Promotor Legendy:
_________________________________________________________________

Pogrom nicejski, czyli jak Polacy zdobyli pierwszy Puchar Narodów.

Wiosna 1925-go roku przyszła do Nicei wyjątkowo późno. Przez połowę kwietnia padał deszcz i dopiero 18-go nad Lazurowe Wybrzeże zawitała piękna pogoda. Od morza wiał spokojny, ciepły wiatr, a nad hipodromem „California” powiewały różnobarwne flagi: polska, francuska, portugalska, belgijska i czechosłowacka. Rozpoczynały się Międzynarodowe Wojskowe Konkursy Hippiczne.

To trzeci raz, kiedy kawalerzyści z orłami na czapkach mieli stanąć do rywalizacji z najlepszymi wojskowymi ekipami jeździeckimi w Europie. Już w poprzednich dwóch latach Polacy dali się poznać jako bardzo groźni konkurenci, zdobywając m.in. najważniejszą nagrodę indywidualną tutejszych konkursów – Wielką Nagrodę Miasta Nicei (Grand Prix de la Ville de Nice). Dokonał tego w 1924 roku porucznik Adam Królikiewicz na „Jaśku”. Nadal jednak nie mogli pochwalić się wygraną w konkursie drużynowym, nazywanym Pucharem Narodów. Był on szczególnie ważny, gdyż udowadniał jednolitą formę całej zwycięskiej reprezentacji i potwierdzał, że dotychczas odnoszone sukcesy indywidualne nie były przypadkowe. Podpułkownik Karol Rómmel, kierownik i instruktor drużyny polskiej, w udzielonym stołecznej prasie wywiadzie nie ukrywał, że w tym roku szczególnie zależy mu na zdobyciu właśnie tej prestiżowej nagrody.

Ale czy były na to szanse? Grupa Przygotowawcza Sportu Konnego, trenująca przed zawodami w Nicei i Londynie, została powołana dopiero na początku lutego 1925 roku. Naszym oficerom pozostało niewiele czasu – niecałe dwa miesiące – by przygotować siebie i swoje konie do rywalizacji z innymi narodami. Najgroźniejszymi przeciwnikami wydawali się być gospodarze, trenujący od przeszło pół roku. Ich reprezentacja nie tylko znała doskonale hipodrom, ale była również najliczniejsza (11 jeźdźców i 33 konie). Do najgłośniejszych nazwisk należeli z pewnością olimpijczycy: porucznik T. Carbon i por. P. Clavé. Obaj startowali na igrzyskach w Paryżu (1924 r.), a por. Carbon dodatkowo w Antwerpii (1920 r.).

Dużym sportowym doświadczeniem mogli wykazać się również Belgowie (5 oficerów i 15 koni). Najbardziej utytułowanym był wśród nich por. J. Missone, brązowy medalista olimpijski z Antwerpii (drużynowo), w Paryżu sklasyfikowany na trzynastym miejscu. Z kolei major G. Mesmeckers dał się już poznać nicejskiej publiczności w roku poprzednim, zdobywając w jednym z konkursów cenny puchar księżnej Sabaudzkiej.

Nieco skromniejszy zespół przysłali Portugalczycy – zaledwie 3 oficerów z sześcioma końmi, jednak i oni mogli okazać się poważnymi konkurentami w walce na francuskim hipodromie. Szczególnie wyróżniał się por. H. Martins, który podczas ostatnich igrzysk olimpijskich zdobył drużynowo brązowy medal, a indywidualne zajął dwunastą lokatę.

Jak na tym tle wypadała drużyna polska? Podobnie jak belgijska, liczyła 5 oficerów i 15 koni. Na jej czele stał wspomniany już podpułkownik Karol Rómmel, cieszący się sławą nie tylko znakomitego jeźdźca, ale również współtwórcy polskiej szkoły jazdy – systemu dosiadania konia, który umożliwił naszym jeźdźcom odniesienie wielu międzynarodowych sukcesów. Sam Rómmel pierwsze doświadczenia sportowe zdobywał jeszcze przed I wojną światową, jako oficer piechoty (!) w carskiej armii. W 1912 roku wystartował na Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie, gdzie za wspaniały przejazd otrzymał od króla Gustawa V kopię złotego medalu. Podczas paryskiej olimpiady wziął udział w dwóch konkurencjach: Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego i skokach przez przeszkody, zajmując odpowiednio dziesiąte i jedenaste miejsce. Francuzi ocenili jego styl jazdy jako nienaganny (fr. irréprochable).

W odrodzonej Polsce niejednokrotnie powoływano go na zawodnika, ale również instruktora, reprezentacji na międzynarodowe konkursy hippiczne.

Drugim filarem polskiego zespołu był rotmistrz. Adam Królikiewicz, genialny jeździecki samouk, uczestnik międzynarodowych konkursów hippicznych w Nicei, Rzymie i Lucernie, gdzie zdobył liczne nagrody. Jego największym sukcesem było jednak zdobycie dla Polski pierwszego medalu olimpijskiego podczas igrzysk w Paryżu. W parze ze słynnym „Picadorem” wywalczył wtedy brąz w skokach przez przeszkody.

Nieco skromniejsze doświadczenie na konkursach międzynarodowych miał porucznik Kazimierz Szosland, który co prawda w Nicei jeszcze nie startował, ale dał się już poznać jako bardzo dobry jeździec podczas zawodów w Lucernie.

Szczególnie udanym był dla niego konkurs Prix des Hôtels de Lucerne, w którym nie tylko zwyciężył, ale także zajął dodatkowo trzecie i osiemnaste miejsce. Na olimpiadzie, podobnie jak Rómmel, reprezentował kraj w dwóch konkurencjach. W WKKW zajął dwudziestą trzecią lokatę wśród przeszło czterdziestu zawodników, nieco gorzej poszło mu natomiast w skokach, gdzie na trudnym „Jacku” wywalczył trzydzieste drugie miejsce.

Oprócz tych głośnych w jeździeckim świecie nazwisk, w reprezentacji znaleźli się też dwaj oficerowie, dopiero debiutujący na zawodach rangi europejskiej. Pierwszym z nich był porucznik Władysław Zgorzelski, aktualny triumfator Zawodów Konnych o Mistrzostwo Wojsk Polskich („Militari”). Drugim – rotmistrz Henryk Dobrzański, późniejszy legendarny major Hubal, który do historii przeszedł jako dowódca Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego i bohater II wojny światowej. Jednak przed jej wybuchem jego nazwisko kojarzone było przede wszystkim ze wspaniałymi wyczynami jeździeckimi. Do najgłośniejszych należało zdobycie nagrody specjalnej, przyznanej poza regulaminem, podczas „Horse Show” w Londynie (czerwiec 1925 r.). Rotmistrz jako jedyny spośród startujących dwukrotnie przebył bez błędu bardzo trudny tor przeszkód. Widownia nagrodziła go wówczas gorącą owacją, a organizatorzy – złotą papierośnicą z pamiątkową dedykacją. Dobrzański świetnie radził sobie zresztą nie tylko na hipodromie, ale również na torze wyścigowym. Dość wspomnieć, że podczas wyścigów we Lwowie w lipcu 1924 r. jednego dnia wygrał trzy (!) spośród czterech rozgrywanych gonitw. Wymagało to nieprzeciętnej kondycji fizycznej i znakomitego wyczucia dosiadanych wierzchowców.

Udane występy polskich jeźdźców z lat ubiegłych sprawiły, że jeszcze przed rozpoczęciem zawodów uważano ich za groźnych rywali. Jednak nawet oni sami, defilując przed trybuną honorową w dniu rozpoczęcia zawodów, nie spodziewali się, jak wspaniały sukces odniosą.

Z początku wydawało się, że szczęście sprzyja Francuzom. W rozegranym tego samego dnia konkursie o nagrodę Wielkich Hoteli Nicejskich zdobyli pierwsze trzy miejsca i dopiero czwarta lokata przypadła rtm. Dobrzańskiemu na młodym, niedoświadczonym „Lumpie”. Dobra passa gospodarzy skończyła się jednak bardzo szybko i już nazajutrz nagrody zaczęły trafiać w polskie ręce. W konkursie o wędrowny puchar księżnej Sabaudzkiej w pięknym stylu zwyciężył rtm. Królikiewicz na „Picadorze” i „Cezarze”. Pułkownik Rómmel ze swoimi końmi był siódmy, a rtm. Dobrzański – jedenasty, choć po pierwszym nawrocie zajmował bardzo dobrą, drugą pozycję. Kilka dni później rotmistrz Królikiewicz ponownie okazał się najlepszy, wygrywając konkurs Siły i Zręczności (Puissance et Adresse) o nagrodę Victorii.

Była to konkurencja o szczególnie wysokich i szerokich przeszkodach, w dodatku ustawionych na okręgu. Wymagało to od konia nie tylko znacznej siły skoku, ale również zwrotności i elastyczności. Tym bardziej na podkreślenie zasługuje fakt, że wszyscy polscy oficerowie, biorący udział w tym konkursie, zostali nagrodzeni. Tego samego dnia w konkursie potęgi skoku pułkownik Rómmel na „Rewcliffie” zajął drugie miejsce. Jeden z największych polskich triumfów miał miejsce w czasie konkursu o nagrodę Monaco, sprawdzającego posłuszeństwo, odwagę i zwrotność konia. Jeźdźcy musieli pokonać w jak najkrótszym czasie takie niecodzienne przeszkody jak labirynt czy mostek nad sztuczną rzeką. Ze względu na ilość dotąd wygranych sum pieniężnych konkurs podzielony był na dwie serie. Pierwszą zwyciężył rtm. Dobrzański na „Qui Vive”, który przejechał parkur bezbłędnie i w rekordowym czasie, a zaraz za nim uplasował się por. Zgorzelski na „Jaskrawym”. W drugiej serii absolutnym triumfatorem okazał się rtm. Królikiewicz, który zajął pierwszą, trzecią i czwartą lokatę. Królikiewicz okazał się zresztą najlepszym jeźdźcem nie tylko polskiej drużyny, ale całych zawodów, co potwierdził zdobywając ponownie Wielką Nagrodę Miasta Nicei. Tym samym stał się pierwszym w historii, który dokonał tej sztuki więcej niż raz.

Wobec tych wszystkich odniesionych sukcesów trudno się dziwić słowom pułkownika Władysława Andersa, szefa polskiej ekipy i naszego przedstawiciela w jury zawodów. W swoim meldunku dla ministra spraw wojskowych pisał:

Już w połowie konkursów traktowano nas jako najlepszą ekipę i do końca ich niejednokrotnie dopytywano się mnie o sposobach trenowania koni, o metodach ćwiczenia jeźdźców i szkoleniu naszej kawalerii.

Starano się podpatrzeć przede wszystkim styl jazdy Polaków, który pozwalał im maksymalnie wykorzystać skromne możliwości swoich koni, znacznie ustępujących klasą wierzchowcom francuskim czy portugalskim.

Zawody powoli dobiegały końca. Ostatni dzień wypadał we wtorek, 28 kwietnia, kiedy rozegrany miał zostać Puchar Narodów. Brały w nim udział reprezentacje złożone z czterech jeźdźców. Każdy z nich musiał dwukrotnie pokonać tor przeszkód, a o wyniku zespołu decydowała suma punktów karnych uzyskanych w poszczególnych nawrotach. Jeżeli w drugim nawrocie na czoło wysunęła się inna drużyna niż w pierwszym, o zwycięstwie musiała przesądzić rozgrywka. Puchar Narodów stawał się własnością danej reprezentacji dopiero po trzykrotnym zdobyciu.

Do rywalizacji przystąpiły cztery ekipy: francuska, belgijska, portugalska i polska. W składzie tej ostatniej znaleźli się pułkownik Rómmel, rotmistrz Dobrzański, rotmistrz Królikiewicz oraz porucznik Szosland. Przed omówieniem warunków i przebiegu tej emocjonującej konkurencji warto jeszcze na chwilę zatrzymać się przy końskich partnerach, jakich wybrali do niej nasi oficerowie. Wszak sukces w jeździectwie leży tak samo w rękach jeźdźca, jak i końskich kopytach. Pułkownik startować miał na irlandzkiej hodowli „Rewcliffie”, który wśród polskich skoczków wyróżniał się imponującą budową i siłą skoku. Zagraniczne pochodzenie miała również dosiadana przez rtm. Dobrzańskiego „Mumm Extra Dry”. Ta jasnokasztanowata klacz została nabyta przez pułkownika Rómmla w Anglii na początku lat dwudziestych. Jej nowy właściciel wiązał z nią duże nadzieje,
zamierzając przygotować ją do kolejnych igrzysk olimpijskich w Amsterdamie. Odznaczała się spokojnym charakterem i dużą siłą skoku, co udowodniła zajmując ex aequo czwarte miejsce w nicejskim konkursie potęgi skoku. Rotmistrz Królikiewicz zdecydował się pojechać na swoim fenomenalnym „Picadorze”, który cieszył się w Nicei sławą znakomitego skoczka i zdobywcy brązowego medalu olimpijskiego. Podczas kończących się właśnie konkursów para ta do długiej listy wspólnych sukcesów dopisała kolejny – wygraną w Wielkiej Nagrodzie Miasta Nicei. Na czas Pucharu Narodów rotmistrz Królikiewicz udostępnił drugiego ze swoich koni, „Cezara”, porucznikowi Szoslandowi. Chociaż wałach dopiero po raz pierwszy startował w konkursach zagranicznych, radził sobie bardzo dobrze na trudnym francuskim hipodromie, zajmując jedną pierwsza, jedną trzecią i jedną czwartą lokatę.

Parkur, stosownie do rangi konkursu, nie był łatwy, a wśród jedenastu przeszkód najmocniej wyróżniał się doublebarre wysoki na 160 cm i „niezwykle szeroki” rów z wodą. Mimo to Polakom bardzo szybko udało się zdobyć przewagę nad pozostałymi zespołami. Nie znane są, niestety, rezultaty poszczególnych jeźdźców, jednak kawalerzyści pułkownika Rómmla zakończyli pierwszy nawrót mając zaledwie 21,2 punktów karnych. Nieco tylko gorzej poszło Francuzom – 23,6 punktów, natomiast wyniki drużyny portugalskiej i belgijskiej przekroczyły trzydzieści punktów.

Niestety, Polacy wciąż jeszcze nie mogli być pewni zwycięstwa. W drugim nawrocie popełnili więcej błędów, a uzyskane w ten sposób 30,0 punktów zepchnęło ich na trzecią lokatę. Na czoło, z imponującym rezultatem 12,4 punktów, wysunęli się Portugalczycy. Zgodnie z regulaminem, o wygranej miała więc zadecydować rozgrywka. Trudno dziś wyobrazić sobie napięcie towarzyszące wówczas umundurowanym zawodnikom. Dla obu drużyn zwyciężyć oznaczało zapisać się złotymi zgłoskami w historii rodzimego jeździectwa. Triumf w nicejskim Pucharze Narodów to wielki prestiż, ale tak w przypadku Polski, jak i Portugalii, dochodził czynnik dodatkowy – byłaby to pierwsza wygrana w tym turnieju. Jeźdźcy robili więc co mogli, by przezwyciężyć zmęczenie i wywalczyć zwycięstwo. Ostatecznie szala przechyliła się na naszą stronę i punktacja w rozgrywce wyglądała następująco: Polska – 23,7 punktu, Portugalia – 30,1. Puchar na rok stał się własnością polskiego Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Wiosna 1925 roku przyniosła więc naszym kawalerzystom w Nicei triumf na niespotykaną dotąd skalę. Nigdy wcześniej jedna drużyna nie zdobyła tak miażdżącej przewagi nad pozostałymi. Był to właściwie prawdziwy sportowy pogrom. Pięciu polskich jeźdźców zdobyło łącznie zawrotną sumę 22 700 franków – o pięćdziesiąt więcej niż jedenastu Francuzów. Co więcej, wygrali wszystkie najważniejsze konkursy – Puchar Narodów, Wielką Nagrodę Miasta Nicei, puchar księżnej Sabaudzkiej, obie serie konkursu o Nagrodę Monaco oraz drugą serię konkursu o Nagrodę Victorii. Łącznie zajęli siedem pierwszych, trzy drugie oraz cztery trzecie miejsca, nie wspominając już o trzydziestu czterech dalszych lokatach. Rotmistrz Królikiewicz został uznany najlepszym jeźdźcem turnieju i wyróżniony specjalną nagrodą ufundowaną przez szwedzkiego posła M. Eliarsona. Sukcesy te były tym większe, że odniesione po zaledwie dwóch miesiącach przygotowań, w dodatku na koniach znacznie ustępujących klasą zagranicznym. Ich odniesienie było możliwe tylko dzięki doskonałemu stylowi jazdy i ogromnemu talentowi polskich oficerów.

Autor: Ewa Pawlus, portal „Tropem Hubala”

Kliknij poniższe linki, aby przejść do powiązanych materiałów w Polskiej Cyfrowej Bibliotece Jeździeckiej:

„Konkursy w Nicei” (1925) – Redakcja czasopisma Jeździec i Hodowca