamiarach Zygmunta, wznieciła zamęt i doprowadziła do tego, że część wojsk z Sapiehą na czele opuściła Króla i poszła pod rozkazy Dymitra.

Król po niewczasie spostrzegł grozę położenia. Chcąc jeszcze ratować sytuację, wezwał Jana Potockiego do podjęcia wyprawy przeciw nadciągającym Moskalom. Potocki jednak, bojąc się odpowiedzialności za ewentualne niepowodzenie, zwlekał z odpowiedzią, wreszcie odmówił.

Pozostał tylko jeden Hetman, zawsze wierny Królowi, nie oglądając się na korzyści osobiste. Nie bacząc na niebezpieczeństwo wyprawy, w trzy tysiące wojska wyruszył do walki z przewyższającymi siłami moskiewskimi. Prowadził wielki Wódz garstkę rycerstwa do walki niepewnej i ciężkiej, ufał jednak w męstwo i zapał bojowy swych hufców, był pewien pułkowników, zaprawionych w wielu bojach, a zdając sobie sprawę, że w powodzeniu wyprawy leżą losy Rzeczypospolitej, wytężył swą wolę niezłomną i w genialnym planie taktycznym uderzenia na nieprzyjaciela, nie dając mu połączyć się w olbrzymią armię, z góry już wojnę rozstrzygnął.

Ruszył więc naprzeciw przedniej straży cara Szujskiego pod Carowo Zajmiszcze.

Wojska moskiewskie zajęły obronną pozycję w mieście, otoczonym bagnami z szeroką groblą — jedynym dostępem do obozu. Po pierwszej potyczce, szczęśliwej w wyniku dla wojsk hetmańskich,. Moskale cofnęli się do miasta, niszcząc za sobą most. Hetman tego dnia nie pragnął walki rozstrzygającej.

Nazajutrz Żółkiewski wykazał wielki przewidujący talent wojenny. Wałujew, wódz moskiewski, sądząc, że atak poprowadzony będzie tak samo jak poprzednio, zamierzał wciągnąć Polaków w zasadzkę, obsadzając piechotą zarośla dokoła grobli. Nie przewidział jednakże wielkiego talentu, doświadczenia bojowego i ostrożności swego przeciwnika, i przegrał bitwę.

Hetman mianowicie wysłał swą piechotę i Kozaków w kierunku ukrytych Moskali i jednocześnie na groblę. Spotkanie było tak nieoczekiwane, że Moskale w popłochu rzucili się do ucieczki.

Rozgrzane zwycięstwem rycerstwo w pościgu przebyło wpław rzekę i zostało odcięte od głównych sił. Z obozu wysłał Wałujew, wódz moskiewski, 3.000 ludzi, pragnąc wyciąć garstkę zapędzonych – rycerzy, lecz Hetman, widząc grozę położenia, kazał natychmiast przerzucić nowy most i nim Moskale zdołali uporać się z walczącymi, spadła na nich niezwyciężona jazda polska. Zwycięstwo Polaków było zupełne. Część zadania, jakie Hetman sobie obrał, została wykonana.

Nie mogąc zdobywać silnie obwarowanego miasta, zajął Hetman mocną pozycję na drodze do Możajska, skąd szły główne siły moskiewskie. Obstawiwszy wszystkie drogi, odciął oblężonych od ich kraju. Szujski; bratanek cara Wasyla, utalentowany wódz rosyjski, w 50.000 ludzi z najemnymi wojskami szedł z odsieczą twierdzy. Wiadomość ta zaniepokoiła rycerstwo, gdyż sytuacja terenowa nie pozwalała zupełnie na walki jazdy, jedynej, która mogła zwyciężyć nawet liczniejszych nieprzyjaciół.

Hetman już miał plan pod twierdzą obmyślony, by, zostawiwszy trochę wojska, z resztą spaść niespodziewanie na wojska cara. W ostatniej niemal chwili na radzie wojennej podał ten projekt, lecz nie obstawał przy nim, obawiając się zdrady. Wojsko stało w pogotowiu. Przed nocą, zostawiwszy piechotę królewską Kozaków i 700 jazdy rotmistrzowi Bobowskiemu, ruszył Hetman w 7.000 ludzi do Kłuszyna, gdzie leżała obozem wielka armia cara. Po całonocnym szybkim marszu, zostawiwszy nie mogącą zdążyć piechotę i 2 jedyne armatki, nad ranem 4 lipca 1610 r. stanęło rycerstwo w obliczu ogromnej armii, pogrążonej w głębokim śnie, nie przypuszczającej za przykładem swych wodzów, ufnych w swą silę, że tak skromna garstka Polaków szukać może zaczepki. Hetman nie czekał na przybycie piechoty, sprawił szyki, przemówił do rycerstwa, zagrzewając je do boju i uderzył na Moskali. Zagrały surmy bojowe i jednocześnie płomienie ogarnęły podpalone wsie. Moskale, widząc gotowe do walki chorągwie polskie, w popłochu i trwodze szykują się do obrony, lecz Hetman rzuca już swe hufce w środek wojsk nieprzyjacielskich.

Chorągwie jak grom spadają na masy moskiewskie, nikną w gęstwie ludzkiej, szerząc spustoszenie. Nieustraszony Hetman, widząc rozpaczliwe wysiłki rycerstwa, wątpić zaczyna czy szczupłe siły polskie zdołają zwyciężyć wielokrotnie liczniejszą armię, liczy więc tylko na pomoc Boga. Rycerstwo polskie jednak pokazało swemu Wodzowi, że walczyć potrafi, że męstwem swym i brawurą zdolne jest pokonać jeszcze groźniejszego przeciwnika i nie zawieść pokładanych w niem nadziei. Jak huragan przelatują chorągwie przez szeregi moskiewskie, łamiąc i niszcząc wszystko po drodze, aby za chwilę, sprawiwszy znów szyki, rzucić się w wir walki. Nic nie jest w stanie oprzeć się szalonemu uderzeniu jazdy polskiej. Moskale w popłochu rzucają się do ucieczki. Jedynie prawe skrzydło, osłonione płotami i bronione przez piechotę niemiecką, stawia jeszcze opór przed atakami jazdy, w momencie jednak przybycia piechoty królewskiej z armatkami, nie czekając natarcia, w popłochu rzuca się do ucieczki. Wielka armia Cara moskiewskiego, rozporządzająca wyborowym cudzoziemskim żołnierzem, wielką ilością dział i sprzętu wojennego, dzięki szybkiej decyzji Żółkiewskiego i brawurze jego wojska, przestała w jednej chwili istnieć.-Świetny ten triumf, okupiony nikłymi stratami, otworzył drogę do stolicy carów. Wałujew, dowiedziawszy się o klęsce, złożył przysięgę na wierność królewiczowi Władysławowi, jako carowi moskiewskiemu.

Hetman, zebrawszy swe wojska, ruszył na Moskwę.

W stolicy carskiej tymczasem wybuchł groźny bunt przeciwko Szujskiemu. Bojarowie, nienawidząc swego cara, postanowili pozbawić go korony, korzystając z osłabienia jego siły wojskowej. Naglą go do złożenia korony. Jednocześnie Samozwaniec, korzystając z sympatii, jaką cieszył się wśród pospólstwa Moskwy, dążył z uporem do zagarnięcia tronu. • Bojarowie zorganizowali zamach na Wasyla, osadzając go w klasztorze, a braci jego wtrącają do więzienia. Unieszkodliwiając Szujskiego, dodali sił samozwańcowi, który, zebrawszy swych zwolenników, posuwał się ku Moskwie. Tymczasowy regent Mścisławski nawiązał pertraktacje z hetmanem Żółkiewskim. W osobie królewicza Władysława widział zażegnanie burzy nad carstwem.

Hetman więc plany swoje zrealizował. Koronę carską zdobył dla Władysława, rozszerzył wpływy Rzeczypospolitej na Moskwę, a tern samem postawił Rzplitą w rzędzie najpotężniejszych mocarstw europejskich. Marzenia polityczne Wielkiego Hetmana ziściły się całkowicie. Moskwa przysięgała wierność Władysławowi IV, swemu carowi.

Lecz ten wielki sukces polityki hetmańskiej zniweczyła nieudolna i małoduszna polityka Zygmunta, który w swej wygórowanej ambicji osobistej chciał widzieć siebie carem moskiewskim.

Nie licząc się więc z następstwami, jakie jego nierozumny upór może sprowadzić, nie chciał uznać przysięgi, jaką hetman Żółkiewski w imieniu cara Władysława złożył bojarom i od nich ją przyjął. Hetman zaskoczony tą niespodziewaną decyzją królewską, obracającą w niwecz jego wielkie polityczne plany, przeprowadzone po mistrzowsku, zataił przed bojarami wolę swego pana, postanawiając przekonać upartego króla o niemożliwości zmiany przysiąg i traktatów i przestrzec przed wielkim niebezpieczeństwem, jakie może grozić Rzeczypospolitej w razie niedotrzymania zawartych umów.

Jako przedstawiciel nowo obranego cara Władysława rozpoczął tymczasem układy z Samozwańcem, namawiając go do zrzeczenia się wszelkich praw do korony carskiej, dając mu w zamian w posiadanie Sambor lub Grodno. Samozwaniec ani chciał słuchać o ustępstwach.

Hetman postanowił sprawę rozstrzygnąć zbrojnie. 5 września 1610 roku część wojsk hetmańskich wkroczyła do Moskwy, by nazajutrz wyruszyć przeciwko Samozwańcowi.

Aby uniknąć rozlewu krwi bratniej w walce z Samozwańcem, przy którym stał wciąż mu wierny Sapieha z rycerstwem polskim, wezwał Hetman Polaków do opuszczenia szeregów Dymitra. Wezwanie to nie odniosło skutku, wobec czego postanowił Żółkiewski w nocy uderzyć na klasztor, w którym przebywali Dymitr z Maryną, pochwycić ich i niebezpieczeństwo walki bratobójczej w ten sposób zażegnać.

Zdrada unicestwiła ten plan. Dymitr z żoną i kilkuset kozakami uciekli przed natarciem do Kołomny.

Na barki Hetmana zaczęły spadać nowe troski; nowe trudności piętrzyły się dokoła, były jednak w porę przezwyciężone. Wojska Sapiehy tylko dzięki interwencji Hetmana, który polecił wypłacenie im części żołdu, porzuciły zamiar wdarcia się do Moskwy. Zażądał następnie Hetman wydania braci Szujskich, aby uniemożliwić wywołanie nowych zamieszek wewnętrznych w Moskwie. Usunięcie dwóch najniebezpieczniejszych kandydatów do korony, mających wielu zwolenników i cieszących się zaufaniem wielu bojarów, Michała Romanowa, syna metropolity Filareta i księcia Golicyna, było mistrzowskim jego posunięciem politycznym: wysłał ich jako posłów do Zygmunta pod Smoleńsk w celu zawarcia ostatecznych układów. Wybór ten nie tylko nie wzbudził podejrzenia, lecz, wzmógł zaufanie i zwiększył szacunek do osoby Hetmana i jego wielkich poczynań. Zaufanie to wzrosło do tego stopnia, że bojarowie prosili Żółkiewskiego, by rycerstwo polskie wprowadził do stolicy, licząc na ewentualną pomoc w razie jakiejkolwiek napaści. Hetman propozycję przyjął, surowo jednakże zakazując rycerstwu czynienia zamieszania i rozmieszczając pułki tak, by w każdej chwili cała arma była gotowa do walki. Posunięcia genialnego wodza i wielkiego polityka umocniły władzę i stanowisko cara Władysława. Stolica oczekiwała z niecierpliwością na nowego swego władcę.

Uporczywe jednak milczenie króla, nie godzącego się na wielkie dzieło, dokonane przez Hetmana, skłoniło Żółkiewskiego do wyjazdu pod Smoleńsk, by osobiście przekonać Zygmunta i złamać upór królewski, który niweczył z takim wysiłkiem osiągnięty olbrzymi sukces, a jednocześnie mógł stać się przyczyną wielu nieszczęść dla Rzeczypospolitej. Bojarowie na wieść o wyjeździe wielkiego Wodza prosili go, by nie opuszczał Moskwy, gdyż, jak mówił ks. Mścisławski, „Wasza obecność zachowała nas i stolicę w spokoju… Znana ci jest swawola żołnierza polskiego.

Zaczną się kłótnie, a Moskwa, nie znosząca wzgardy obcych, otwartym buntem wybuchnąć może”.

Hetman jednak od powziętego raz planu odstąpić nie chciał; zostawiwszy dowództwo Gosiewskiemu, cieszącemu się uznaniem zarówno Moskali jak rycerstwa polskiego, odjechał, by przyspieszyć przyjazd Władysława.

Opuszczał stolicę bohaterski zwycięzca z pod Kłuszyna w niepokoju, czy zdoła doprowadzić do końca siwe wielkie dzieło, a w razie niepowodzenia odwrócić od Rzeczypospolitej niebezpieczeństwo. Żegnając się z rycerstwem, zaklinał je, by zachowało się karnie i utrzymywało z ludnością dobre stosunki. „Wierzajcie, żołnierze, że nie miecze wasze, nie kopje, wznoszące się w górę, i nie wasza nieustraszona w boju odwaga, ale karność, skromność i dobre traktowanie mieszkańców tej okolicy zachować mogą was samych i to miasto potężne nie naruszonem oddać naszemu królewiczowi” — tymi głębokimi słowami żegnał wielki wódz swoje rycerstwo.

Odjazd hetmana stał się wielką manifestacją uczuć powściągliwej na ogół ludności Moskwy: tłumy niezliczone żegnały wielkiego bohatera, który sprawiedliwością i rozwagą podbił serca mieszkańców; żegnali go bojarowie, duchowieństwo i ludność, wznosząc na jego cześć okrzyki i życząc rychłego powrotu.

Nie przypuszczał Hetman, że opuszczając Kreml, grzebie jednocześnie swą wielką ideę połączenia dwóch wielkich krajów. Król Zygmunt nie chciał uznać zawartego układu, dopóki ciż sami bojarowie jemu, Zygmuntowi, jako carowi, przysięgi nie złożą. Bojarowie, widząc w Zygmuncie człowieka, żądnego tylko władzy dla swych osobistych ambicyj, nie mogli i nie chcieli się na to zgodzić. Król Zygmunt nie cieszył się u nich zupełnie zaufaniem.

Rozmowa Żółkiewskiego z królem nie przyniosła zmian na lepsze. Na próżno Hetman rozwijał swój gigantyczny plan polityczny, próżno starał się przekonać upartego Zygmunta, że niedotrzymanie umów może stać się przyczyną klęski Rzeczypospolitej. W jasnym i zdrowym umyśle Hetmana, wielkiego patrioty, wodza i polityka, nie mogło się pomieścić, że Zygmunt dla swej ambicji gotów był poświęcić dobro państwa, którego był głową i o które dbać powinien.

Wielki plan runął w gruzy z powodu nieustępliwości Zygmunta.

Wojska polskie, pozostające w. Moskwie, znajdowały się w ciężkim położeniu, gdyż bojarowie, przejrzawszy plany Zygmunta i stwierdziwszy, że umów dotrzymywać nie będzie, bowiem nawet posłów w osobach ks. Gólicyna i Filareta uwięzić kazał, zaczęli wrogo odnosić się do rycerstwa.

Załodze polskiej groziła zagłada. Wyborowe rycerstwo, które walczyło dla dobra i wielkości Rzeczypospolitej, zostało pozbawione należnej im opieki i pomocy i zdane na łaskę wrogich już Moskali. Zygmunt pod naciskiem światlejszych senatorów zgodził się jedynie na wysłanie posiłków na pomoc walczącemu rycerstwu. Wyprawę tę chciał król powierzyć Żółkiewskiemu.

Spotkał się jednak ze stanowczą odmową. Bo jakżeż Hetman, dla którego przyrzeczenie było świętością, mógł spojrzeć w oczy bojarom, którym przysięgę złożył i nie dotrzymał jej z winy króla?

Żółkiewski wracał do Warszawy. Świetny orszak hetmański, poprzedzany przez znakomitych jeńców z carem Szujskim, posuwał się ku zamkowi, witany gromkimi okrzykami na cześć bohaterskiego Hetmana. Posiedzenie sejmowe 29 października 1611 roku było jednym wielkim hołdem senatorów Rzeczypospolitej. dla bohaterskich czynów Żółkiewskiego. Niestety oddano tylko hołd czynom, lecz nie pomyślano zupełnie, by czyny te utrwalić, by Rzplita mogła wyciągnąć z nich korzyści. Na ten krok panowie polscy z królem na czele nie zdobyli się.

Przepowiednie Hetmana sprawdziły się. Nie był on jednak na szczęście świadkiem naocznym przewidzianych klęsk, gdyż zawierucha na południowych rubieżach Rzeczypospolitej powołała go do obrony granic zagrożonej Ojczyzny — potężna Turcja rozpoczęła kroki wojenne.

Walczył bohaterski starzec nie tylko z wrogiem zewnętrznym, ciągłe walki staczać musiał ze szlachtą, nieprzychylnie do niego usposobioną i stale przeciwstawiającą się wszelkim jego zarządzeniom skutecznej obrony. Występując przeciwko tworzeniu konfederacji, naraził sobie całą ówczesną opinię, która nie chciała zrozumieć straszliwych następstw tego rodzaju związków. Wielki umysł Hetmana zdawał sobie jasno sprawę, że bez karności w wojsku najwybitniejszy nawet wódz nie będzie w stanie odnieść zwycięstwa, że bez zaufania do dowództwa nie uda się żadne przedsięwzięcie. A chodziło tu przecież o całość Rzeczypospolitej, pozostającej właśnie pod grozą wielkiej wojny z Turcję, potężnym państwem o doskonale zorganizowanej armii. Nad Dniestrem Hetman z paroma zaledwie tysiącami żołnierzy postanowił stawić czoło 60.000 połączonej armii tureckiej. Zdawał sobie sprawę, że jeśli poniesie klęskę, Rzplita zostanie wydana na pastwę strasznego najeźdźcy. Nie pomogły błagania o zebranie większej armii, król, zajęty zdobywaniem carskiej korony, nie myślał o niebezpieczeństwie, grożącym od południa. Zamiast posiłków przysłał żądanie zawarcia pokoju z Turcją. Widząc swą niemoc, Hetman zmuszony był zawrzeć taki układ, lecz jakże poniżający godność Rzeczypospolitej.

We wrześniu 1617 roku podpisano w Buszy pokój, oddając Turkom Chocim i Wołoszczyznę i zobowiązując się do poskromienia kozaków, będących właściwie przyczyną wojny.

Życzeniu królewskiemu stało się zadość, lecz odpowiedzialność zrzucono na Hetmana. Magnateria na sejmie 1618 r. stawiała bohaterskiemu Hetmanowi ciężkie zarzuty, nie wyłączając nawet zdrady, ta sama magnateria, która, posiadając swoje własne liczne wojska, nie kwapiła się do obrony Rzeczypospolitej, mając własne dobro tylko na uwadze. Jakżeż łatwo im było szkalować kryształowy charakter Hetmana! Jak pięknie brzmiały szumne oskarżenia wielkiego człowieka w oczach tłumu szlachty, jak łatwo było zwalić całą winę na wodza, którego popularność i bohaterskie czyny mogły w cień usunąć magnatowi Sędziwy Hetman z godnością wysłuchał zarzutów, które sprawiały mu tyle bólu. Odpowiedź jego rzeczowa, przepełniona głęboką miłością Ojczyzny, wyjaśniała niemożliwości prowadzenia walki nie z braku odwagi, jaką mu zarzucano, gdyż śmierć na polu bitwy jest jedynym szczęściem dla prawdziwego rycerza, lecz z braku widoków powodzenia. Mowa ta poruszyła serca znamienitszych senatorów, a król, widząc, że winę on właśnie, ponosi, pragnąc wynagrodzić ciężką krzywdę moralną, wyrządzoną Hetmanowi, przyznał mu wielką buławę i wielką pieczęć koronną.

Mając 70 lat, sterany wojennym życiem, stale walcząc z przeciwnościami losu i z niechęcią ku sobie i swym wielkim czynom, Żółkiewski uzyskał nagrodę. Stał się od razu dostojnikiem Rzeczypospolitej jako wielki hetman i wielki kanclerz koronny.

Zawiść magnatów wzmogła się jeszcze bardziej. Szkalowano go usilniej.

Wielki hetman pomimo bólu, jaki mu te podłości sprawiały, gotował się do nowej wojny, gdyż nowa zawierucha groziła Rzeczypospolitej.

W maju 1618 roku z 1000 wojska ruszył przeciwko Tatarom, zapuszczającym swe zagony aż pod Stryj. Wyparłszy ich z granic Rzeczypospolitej, stanął na straży, oczekując nowego napadu, tym razem o wiele groźniejszego, gdyż spodziewanego ze strony Turcji. Z wielkim trudem zebrał dość liczną armię, liczącą 23.000 żołnierzy i okopał się pod Oryninem w pobliżu Kamieńca. Samowola szlachty nie ustawała nawet w obliczu wroga.

Pankowie polscy nie słuchali rozkazów, każdy chciał działać na własną rękę. Wielki Hetman był bezradny i nie mógł rozwinąć działania zaczepnego. Trzymał więc wojsko w obozie, nie pozwalając nawet wyjeżdżać na „harce”. 29 września 1618 roku obóz zaatakowali Tatarzy. Krwawo odparci, uderzyli na obóz młodego Tomasza Zamoyskiego, który, nie chcąc oddać się pod dowództwo hetmana; trzymał się oddzielnie. Mężnie bronił się Zamoyski, dziewięć razy odpierał wściekłe ataki ordy. Upadającemu na siłach posłał wreszcie Hetman posiłki, ocalając go od zguby. Była to nauka, jaką hardemu magnatowi dał Hetman, mówiąc: „Niechaj się nauczy młodzieniec pierwej słuchać, a potem rozkazywać”.

Gdy następnego dnia Tatarzy opuszczali obóz, Hetman w gronie rycerskim proponował z lekkim taborem ruszyć za ordą, nie nakłonił jednak rycerstwa do zgody jednomyślnej — zaczęły się w obozie kłótnie i spory. Tatarzy zapuścili zagony aż pod Tarnopol, paląc i rabując miasta i wsie. I znów gromy oburzenia spadły na głowę Hetmana. Sejmiki żądały wyjaśnienia od niego, dlaczego wpuścił Tatarów w granice Rzeczypospolitej. Zadawano te nierozumne pytania, jakby nie wiedząc, że magnaci, stojący na czele pułków, zaślepieni w swej pysze, paraliżowali wszelkie zarządzenia hetmańskie.

Pojechał więc Hetman na sejm 1619 r., a stanąwszy przed posłami, ciskającymi na jego siwą głowę ciężkie, tchnące nienawiścią zarzuty niemocy i zdrady, ze spokojem, i wielkim bólem w głosie odpierał zarzuty.

Stwierdził, że uczynił wszystko, by zażegnać wojnę, lecz Rzplita nie wypłaciła Kozakom żołdu i z Tatarami układu również nie dotrzymała. Omawiając wreszcie najważniejsze zarzuty, mianowicie niezniesienie ordy Kantemira, przekonał sejm, że nierozważnym byłoby opuszczenie obozu, „zgubiłbym wojsko waszej król, mości, zgubiłbym Ruś wszystką, zgubiłbym Rzeczpospolitą, bo tak wielką potęgą wkoło nas otoczyli…”. Poprosił następnie króla, aby zechciał odebrać od niego wielką buławę i wielką pieczęć, gdyż widocznie nie jest godzien dzierżyć tych wielkich dostojeństw Rzeczypospolitej. „Przeciem ja zły, który ją w niebezpieczeństwo przywodzę”.

Mowa Hetmana wywarła ogromne wrażenie na obradujących. Wiedzieli, że ten starzec dokładał wszystkich sił, by Rzeczpospolitą niejednokrotnie ratować, a w zamian za to czekały go oszczerstwa i potworze.

Szlachetni i prawi obywatele w przemowach swych podnosili bohaterskie wysiłki, wielkie czyny orężne i szlachetne serce Hetmana, który ponad wszystko, ponad godność własną umiłował całość i wielkość Rzeczypospolitej.

Przebłagali więc zacni obywatele sędziwego wodza. Żółkiewski, zatrzymawszy swe wysokie dostojeństwa, ruszył znów bronić granic Rzeczypospolitej. Nowa wojna z Turcją wisiała w powietrzu.

Na wiosnę 1620 roku Iskender basza ruszył gromadnie? wojska, by wywrzeć zemstę na Gracjanie, hospodarze wołoskim. Przerażony Gracjan udał się pod opiekę Rzeczypospolitej, oddając kraj cały i siebie pod zwierzchnictwo Polski.

Incydent ten stał się powodem nowej wojny.

Rzeczpospolita obojętnym okiem patrzyła na nowe niebezpieczeństwo, grożące jej ziemiom. Wszelkie wołania Hetmana o liczną armię, mogącą odeprzeć potęgę turecką, nie odnosiły skutku. Szlachta była niezdolna do wielkiego wysiłku zbrojnego, jedyny, na jaki się zdobywała, to wysiłek słów i wiecznych oszczerstw na głowę hetmańską.

Do obrony stanęło 8400 żołnierzy. Mając koło siebie znakomitych, zaprawionych w bojach pułkowników i rotmistrzów, kwiat polskiego rycerstwa, ruszył Hetman za Dniepr. Przeszedł następnie Pruł i 12 września zatrzymał się na polach cecorskich w dawnym polskim obozie. Umocniwszy okopy, oczekiwał przybycia nieprzyjaciół. 18 września ukazała się masa wojsk tureckich pod wodzą Chyzyc baszy. Zawrzała bitwa. Zwycięstwo przechylało się na polską stronę, gdy na pomoc zagrożonym Turkom ruszyła ciężka jazda, zmuszając rycerstwo polskie do cofnięcia się do obozu. Wtem wypadł z obozu Denhof, szatanem uderzeniem powstrzymał atak i wyparł Turków. Rycerstwo ogarnął zapał bojowy, pragnęło natychmiast stoczyć decydującą walkę. Doświadczony wódz jednak, wiedząc o ogromnej sile wrogów, liczących 100.000 żołnierzy, chciał uprzednio wyczerpać siły i osłabić wiarę nieprzyjaciół i wtedy dopiero uderzeniem całej swej armii zdecydować o zwycięstwie. Nie znalazły posłuchu u rycerstwa mądre rady wielkiego Wodza, posądzono go o tchórzostwo i niedołęstwo. Pomimo więc małych widoków powodzenia 19 września wyprowadził Hetman swe wojska z obozu do otwartej walki. Rozkazał stworzyć dwa tabory, ubezpieczone armatami i piechotą, środek zajęła jazda.

Pomimo przeważających sił tureckich trudno było zdobyć ruchomą fortecę Polaków, mającą dzielnych a pełnych zapału obrońców.

Pełny sukces wojsk polskich nie został osiągnięty tylko przez niezrozumienie i nieścisłe wykonanie zarządzeń. Tabory nie posuwały się równocześnie, odsłaniając całe prawe skrzydło. Tatarzy, przywitani ogniem armatnim i piechoty, cofnęli się, by zaraz jednak, nie pozwoliwszy Polakom na wyrównanie, uderzyć z olbrzymią siłą i większą jeszcze zaciętością. Walka toczy się z niebywałą zaciekłością. Nie pomogły ani waleczne czyny hetmanów Żółkiewskiego i Koniecpolskiego, walczących na czele chorągwi, ani bezprzykładna odwaga rycerstwa. Porażka, poniesiona przez Polaków, była tern gorsza, że wojsko upadło na duchu, straciło zapał bojowy, a niechętni Hetmanowi znów zaczęli na niego rzucać oskarżenia. Podnoszą się głosy, by obóz opuścić i, posuwając się wzdłuż Prutu, uratować od zagłady jazdę. Hetman, nie widząc grozy położenia, starał się przekonać zwołaną radę wojenną o bezpodstawności szerzonej przez pułkowników paniki i dowodził, że parę jeszcze bitew osłabi i zdemoralizuje armię turecką, a wtedy jednym śmiałym i silnym uderzeniem łatwo będzie można odnieść zwycięstwo.

Rycerstwo nie wierzyło swemu wodzowi. Panika ogarnęła wojsko. Za przykładem Gracjana, który pierwszy z Wołochami zbiegł z pola, poszli inni dowódcy, opuszczając w nocy obóz.

Obydwaj hetmani starali się osobiście zagrodzić drogę uciekającym. Ogarnięte jednak paniką wojsko uciekało bez pamięci.

Nieliczna garstka wiernego rycerstwa została w obozie, by podzielić niedolę ukochanego Wodza. I tych jednak ogarnęło zwątpienie; zarażeni przykładem swych towarzyszy obawiali się, że hetmani opuszczą po cichu obóz, pozostawiając ich własnemu losowi.

Te straszne podejrzenia doprowadziły do tego, że sędziwy Hetman, który całe życie spędził w nieustannych bojach, sławny wódz i zwycięzca, musiał publicznie przysięgać rycerstwu, że nie opuści wojska. Uspokoiły się trochę umysły, lecz nadzieja w zwycięstwo opuściła wojsko. Tylko Hetman był spokojny i w liście do Króla bez cienia trwogi opisuje zdarzenia i prosi o przysłanie posiłków, zapewniając że z pozostałą garstką żołnierzy „co się godzi wiernym waszej królewskiej mości sługom i dobrym synom Ojczyzny czynić będziemy według największego przemożenia naszego”.

Nie mogąc prowadzić walki, szykował Hetman swe wojsko do odwrotu. Aby zyskać na czasie, wysłał list do wezyra, proponując układy. Wezyr początkowo za radą swych dowódców propozycję tę przyjął, lecz Kantemir, wódz tatarski, zawzięty wróg Polaków, stanowczo sprzeciwił się prowadzeniu układów i pociągnął za sobą wezyra. Tę krótką przerwę w walce wykorzystał Hetman, szykując tabor do odwrotu.

Skończywszy przygotowania i uszykowawszy wojsko, zwołał sędziwy Hetman koło rycerskie i przypomniał im, jaką straszną krzywdę wyrządzono mu hańbiącą ucieczką i nie wykonywaniem rozkazów, wreszcie nielicującym z godnością rycerską rabunkiem obozu. Widząc wzruszenie rycerzy, przedstawił im ciężkie położenie wojska. Jedyny ratunek widział w przedarciu się z bronią w ręku przez otaczające niezliczone wojska tureckie. Na zakończenie żądał od rycerstwa wielkich poświęceń, zaznaczając, że gdy przyjdzie potrzeba, on pierwszy położy swą głowę, gdyż śmierć na polu walki w obronie Ojczyzny stanowi obowiązek prawdziwego żołnierza.

Mowa Hetmana podniosła ducha wojennego w obozie. 24 września 1620 r. na rozkaz Hetmana rozpoczął się odwrót. Ruszono w kierunku Prutu w gotowości odparcia każdego ataku. Dowódcy tureccy, spostrzegłszy, że Polacy wycofują się, rzucili masę Tatarów na cofające się rycerstwo. Rozgorzała walka straszliwa. Rycerstwo z bezprzykładnym męstwem wyrąbywało sobie drogę przez obóz tatarski, siejąc zniszczenie wśród nieprzyjaciół. Całą noc trwała mozolna walka pod okiem doświadczonego wodza. O świcie przeprawiono się przez Prut.

O zmroku, gdy obóz miał ruszyć w dalszą drogę, pojawiły się znów chmary Tatarów. Rycerstwo mężnie odpierało ataki i posuwało się stale naprzód. Całe dni i noce trwały straszliwe, zacięte walki. Otoczeni ze wszystkich stron, przedzierali się żołnierze polscy z szablą w dłoni, stale posuwając się naprzód ku Dniestrowi wgłąb Rzeczypospolitej.

Nadszedł wreszcie tragiczny dzień 6 października 1620 roku. Wojsko, znużone śmiertelnie zapasami, niewyspane i głodne, zaczęło szemrać, wreszcie jawnie zbuntowało się, uchodząc za Dniestr, rabując obóz i zabierając wozy. Skorzystali z tego Tatarzy i napadli na obóz, czyniąc spustoszenie i powiększając panikę. Odparci przez Lisowczyków posuwali się w pobliżu, czekali chwili, by ponowić atak.

Bohaterski Hetman nie stracił ani na chwilę przytomności umysłu. Polecił Marcinowi Kazanowskiemu sformowanie nowego mniejszego taboru. Zbuntowani żołnierze nie chcieli jednak rozkazu tego wykonać, co stało się przyczyną wielkiej klęski.

Jadący na czele Hetman nagle usłyszał straszny krzyk: „Hetmani uchodzą!”. Paniki, jaka wynikła, nie był wstanie już opanować. Aby jednak dowieść, że myśl ucieczki jest mu daleka, bohaterski Hetman przebił swego konia szablą i pieszo wraz z hetmanem Koniecpolskim posuwał się naprzód.

Niespodziewany napad tatarski rozbił resztki armii hetmańskiej.

Na placu boju pozostało dwóch hetmanów i garstka rycerstwa. Na próżno żołnierze prosili Wielkiego Męża, by ratował swe życie. Hetmanowi Koniecpolskiemu, dającemu konia odpowiedział: „Proszę cię, ty siądź nań a uchodź, niechaj szczęśliwy los na usługę Rzeczpospolitej zachowa cię, a ja swym tułowiem do Ojczyzny nieprzyjacielowi drogę zawalę!”. Były to ostatnie słowa wielkiego bohatera. Posadzony na konia, który poniósł go w wir walki, otoczony przez falę nieprzyjaciół, z szablą w dłoni w obronie umiłowanej Ojczyzny, złożył życie w ofierze, dając przykład potomnym jak prawdziwy rycerz Polak żyć i ginąć winien.


źródło: Dr. EDMUND OPPMAN, WODZOWIE POLSKI – SZLAKAMI CHWAŁY ORĘŻA POLSKIEGO, wydanie III, Warszawa 1938.

Patron i opiekun Legendy: Barbara Towpik-Roszkiewicz

Artysta plastyk, ilustrator książek i atlasów przyrodniczych, animalista.

Janusz Towpik urodził się 18 lipca 1934 roku w Cieszynie, całe życie był jednak związany z Warszawą.

W 1959 r. uzyskał dyplom na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Malarstwo studiował jako wolny słuchacz w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem prof. Michała Byliny.
W 1962 r. na podstawie złożonych prac został przyjęty do Związku Polskich Artystów Plastyków. Od tego roku też przez blisko 15 lat był asystentem, a następnie wykładowcą w Katedrze Rysunku, Malarstwa i Rzeźby na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.

W latach 70-tych współpracował z warszawskim Ogrodem Zoologicznym, gdzie stworzył archiwum ikonograficzne, a także prowadził koło plastyczne dla dzieci, jedno z pierwszych tego typu w Europie.

Od początku lat 60-tych ilustrował książki popularnonaukowe, podręczniki i atlasy przyrodnicze, ale przede wszystkim był autorem ilustracji do około 30 książek dla dzieci i młodzieży oraz kilkunastu bajek na diaskop. Współpracował z takimi czasopismami jak „Łowca Polski”, „Płomyk” czy „Przyroda Polska”.

Projektował także małe formy graficzne, m.in. znaczki pocztowe, pocztówki, exlibrisy, logotypy czy etykiety zapałczane. Był autorem niezliczonej ilości szkiców i rysunków, dla których nieustającym źródłem inspiracji była polska przyroda. Był znawcą i miłośnikiem koni.

Brał udział w licznych konkursach i wystawach. Jego ostatnimi pracami był cykl nagrodzonych projektów gobelinów o tematyce myśliwskiej oraz zaprojektowana w oparciu o podobne motywy seria intarsji.

Autor tekstu: Barbara Towpik-Roszkiewicz

WYBÓR PUBLIKACJI ILUSTROWANYCH

Maria Kownacka, Kruczek chudy nie miał budy, BW Ruch 1960
Wanda Markowska, Anna Milska, Śpiew kolibrów, NK 1968
Myśliwy Charibu. Baśnie wschodnie, zebrał i opracował A.Brindarow, NK 1968
Ewa Szelburg-Zarembina, Najmilsi, Czytelnik 1968
Henryk Sienkiewicz, W pustyni i w puszczy, NK 1969
Ruth Manning-Saunders, O śpiącym królewiczu. Greckie baśnie ludowe, NK 1969
Friedrich Feld, Papuga z Isfahanu, NK 1970
Angel Karalijczew, Trzej bracia i złota jabłoń, NK 1970
Halina Pietrusiewicz, Psie rozmowy, NK 1970
Mieczysława Buczkówna, Leśna ścieżka, BW Ruch 1970
Halina Górska, O księciu Gotfrydzie rycerzu gwiazdy wigilijnej, NK 1971
Rudyard Kipling, Księga dżungli, NK 1973
Jadwiga Żylińska, Opowieść o Heraklesie, KAW 1973
Jadwiga Żylińska, Wyprawa po złote runo, KAW 1974
Jadwiga Żylińska, Młodość Achillesa, KAW 1974
Kath Walker, Senne widziadła,NK 1977
Leopold Staff, Deszcz majowy, NK 1978
Zygmunt Katuszewski, Włodyka praojciec królów, NK 1978
Luciano Sterpellone, Cudowna maszyna. Fantastyczne tajemnice ludzkiego ciała, KAW 1979
Ewa Szelburg-Zarembina, Lech, Czech i Rus, KAW 1980

Włodzimierz Serafiński, Ssaki Polski, PZWS 1965
Andrzej Rudnicki, Ryby wód polskich. Atlas, WSiP 1965
Encyklopedia Powszechna PWN, t.IV, tablice zoogeograficzne, PWN 1976
Zbigniew Woliński, Janusz Towpik, Małpy i małpiatki. Atlas, WSiP 1990

NAGRODY I WYRÓŻNIENIA

1967 – Ogólnopolski Konkurs na Ilustracje do Literatury Pięknej III nagroda za ilustracje
do książki J. Lasockiej Król poluje

1968 – Konkurs ZPAP pt. „Jeździec i koń” – I nagroda za cykl karnetów

1978 – Wielka Nagroda Filatelistyki Europejskiej i nagroda Prezydenta Francji na XXXII Jesiennym Salonie Filatelistycznym w Paryżu za znaczki pocztowe serii „Drzewa”

1978 – I nagroda w I Ogólnopolskim Konkursie na Projekty Malarskie Gobelinów dla Zamków Polski Południowej w dziale „Myślistwo i łowiectwo”

1980 – nagroda specjalna w XXII Konkursie Wydawców „Najpiękniejsze Książki Roku 1979”
za ilustracje do książki L. Sterpellone „Cudowna maszyna. Fantastyczne tajemnice ludzkiego ciała”

WYBRANE PRACE

Ilustracja do książki Janiny Lasockiej
„Król poluje” (niepublikowana), III nagroda
w Ogólnopolskim Konkursie na ilustr. do
Literatury Pięknej, 1967
Ilustracja do książki Haliny Górskiej
„O księciu Gotfrydzie, rycerzu
gwiazdy wigilijnej”
Nasza Księgarnia 1971
Praca z cyklu „Sylwetka jeźdźca i konia na przestrzeni wieków” lata 70-te
Projekt karnetu ” Jeździec i koń ” 1968, I nagroda za cykl 5 karnetów
w Ogólnopolskim Konkursie Mieszanym „Jeździec i koń”
Ilustracja do książki
Zygmunta Katuszewskiego
„Włodyka praojciec królów”
Nasza Księgarnia 1978

Ilustracja do książki
„Myśliwy Charibu. Baśnie wschodnie” zebrał
i opracował Ananij Brindarow,
Nasza Księgarnia 1968

Ilustracja do książki Ruth Manning-Saundrs
„O śpiącym królewiczu. Greckie baśnie ludowe.” Nasza Księgarnia 1969
Ilustracja do książki Janusza Głowackiego
„Miłość i korona”
Nasza Księgarnia 1970
Projekt gobelinu „Polowanie na dropie” 1979
„Stado nad jeziorem” 1977, wł. Muzeum Południowego Podlasia w Białej Podlaskiej

Patron Legendy:

Opiekun Legendy:

Genialny polski malarz, rysownik i ilustrator. Jego ulubionym tematem prac były konie i malarstwo historyczne.

KRESOWY ROMANTYK – JULIUSZ KOSSAK

Nestorem a zarazem założycielem wszechstronnie utalentowanej rodziny Kossaków – był Juliusz KOSSAK, którego gwiazda – jak pisał jego gorący wielbiciel Stanisław Witkiewicz – przez pięćdziesiąt lat ubiegłego stulecia (XIX wieku-SKK) świeciła najjaśniejszym blaskiem.

Juliusz Kossak należał do pokolenia polskich romantyków zainteresowanych malarstwem historyczno-batalistycznym i historyczno-rodzajowym, dla którego istotna była twórczość ”ku pokrzepieniu serc” i ciągłe nawiązywanie do tradycji szlacheckiego obyczaju i rycerskiej przeszłości. Cokolwiek żyło w obszarze Polski, wszystko to żyje i żyć będzie w dziełach Kossaka – zauważył Stanisław Witkiewicz.

Karierę artystyczną Juliusza Kossaka uformowało środowisko ziemiańsko-arystokratyczne. Bywa w Łańcucie u Potockich, w dworach kresowych Baworowskich, Rozwadowskich, Dzieduszyckich, Sanguszków, gdzie jak skomentował w swej „Autobiografii”: nie było konia pięknego, którego bym nie sportretował (…) malowałem i konie, i psy, i wilki, i Kozaków. Wiele też zawdzięczał Juliusz Kossak znawcy koni arabskich Władysławowi Rozwadowskiemu, dzięki któremu poznał Piotra Michałowskiego najznakomitszego malarza koni.

Motywem wspólnym dla wszystkich okresów twórczości Juliusza Kossaka był, symbolizujący romantyczną swobodę oraz wolność – koń, bohater zarówno scen historycznych i pejzażowo-rodzajowych, jak i samodzielnych portretów jeźdźców i koni różnych maści. Był też Juliusz Kossak znawcą koni, zawsze pięknych, epatujących klasą, elegancją ruchów a także znakomitym ich psychologiem, znającym i rozumiejących końską psychikę.

W twórczości Juliusza Kossaka szczególną rolę odegrały konie rasy arabskiej, które były synonimem nie tylko piękna, lecz także wysoko cenionego przez romantyków Orientu, a wyprawy na Wschód w celu ich zakupu stały się obowiązkowym wręcz etapem edukacji młodego pokolenia. Konie araby były też bohaterami niezliczonych stron literatury, prawdziwych poematów wyczulonych na ich piękno.

Juliusz Kossak ukochane konie ujmował wręcz mistrzowsko. Początkowo były to ich sztywne wizerunki, portrety koni o szlachetnej genealogii; w następnym okresie konie pojawiały się w coraz bardziej rozbudowanych scenach, pełne temperamentu, w kompozycjach epatujących wrzawą, galopadą, ruchem. Wyjątkową urodą charakteryzowały się przedstawienia stadnin, malowanych zawsze na zamówienie we wspaniałych, zniewalających urodą krajobrazach kresowych, najczęściej podolskich, o szerokich, zamglonych horyzontach; były to stadniny Stanisława Dunin-Borkowskiego, Sanguszków, Jana Tarnowskiego, Przybysława Śreniawity; są wśród nich prawdziwe arcydzieł jak „Stadnina na Podolu” z 1886 roku, czy „Stadnina na łące” z 1891 roku. Z pasją rejestrował też sceny z polowań na wilki, niedźwiedzia, dropie z chartami, na lisa, w których pierwszoplanowe role powierzał oczywiście koniom, Podobnie też chętnie powracał do scen z końskich jarmarków dających okazję do prezentacji różnych ras i różnych końskich temperamentów.

Był też Juliusz Kossak niekwestionowanym mistrzem techniki akwarelowej, w której osiągnął absolutną maestrię. Dzięki fotograficznej wręcz pamięci tworzył swoje kompozycje ze zdumiewającą łatwością, lekko rejestrując zanotowany w pamięci obraz. Wprowadzał akwarelę czystą, miękką, malarską, oszczędną w kolorze, o przewadze ciepłych, rdzawo-złocistych tonów.

Juliusz Kossak był założycielem wszechstronnie uzdolnionej, zarówno malarsko, jak i literacko familii. Malarze – to protoplasta Juliusz, jego bezdzietnie zmarły brat – Leon, uczestnik powstań, Sybirak, amatorsko zajmujący się akwarelą; syn Juliusza i kontynuator jego sztuki – Wojciech; syn Wojciecha – Jerzy; wreszcie drugi wnuk Juliusza , syn Stefana, brata Wojciecha – Karol.

Zdolności literackie ujawniły się w trzecim pokoleniu, u obu córek Wojciecha, a to u poetki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i u pisarki Magdaleny Starzewskiej-Niewidowskiej, piszącej pod pseudonimem Magdaleny Samozwaniec, oraz u córki Tadeusza, bliźniaczego brata Wojciecha Zofii Kossak-Szczuckiej-Szatkowskiej.

Maria Pawlikowska Jasnorzewska w wierszu „Dziadzio” tak sportretowała Juliusza:

Malował z rozrzewnieniem i słońcem
siwki, grzywki, kopytka tańczące i lśniące,
oczy pełniejsze ognia od oczu Hiszpanek
i zady roztęczone jak bańki mydlane,
jak grupy grzybków, barwne miasteczka i chaty,
i łąki , i dziedziców jak sumy wąsatych…

Autor tekstu: Stefania Krzysztofowicz-Kozakowska

Lisowczycy nad Renem – Juliusz Kossak 1866
Stadnina na Podolu – Juliusz Kossak 1886

Patron Legendy:

Opiekun Legendy:

Zasłużona dla hodowli koni sportowych w świecie. W jej gospodarstwie (Wojcieszków) urodził się wybitny koń (ojciec koni sportowych) Ramzes.

Maria Pia Elżbieta Apolonia Plater-Zyberk urodziła się 5 listopada 1872 roku. Była trzecim z pięciorga dzieci hr. Tadeusza Plater-Zyberka i Zofii Aleksandrowicz.

Ojciec hrabiny był wybitnym hodowcą i rolnikiem. Rozpoczął w Wojcieszkowie hodowlę koni, które to do 1939 roku zasilały stajnie wojskowe.

Stadnina Koni w Wojcieszkowie – w latach międzywojennych posiadała około 30 klaczy typu półkrwi oraz stacjonujące tam ogiery z PSO Janów Podlaski. Między innymi to w Wojcieszkowie urodził się słynny na cały świat ogier Ramzes.

W 1929 r. Maria Plater Zyberk zakupiła na licytacji w Państwowej Stadninie Koni w Janowie Podlaskim wybrakowaną siwą klaczkę Jordi, ur. w 1928 r. po Schagya od Demeter po Bakszysz oo od Astarte po Amurath (Weil) od Dahoman XII. Jordi jako trzyletnią włączono do stada w poczet matek w Wojcieszkowie.

Ojciec Ramzesa, pełnej krwi angielskiej Rittersporn, który brał udział z dobrymi wynikami w wyścigach przeszkodowych w Niemczech, od roku 1930 i prawdopodobnie do końca życia stał i krył w Stadninie Wojcieszków (pow. Łuków).

Klacz Jordi w 1937 roku urodziła ogierka, któremu nadano imię Ramzes.

W pierwszych dniach stycznia 1940 r. okupanci niemieccy przystąpili do organizowania z powrotem stadniny koni i stada ogierów w Janowie Podlaskim. Z Kozienic sprowadzono kilkanaście młodych ogierów, które uratowały się z istniejącego tam przed wojną zakładu treningowego, a nadto zaczęły przybywać ogiery z Prus Wschodnich. Jak wspomina w swoim artykule pt. „Ramzes” Tadeusz Marchowiecki: „Skorzystałem z tego, że rozglądano się za dalszymi ogierami do kupna, i powiadomiłem Gustawa Rau o czterech synach Rittersporna w Wojcieszkowie. Wszystkie ogiery zakupiono za sumę 20 tys. zł.”[2]

Hrabina przyczyniła się też do założenia parafialnego Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej Żeńskiej. Stowarzyszenie to posiadało własny sztandar, bibliotekę, kramik z dewocjonaliami, prowadziło rekolekcje, urządzało kursy rolnicze. Członkinie grały w siatkówkę, organizowały jasełka, śpiewały w chórze. Uczestniczyły w różnych kursach, wyjeżdżały nawet na wyprawy wozami do Łukowa do kina. Na święta Bożego Narodzenia przeprowadzały zbiórkę dla najbiedniejszych.

Maria hrabina Plater-Zyberk, mieszkała początkowo w Wojcieszkowie z córką Marylką, ale wprowadzony tam niemiecki zarządca i kilkakrotne napady na dom spowodowały, że nie zabierając niczego wyprowadziły się z pałacu i zamieszkały w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu.

Hrabina Maria Plater – Zyberk zmarła w Warszawie 4 października 1964 roku. Została pochowana na Powązkach w grobowcu rodziny Plater – Zyberków.

Pamięć o ludziach i koniach, którzy rozsławiali Polskę na całym świecie nie zaginęła w miejscu urodzenia Ramzesa – gminie Wojcieszków. Pani Jadwiga Józwik, prezes Towarzystwa Przyjaciół Wojcieszkowa powiedziała: „Chcemy, żeby Wojcieszków wreszcie zaistniał w świadomości szerszego kręgu ludzi. Nasza gmina może na historii Ramzesa zbudować swoją tożsamość i przyszłość. W XVI w. byliśmy miastem. Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku zajmowaliśmy w województwie pierwsze miejsce w hodowli koni. Mamy słabe gleby i brakuje tu przemysłu, ale są za to świetne warunki do rozwinięcie turystyki. Myślę, że Ramzes może stać się atrakcją, która obok przepięknego kościoła i izby regionalnej z licznymi eksponatami, przyciągnie tu ludzi i że rozwinie się agroturystyka. Zyska na tym nie tylko gmina, ale i powiat.”[3]

[1]http://wolabystrzyckafotografie.blogspot.com/2015/11/maria-plater-zyberk-hrabina-z.html, dostęp z 20.11.2019, 14:00

[2]Koń Polski, 1968 nr. 4 s. 20

[3]http://www.lukow24.pl/wiadomosci/informacje/pomnik-konia-w-wojcieszkowie,p29687820, dostęp z 20.11.2019, 14:20

Patron Legendy: Polski Związek Hodowców Koni

Opiekun Legendy: Paweł Jannasz

Profesor zwyczajny nauk rolniczych w Polskiej Akademii Nauk, uznany hipolog i polski kronikarz hodowli koni.

Witold Pruski (13.03.1897 – 2.02.1984), wieloletni naczelnik Wydziału Chowu Koni w Ministerstwie Rolnictwa, profesor zwyczajny nauk rolniczych w Polskiej Akademii Nauk, wybitny hipolog i kronikarz hodowli koni, profesor honoris causa SGGW-AR w Warszawie.

Urodził się 13 lica 1897 roku w Tbilisi, w Gruzji, zmarł 2 lutego 1984 roku w Konstancinie pod Warszawą.

Poznałem Profesora w roku 1979, gdy rozpocząłem pracę w miesięczniku „Koń Polski”. On miał wtedy 82 lata, ja byłem po studiach i rocznym stażu w Stadninie Koni Golejewko. Profesor z racji tego, że był przewodniczącym Rady Programowej pisma, ale przede wszystkim jego stałym autorem, utrzymywał z redakcją częste kontakty. Były one tym łatwiejsze, że mieszkał na ul. Rutkowskiego, kilka kroków od siedziby PWRiL-u (róg Nowego Światu i Al. Jerozolimskich), wydawcy „Konia Polskiego”. Przez tych kilka lat, które upłynęły zanim zmarł, miałem okazję go dość dobrze poznać, a nawet cieszyć się jego sympatią . Bywałem w jego mieszkaniu, odwiedzałem go. Ostatnie trzy książki, które się ukazały drukiem, ofiarował mi z osobistymi dedykacjami, a gdy podjął – dramatyczną de facto – decyzję o przekazaniu swoich olbrzymich i bezcennych zbiorów do SGGW, zaprosił mnie do siebie i kazał wybrać wszystkie te prace swojego autorstwa, których jeszcze nie miałem. Ten rzadki zbiór ma dla mnie wielkie znaczenie, nie tylko ze względu na jego wartość naukową, ale także z powodów sentymentalnych.

Jakim człowiekiem był Profesor?

Niewielkiego wzrostu, cichy, skromny, kulturalny, starszy pan. Nie lubił zgiełku, dużych zgromadzeń ludzi, najlepiej czuł się w otoczeniu swoich ukochanych książek i przy pisaniu. Był typowym „molem książkowym”. Ale gdy Ojczyzna była w potrzebie, stanął, by walczyć o nią z bronią w ręku.

W 1915 roku rozpoczął studia na Wydziale Przyrodniczym na Uniwersytecie w Kijowie. Gdy w 1917 roku, po obaleniu caratu, zaczęły powstawać w Rosji polskie formacje wojskowe, wstąpił na ochotnika do oddziału, który stał się zaczątkiem 19. Pułku Ułanów Wołyńskich. Później, już jako podoficer, został przydzielony do 2. Pułku Ułanów Grochowskich, w którym odbył kampanię 1919-1920.

To w tym okresie rozwinęły się dwie pasje Profesora: do koni, i do książek. Jak później napisał:

Ciągłe obcowanie z końmi przez blisko 4 lata służby w kawalerii, początkowo jako szeregowca, potem kaprala i plutonowego, wyrobiło we mnie szczególne upodobanie, a nawet pasję do tych szlachetnych zwierząt. Uczucie to stało się na tyle silne, że z czasem zdecydowałem ukończyć rolnictwo i poświęcić się zawodowo pracy na polu doskonalenia krajowej hodowli koni.

W 1919 roku kupił swą pierwszą książkę. Była to „Nauka jazdy konnej. Przepisy służbowe” wydane przez Ministerstwo Spraw Wojskowych. Ten zakup wynikał z tego, że Profesorowi nie wystarczały same wskazówki oficerów i instruktorów konnych. On potrzebował czegoś więcej – wiedzy teoretycznej. I właśnie ta potrzeba nieustannego zgłębiania wiedzy stała się motorem napędowym całego jego życia, które zawiodło go od szeregowego kawalerii do tytułów profesorskich i do miana wybitnego polskiego hipologa.

Jednak zanim stał się wybitnym uczonym, przez wiele lat realizował cel, jaki sobie postawił: „pracował na polu doskonalenia krajowej hodowli koni.”

Jeszcze w czasie studiów na Wydziale Rolniczym SGGW (1922-1927), bo w roku 1925 rozpoczął pracę na stanowisku inspektora hodowli koni w centralnym Związku Organizacji i Kółek Rolniczych. Po skończeniu studiów z dyplomem inżyniera rolnika, rozpoczął pracę w Ministerstwie Rolnictwa. Przechodził tam kolejne stopnie służbowe, by w 1935 roku otrzymać nominację na stanowisko naczelnika Wydziału Chowu Koni. Podlegały mu państwowe stadniny koni (przed wojną nieliczne) i stada ogierów. Na tym stanowisku pracował do wybuchu wojny, a także po jej zakończeniu, aż do 1956 roku. Okupację spędził w Warszawie, zatrudniony jako inspektor hodowli koni w Warszawskiej Izbie Rolniczej.

Przez ponad 20 lat urzędniczej pracy w Ministerstwie Rolnictwa Profesor przyczynił się do powstania 20 aktów prawnych mających duże znaczenie dla rozwoju chowu i hodowli konia w Polsce zarówno przed jak i po wojnie. Szczególnie duże zasługi ma na polu porządkowania wszystkich spraw związanych z wydawanie ksiąg stadnych. Mało kto wie, że na kilka miesięcy przed wybuchem II wojny światowej Profesor w nietypowy sposób otwierał podwoje oddanego do użytku w czerwcu 1939 roku toru wyścigowego na Służewcu. Otóż dostąpił zaszczytu, że był pierwszym człowiekiem, który przegalopował na koniu po zielonym torze wyścigowym.

W 1955 roku jego staraniem Centralny Zarząd Hodowli Koni przekazał do dyspozycji Polskiej Akademii Nauk gospodarstwo Popielno na Mazurach wraz ze zgromadzonymi tam konikami polskimi. Umożliwiło to prowadzenia hodowli zachowawczej tej rodzimej rasy w warunkach naturalnych i badań naukowych w utworzonym ośrodku doświadczalnym PAN. Badań, które profesor prowadził potem przez 15 lat.

I w ten sposób przechodzimy do naukowego rozdziału z życia Profesora. Wielką rolę w ujawnieniu się tej pasji odegrał profesor Roman Prawocheński, który wykładał wtedy hodowlę koni na SGGW. Witold Pruski jako student był przez jakiś czas jego nadetatowym asystentem. Po latach, kiedy opisywał, jak powstała jego biblioteka, tak napisał o swoim mistrzu:

Uczony i fachowiec wielkiej miary, a także pedagog ze szczególnym talentem do jednania sobie słuchaczy oraz wyrabiania ich na tęgich specjalistów, oddanych bez reszty swemu zawodowi. Profesor rozbudził we mnie dalsze zamiłowanie i głębsze traktowanie obranej specjalności, a poza tym rozniecił skłonności bibliofilskie.

Witold Pruski jeszcze jako 28-letni student, w roku 1925, opublikował na łamach Rocznika Nauk Rolniczych swoją pierwszą pracę naukową. W 1948 roku miał już opublikowanych ponad 100 pozycji, w tym książki, monografie, prace naukowe oraz artykuły problemowe. Wtedy to uzyskał na Wydziale Rolniczym SGGW stopień doktora nauk rolniczych. Podstawą do tego była obrona pracy pt: „Dzieje konia pełnej krwi angielskiej w Polsce i jego wpływ na hodowlę krajową”.

Gdy w 1956 roku został służbowo przeniesiony z Ministerstwa Rolnictwa do PAN, otrzymał nominację na profesora nadzwyczajnego. Tytuł profesora zwyczajnego został mu nadany uchwała Rady Państwa z 26 lutego 1965 roku. W 1972 roku został przeniesiony na emeryturę, a w grudniu 1980 roku, z inicjatywy prof. Jerzego Chachuły, senat SGGW-AR nadał mu tytuł doktora honoris causa tej uczelni.

Tak w największym skrócie wygląda droga naukowa Profesora. A miarą jej wartości są jego publikacje. Ostatecznie było ich ponad 230! Nie sposób ich wszystkich wymienić. Ale o kilku, tych najważniejszych, trzeba napisać choć kilka słów.

W okresie międzywojennym Profesor pisywał głównie artykuły o ówczesnej hodowli koni. Jedyna większa praca z tego okresu to „Ruler” – monografia znakomitego polskiego reproduktora pełnej krwi angielskiej z końca XIX wieku.

W czasie okupacji Profesor kontynuował zbieranie książek, pism, gromadził dokumenty i opracowywał je. Ich efektem była pierwsza powojenna praca: „Dzieje Państwowej Stadniny w Janowie Podlaskim, 1817-1939”, która ukazała się w 1948 roku.

W końcu lat 50. Profesor napisał dwutomowy akademicki podręcznik „Hodowla koni”. Tom pierwszy ukazał się w roku 1960, a II (napisany wraz z Janem Grabowskim i Stanisławem Schuchem) – w 1963. Oba tomy są nieocenioną kopalnią wiedzy o hodowli koni nie tylko dla studentów i bardzo dobrze się stało, że PWRiL zdecydował się na wydanie reprintu, na razie pierwszego tomu, ale niebawem ma się ukazać także tom drugi.

W 1970 roku, także nakładem PWRiL-u, ukazała się kolejna praca dokumentująca: „Dzieje wyścigów i hodowli koni pełnej krwi w Polsce, Królestwo Polskie 1815-1918”.

Jej kontynuacją była praca pt. „Wyścigi i hodowla koni pełnej krwi oraz czystej krwi arabskiej w Polsce w latach 1918-1939”, wydana tym razem przez Ossolineum w 1980 roku.

Z kolei Wydawnictwo Sport i Turystyka wydało w 1982 roku „Dzieje konkursów hipicznych w Polsce”. Trzeba tylko dodać, iż są to dzieje od początków polskiego sportu jeździeckiego, do roku 1939.

Ostatnią książką Profesora są „Dwa wieki polskiej hodowli koni arabskich (1778-1978) i jej sukcesy na świecie”, która nakładem PWRiL-u ukazała się w 1983 roku, a więc na rok przed śmiercią autora.

Historyczno-kronikarskie prace Profesora dokumentujące dzieje hodowli koni na ziemiach polskich (a także innych zwierząt; vide trzytomowe opracowanie „Hodowla zwierząt gospodarskich w Królestwie Polskim w latach 1815-1918” czy podobne, dwutomowe opracowanie dotyczące Galicji i jeden tom o Wielkopolsce) nie byłyby możliwe, gdyby nie jego biblioteka i archiwum. To był jego warsztat pracy, który skrupulatnie i z mozołem gromadził przez blisko 60 lat (1923-1980). Biblioteka liczyła 1894 pozycje w 2000 woluminów, a archiwum, podzielone na 4 działy rzeczowe, składa się z: ponad 10 tysięcy kart dokumentacyjnych, 93 brulionów, 60 teczek i blisko 2000 unikalnych fotografii.

Ten bezcenny zbiór przetrwał wojnę dzięki żonie Profesora, Marii z Monasterskich Pruskiej, co Profesor po latach opisał. Otóż gdy pod koniec Powstania Warszawskiego, w sierpniu 1944 roku, Niemcy wywieźli Profesora do obozu w Pruszkowie, w domu na Saskiej Kępie została tylko jego żona i starsza już wtedy gosposia. Gdy późną jesienią Armia Czerwona i polskie formacje zajęły Pragę, hitlerowcy zaczęli mocno ostrzeliwać Saską Kępę. Stało się wtedy jasne, że dom trzeba będzie opuścić. Wtedy Maria Pruska, zdając sobie sprawę jaką wartość mają zbiory męża, dotarła jakoś do generała Mariana Spychalskiego, przedstawiła mu sprawę i poprosiła o pomoc w wywiezieniu książek. Spychalski zastanowił się przez chwilę, po czym oznajmił, że właśnie wysyła pustą ciężarówkę po żywność do Lublina, więc każe załadować do niej książki. I tak się stało. Żołnierze i pomagająca im pani Pruska w pośpiechu, z obawy przed ostrzałem, wrzucali książki niczym kartofle na ciężarówkę aż napełnili ją po brzegi. W Lublinie za wstawiennictwem pani Pruskiej biblioteką zaopiekował się gen. Leon Bukojemski, ówczesny komendant miasta. Nawiasem mówiąc Generał odegrał wtedy ważną rolę w ratowaniu stajni wyścigowych kwaterujących na torze lubelskim, a po wojnie wyścigi konne też miały mu wiele do zawdzięczenia. I tak większość zbiorów profesora ocalała.

W 1980 roku Profesor przekazał swoje zbiory SGGW. Początkowo były przechowywane w Brwinowie, a odkąd Wydział Zootechniki przeniósł się do nowo wybudowanej siedziby przy ul. Ciszewskiego 8, biblioteka Profesora Witolda Pruskiego znajduje się tamże.

Przekazanie biblioteki było w pewnym sensie aktem rozpaczy Profesora – starość nie była dla niego łaskawa. Niestety, państwo Pruscy nie mieli dzieci, ani żadnych bliższych krewnych. W lecie 1981 roku Profesora spotkało pierwsze nieszczęście. Po przebytym wylewie krwi do mózgu okazało się, że nie może już pisać i ma nawet trudności z czytaniem. Wtedy to, kiedy nie mógł już pracować, przy życiu trzymała go konieczność opieki na schorowaną żoną. Następne nieszczęście miało miejsce w roku 1983. Wyprowadzona przez niego na spacer żona przewróciła się, w wyniku czego doznała złamania główki kości udowej i niebawem zmarła. Dla Profesora to był wielki cios, stracił chęć do życia. Zmarł 2 lutego 1984 roku. Został pochowany w grobie rodzinnym na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Autor tekstu: Marek Szewczyk

Dziękujemy Panu M. Szewczykowi za zgodę na publikację powyższego materiału.

Dzieje Państwowej Stadniny w Janowie Podlaskim 1817-1939 – Witold Pruski
Współczesne zagadnienia polskiej hodowli koni – Witold Pruski
Spostrzeżenia – Witold Pruski

Patron Legendy: Kujawsko-Pomorski Związek Hodowców Koni

Opiekun Legendy: Hubert Szurik

Jeden z czołowych współczesnych polskich hodowców koni sportowych (ogier MJT Nevados), rzutki przedsiębiorca, znakomity rolnik.

Do grona wybitnych postaci polskiej hodowli i jeździectwa, których w 2016 roku z bólem serca pożegnaliśmy na zawsze, w listopadzie dołączył Stanisław Szurik – jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich hodowców koni sportowych, rzutki przedsiębiorca, znakomity rolnik uhonorowany tytułem Rolnika Pomorza i Kujaw, z zamiłowania myśliwy. To rumaki wyhodowane w jego stadninie w Liszkowie od lat stanowiły o jakości kujawsko-pomorskiej hodowli koni szlachetnych – były obiektem podziwu i niedoścignionym wzorem dla nas wszystkich.

Stanisław hodowlą koni zainteresował się w połowie lat 90., gdy rozpoczął gospodarowanie w położonym na Krajnie gospodarstwie Liszkowo, miejscu o ponadstuletnich tradycjach hodowli koni szlachetnych. Mając duże doświadczenie w rolnictwie i prowadzeniu hodowli innych gatunków zwierząt gospodarskich, już na wstępie postawił na jakość. Materiałem wyjściowym, z którym organizował stadninę, były klacze pochodzące z renomowanych hodowli krajowych i zagranicznych oraz ogiery z najlepszych linii. Od początku zwracał dużą uwagę na selekcję wyhodowanego materiału pod kątem użytkowym i eksterierowym. Ta koncepcja znakomicie wpisała się wówczas w pierwsze z prawdziwego zdarzenia imprezy hodowlane (próby dzielności klaczy, przeglądy i wystawy hodowlane) organizowane przez Kujawsko-Pomorski Związek Hodowców Koni, w których od początku liszkowskie konie odgrywały pierwszoplanowe role.

Równolegle rozwijana była infrastruktura służąca hodowli i treningowi koni w postaci adaptacji stylowych, jeszcze XIX-wiecznych stajni, krytej ujeżdżalni, a także nowych pastwisk. W hodowli koni szlachetnych, jak w żadnej innej, znaczenie ma kompetencja i zaangażowanie ludzi, którzy pracują bezpośrednio przy zwierzętach. Stanisław i w tym zakresie miał dobrą rękę – przez stajnie w Liszkowie przewinęli się Jakub Kaczmarek, Rafał Narloch, Anita Raszka, Jan Korczyński, Katarzyna Szczubiał i przede wszystkim Krzysztof Kierzek – dziś dowodzący ZT Bielice, jednym z najlepszych ośrodków treningowych dla młodych koni w Polsce.

W zakresie rozrodu na początku funkcjonowania stadniny oczkiem w głowie Stanisława były ogiery czołowe Grand de la Cour i Concert, którym zapewnił trening i prezentację do poziomu ogólnopolskiego włącznie, wiedząc, że to najlepsza reklama potomstwa, które przyszło po nich na świat w liszkowskich stajniach. Swoje ogiery udostępniał hodowcom na bardzo preferencyjnych warunkach, w konsekwencji swego czasu należały do najintensywniej wykorzystanych hodowlanie reproduktorów w Polsce! Choć kochał je całym sercem, rychło spostrzegł, że prawdziwa przyszłość, mimo wysokich kosztów, tkwi w nowych technikach rozrodu, co w tym czasie dla większości naszych hodowców wcale nie było takie oczywiste. W kolejnych latach rozród oparty był już więc w całości na inseminacji w większości nasieniem mrożonym, importowanym najpierw ze stadniny Zangersheide (Calvados Z, Chicago Z i Crown Z), a następnie od hodowców francuskich (Leoville, Johnny Boy II i Top Gun Semilly) i niemieckich (Cordess i Black Jack). Sukces w tym zakresie zapewniła współpraca z dr. Przemysławem Mazurkiem, od początku zajmującym się stadniną w Liszkowie. Szybko przyszły pierwsze sukcesy na hodowlanych i sportowych arenach. Można długo wymieniać konie, które przez lata zdobywały laury sportowe i hodowlane w zakładach treningowych i na wystawach.

Granit S sp (Faust Z – Gracenta han po Graf Grannus han) – startował na poziomie DR ZO (Hubert Kierznowski) a następnie w ekipie kanadyjskiej w zawodach Pucharu Świata w skokach. Notowany w rankingu WBFSH, Quattro S sp (Romualdo kwpn – Quanta po Quamiro hol) startował na poziomie DR ZO (Bartłomiej Włodarski), Mozart sp (Mywill kwpn – Morena wlkp po Mapnik wlkp) finalista MPMK (Stanisław Marchwicki), a potem Mistrz Polski Juniorów i Młodych Jeźdźców (Piotr Sikorski). Wreszcie czempionki prób dzielności Fabreggia S sp, Federica S sp (także finalistka MPMK-A), Faworytka S sp, Donna Rosa S sp i wiele innych…

Wszystkie te sukcesy bledną jednak przy tryumfach, jakie odnosił siwy ogier Nevados S (Calvados Z – Nestia S po Romualdo). Najpierw było to Mistrzostwo Polski Młodych Koni 4- i 5-latków (pod Jackiem Zagorem), a następnie tytuł Mistrza Świata koni 7-letnich w skokach w sezonie 2015 (pod Gregorym Watheletem BEL). Wówczas wydawało się, że na długie lata pozostanie ten sukces szczytowym osiągnieciem polskiej hodowli. Sezony 2018-2019 były jednak jeszcze bardziej udane. Po zwycięstwach w Paryżu, Waregem, Liege i Pradze Nevados siegnął po tytuł
drużynowego Mistrza Europy, a jego córka z debiutanckiego rocznika Donna Neva S (Daria Kobiernik) została najlepszą czterolatką Mistrzostw Polski Młodych Koni. Kolejna córka Capella sp – czempionką klaczy sp podczas Dni Polskiego Konia Sportowego. Nie gorzej poczynali sobie synowie Nevadosa. Fabregas S sp został najlepszym ogierem polskiej hodowli w Polowej Próbie Dzielności, Why Not wlkp – Czempionem rasy wielkopolskiej, a Celynos sp Mistrzem Polski Północnej w skokach luzem. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że wszystkie te konie reprezentują bardzo nieliczne dwa pierwsze roczniki potomstwa Nevadosa, to śmiało możemy stwierdzić, że jest to reproduktor o potężnej sile dziedziczenia cech sportowych i znajduje się na najlepszej drodze aby jak Ramzes xo dołączyć do legend światowej hodowli. Obszerna jest też lista sukcesów koni kolegów i koleżanek, którzy w materiał hodowlany zaopatrywali się właśnie w Liszkowie. Filozofię hodowlaną Stanisława Szurika zawsze charakteryzowała też głęboko patriotyczna postawa i przywiązanie do rodzimej organizacji hodowlanej jaką jest Kujawsko-Pomorski Związek Hodowców Koni. Nigdy nie zdradził polskiej hodowli, mimo licznych pokus nie zdecydował się na służbę obcym i zapisywanie swoich koni do zagranicznych ksiąg hodowlanych.

Jak kto żył, tak i go pochowają – mówi ludowe przysłowie. Tłumy zgromadzone przy jego trumnie najlepiej świadczyły, jak silne piętno wywarł na swoje otoczenie ten bardzo dobry i skromny hodowca, wierny tradycji i mocno związany z KPZHK, człowiek, który sprawił, że po latach na świecie zaczęto ponownie mówić o polskich koniach…

Autor tekstu: Tomasz Bagniewski

Dziękujemy Polskiemu Związkowi Hodowców Koni oraz czasopismu Hodowca i Jeździec za zgodę na publikację powyższego materiału.

Patron Legendy:

Opiekun Legendy:

Malarz, architekt, konserwator architektury zabytkowej i założeń ogrodowych. Autor wielu obrazów, których tematem były konie.

Urodzony w 1949 r. w Olsztynie, rozpoczął w 1971 r. studia artystyczne na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Kontynuował je następnie na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w pracowniach profesorów Michała Byliny i Ludwika Maciąga. Studia ukończył w 1976 r. uzyskując dyplom z wyróżnieniem.

Do zdeklarowania się jako malarza koni niewątpliwie przyczyniła się duchowa pomoc wspomnianych już profesorów M. Byliny i L. Maciąga, zasłużonych pedagogów, a jednocześnie miłośników i popularyzatorów tematyki związanej z koniem i batalistyką.

Po raz pierwszy pokazał A. Novak-Zempliński swoje akwarele, pastele i rysunki na Jubileuszowej Aukcji Koni w Książu w maju 1974 r. Ale oficjalny debiut to udział w salonie BWA w Sopocie na wystawie „Zaprzęg w malarstwie”, zorganizowanej w sierpniu 1975 r. z okazji III Mistrzostw Europy w Powożeniu.

Uprawia malarstwo sztalugowe ale również zajmuje się projektowaniem architektonicznym, konserwacją architektury zabytkowej i założeń ogrodowych. Był rzeczoznawcą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w specjalizacji zabytkowych pojazdów konnych, rzędów i uprzęży. Społecznie zaangażowany w działalność Stowarzyszenia Miłośników Dawnej Broni i Barwy, jako członek Zarządu Głównego i prezes Oddziału Stołecznego oraz jest założycielem i prezesem stowarzyszenia Domus Polonorum, zrzeszającego właścicieli zabytkowych rezydencji wiejskich, jak również Polskiego Towarzystwa Powozowego, które zajmuje się muzealnictwem i kolekcjonerstwem zabytkowych pojazdów konnych oraz propagowaniem tradycyjnego powożenia.

Od 1980 roku zajmuje się odbudową i utrzymaniem zabytkowego zespołu dworskiego w Tułowicach, za którą to pracę otrzymał Nagrodę I Stopnia Ministra Kultury i Sztuki w 1998 roku oraz najbardziej prestiżową nagrodę europejską w dziedzinie ochrony dziedzictwa kulturowego – Medal Europa Nostra w 1999 roku.

Dziedzictwo kulturowe polskiego dworu i tradycja ziemiańska jest głównym tematem zainteresowań kolekcjonerskich Andrzeja Novák-Zemplińskiego, głównie na rzecz wyposażenia zabytkowych wnętrz tułowickiego dworu, ale szczególną częścią tych zbiorów jest unikalna kolekcja dworskich pojazdów konnych, uprzęży i akcesoriów zaprzęgowych.

Kolekcja liczy aktualnie 24 pojazdy, z których połowa ma ustaloną proweniencję a większość reprezentuje znane polskie firmy powoźnicze, w tym produkty czołowych firm warszawskich z XIX i początku XX wieku. Ekspozycja pojazdów zlokalizowana jest w zaadaptowanym do tego celu budynku dawnej stajni i jest udostępniana zwiedzającym.

Tematyka prac malarskich związana jest głównie z wizerunkiem konia w różnych aspektach użytkowania. Są to więc portrety koni zasłużonych w hodowli, wybitnych koni wyścigowych oraz koni wierzchowych i zaprzęgowych, w pracy, w stajni, na pastwisku a także w scenach pokazów konkursowych, końskich jarmarków oraz batalistycznych. Obrazy te są w posiadaniu wielu wybitnych hodowców i właścicieli oraz miłośników koni i kolekcjonerów sporting art zachodniej Europy oraz Ameryki.