Patron Legendy: Ewa Wiegandt, Aleksander Zembaczyński, Marcin Marciniak, Jerzy „George” Zbyszewski,
Marek Szewczyk

Opiekun Legendy: Katarzyna Głuszek, Jan Świdziński, Andrzej Gniazdowski

Najwybitniejszy hodowca koni w powojennej Polsce. Twórca potęgi Stadniny Koni Golejewko oraz Stadniny Koni Krasne.

Gdyby żył, 19 lutego skończyłby 90 lat. Kto? Maciej Świdziński, największy hodowca koni pełnej krwi angielskiej w okresie powojennym. Wieloletni (1959-1987) kierownik Stadniny Koni w Golejewku. Jego osiągnięć już nikt nigdy nie pobije i to nie tylko w państwowej hodowli – bo ta dogorywa – ale w polskiej hodowli w ogóle. Wyhodowane przez niego konie wygrywały Derby na Służewcu (w latach 1962-1986) aż 15 razy! Do tego dwa razy w Wiedniu (Neman i Korab). A poza tym 9 wygranych w Oaks, 12 w Wielkiej Warszawskiej, 15 razy w Nagrodzie Prezesa Rady Ministrów i 15 razy w St. Leger.

Oczywiście, w tej supremacji Golejewka nad innymi państwowymi stadninami (a było ich wówczas jeszcze pięć innych) pomagało niewątpliwie to, że do tej stadniny trafiła w ramach reparacji wojennych grupa bardzo dobrych klaczy włoskiego pochodzenia. Ale zanim Maciej Świdziński zaczął tam kierować hodowlą, stadnina ta nie dominowała aż tak wyraźnie nad pozostałymi. Dość powiedzieć, że do jego przyjścia wyhodowała „tylko” dwóch derbistów. Są to: Dorpat (Derby 1953) i De Corte (1954), oba od klaczy włoskich, a Dorpat obustronnie z włoskim pochodzeniem. A tymczasem, do 1962 roku (kiedy na torze pojawił się pierwszy rocznik wyhodowany przez Macieja Świdzińskiego), SK Widzów mogła się pochwalić trzema derbistami, a Kozienice i Iwno – dwoma każda. Potem każda z tych stadnin długo musiała czekać na to, aby się przebić przez mur golejewskich sukcesów, a jeżeli już się to udawało, to takimi wybitnymi końmi, jak Demona (moszniańskiej hodowli, Derby w 1964 roku), Dipol (Widzów, 1972), czy Czerkies (Kozienice 1974).

Na czym zatem polegała tajemnica sukcesów Macieja Świdzińskiego jako hodowcy (poza bardzo dobrym materiałem wyjściowym stadniny)? Otóż tak się składa, że po ukończeniu Zootechniki na SGGW przepracowałem rok jako stażysta w SK Golejewko (przełom lat 1978/79). Miałem więc okazję na co dzień oglądać Macieja Świdzińskiego w akcji.

Nie był typem hodowcy zza biurka. Był praktykiem. Był żywym dowodem, że pańskie oko konia tuczy. I nie chodzi tylko o to, że miał oko na masztalerzy. Bardziej chodzi o to, że nic co dotyczyło koni, nie uszło jego uwagi. Codzienne stawianie się w stadninie o godzinie 6.00 rano i obejście wszystkich stajni dostarczało mu porcję istotnych informacji. Typu, który koń nie wyjadł wieczornego obroku – może chory? Który źrebak ma przyspieszony oddech – podejrzenie infekcji dróg oddechowych, które nie dostrzeżone na czas, często się kończy śmiercią źrebaka, albo jego późniejszą słabą wartością. Której klaczy nabrzmiewają wymiona – czyli niebawem będzie rodzić. Która klacz zdradza oznaki rui – trzeba przyprowadzić probiera (był nim ogier czystej krwi arabskiej) i sprawdzić. Codzienne wizyty na pastwiskach, dawały mu z kolei informacje, którym kwaterom trzeba dać odpocząć, a na których trawa urosła na tyle, że można już tam wpuścić konie. Oglądanie koni wracających z pastwisk pozwało z kolei dojrzeć ewentualne kulawizny czy rany (bo i takie rzeczy się zdarzały na pastwiskach).

A propos pastwisk – jego „konikiem” było to, że tzw. łajniaki (czyli po prostu końskie bobki) nie mogły pozostawać na trawie, bo ją niszczyły – należało je rozrzucić. I to do nas, stażystów i praktykantów (w Golejewku nigdy ich nie brakowało) należała ta czynność. Pamiętam zdegustowaną minę mojej żony, kiedy podczas wizyty w Golejewku zobaczyła, czym się musi zajmować świeżo upieczony magister, inżynier. A ja do dziś, jak idę po pastwisku i widzę kupkę końskich bobków, mam odruch, aby je kopnąć. Bo choć w Golejewku podczas dyżurów na pastwiskach byliśmy zaopatrzeni w tym celu w grabie, ale czasami trzeba było też używać butów (najczęściej gumiaków).

Kolejna kwestia, w której Maciej Świdziński był bardzo konsekwentny, to dostarczanie koniom dużej porcji ruchu. Przede wszystkim młodym, rozwijającym się organizmom. Na podwórzu między zamkniętą przestrzenią, którą stanowiły ułożone w prostokąt trzy stajnie (czwartą ścianę zamykała powozownia), było kółko, na które wychodziły przede wszystkim odsadki, a także roczniaki, zwłaszcza w jesienne, zimowe i wczesnowiosenne dni, a my – czyli stażyści bądź praktykanci – z batem w ręku pilnowaliśmy, aby konie przemieszczały się po tej mini bieżni przez określony czas. Dzięki temu golejewskie konie, kiedy już trafiały na tor wyścigowy, były lepiej rozwinięte i rzadziej ulegały kontuzjom. W ogóle wychów był naturalny i surowy. Dopiero co urodzone źrebaki, śnieg nie śnieg, mróz tęższy czy lżejszy, wychodziły (na inną stronę stajni) wraz z matkami na spacery i to nie na pięć minut.

Kolejny obszar, w którym Maciej Świdziński miał wielką wprawę, to wszelkie zabiegi weterynaryjne. Tego się nauczył zanim jeszcze trafił do Golejewka. Pisał o tym Władysław Byszewski, któremu przyszło pożegnać na łamach „Konia Polskiego” (nr 4/1988) swojego młodszego kolegę (do tego jeszcze wrócę). Wydłubać źrebakowi zalegającą smółkę z odbytu, czy zrobić zastrzyk dożylny z biovetalginy w przypadku pierwszych objawów kolki, to była dla niego bułka z masłem. W ogóle był w tych sprawach odważny, nie bał się podejmować decyzji. Także takiej, aby pozwolić mnie, czyli stażyście, robić zastrzyki dożylne, kiedy zobaczył, że się nie boję tego nauczyć.

A co do odwagi w podejmowaniu decyzji, to wiele mógłby opowiedzieć Andrzej Gniazdowski, który od 1972 roku sprawował weterynaryjną opiekę nad golejewskim stadem (w sumie przez 35 lat!). Jak wspominał doktor, wiele zawdzięczał Maciejowi Świdzińskiemu, który nie wahał się powierzać młodemu lekarzowi weterynarii poważnych czy nawet bardzo poważnych zadań. Jak choćby takich, jak w przypadku klaczy Artemida, której ogier Mehari przy kryciu „przebił się” jakimś dziwnym trafem do jamy ciała. Proszę sobie wyobrazić reakcję Macieja Świdzińskiego i Andrzeja Gniazdowskiego, kiedy dyżurny masztalerz przybiegł z alarmującym komunikatem, że klaczy „wypłynęły jelita”. Faktycznie, kiedy obaj panowie wpadli do stajni, zobaczyli, że jelita Artemidy walają się w ściółce. Niejeden wpadłby w panikę, albo podjął decyzję o natychmiastowym uśpieniu klaczy (pamiętajmy, że w latach 1970-tych nie było tylu klinik co dziś, gdzie można przeprowadzać tak skomplikowane operacje). Tymczasem Maciej Świdziński bez wahania zgodził się z doktorem, że trzeba spróbować ratować klacz w warunkach stajennych, a nuż się uda. Jelita zostały wymyte w soli fizjologicznej, włożone do jamy ciała, rana zaszyta, a klaczy podane antybiotyki. No i udało się. Rana się zagoiła, a Artemida urodziła jeszcze niejednego źrebaka.

Podobnie było z Konstelacją, jedną z najwybitniejszych klaczy wyhodowanych w Golejewku. Któregoś dnia wróciła z padoku z objawami kolki. Wezwany doktor Gniazdowski po badaniu rektalnym stwierdził, że sytuacja jest poważna – skręt jelit. Maciej Świdziński nie wahał się podjąć decyzji, aby klacz zawieźć do pobliskiego Rawicza, do kliniki weterynaryjnej, ale takiej zwykłej, tyle, że był tam stół, na którym można było uśpioną klacz położyć. No i z pomocą masztalerza, miejscowego lekarza weterynarii (nie koniarza, który pomagał tylko przy narkozie), Andrzej Gniazdowski, któremu asystował Maciej Świdziński operowali derbistkę. Klacz uratowali, a ona odwdzięczyła się jeszcze wieloma udanymi źrebakami.

Jak wyglądała droga życiowa Macieja Świdzińskiego, zanim trafił do Golejewka?

Urodził się 19 lutego 1930 roku w Łaziskach na Zamojszczyźnie. Po wojnie ukończył szkołę średnią w Lublinie, ale z powodów materialnych nie mógł sobie pozwolić na studia. Po zdaniu matury, jesienią 1949 roku, ówczesny dyrektor PSK Moszna, Zygmunt Skolimowski, przyjął go na stanowisko praktykanta hodowlanego, a następnie asystenta hodowcy. Asystował więc najpierw Jerzemu Jaworskiemu, bo to on był wówczas hodowcą w Mosznej, a od 1 lutego 1951 roku – Władysławowi Byszewskiemu, który z kolei był wcześniej hodowcą w Kozienicach. Z powodu pewnego incydentu, jaki miał miejsce w Mosznej, pułkownik Stanisław Arkuszewski, który kierował Państwowymi Zakładami Chowu Koni (była to czapka organizacyjna nad państwowymi stadninami koni i stadami ogierów), zadecydował, aby Jerzego Jaworskiego przenieść do Kozienic, a Władysława Byszewskiego – do Mosznej. De facto chodziło o ratowanie Jerzego Jaworskiego, który po wspomnianym incydencie z miejscowym autochtonem nie mógłby już dalej pracować w Mosznej. Tak na marginesie, to postać płka Stanisława Arkuszewskiego, przedwojennego tapicera i komunisty, a potem politruka w Samodzielnej Brygadzie Kawalerii, warta jest osobnego upamiętnienia, bo wielce się zasłużył dla powojennej hodowli, chroniąc wielu koniarzy-fachowców mimo ich „niewłaściwej (AK-owskiej, kawaleryjskiej) przeszłości”.

Ale wróćmy do Macieja Świdzińskiego. Przez 6 lat terminował jako asystent hodowlany w SK Moszna, z czego przez 5 lat Władysławowi Byszewskiemu. Obaj panowie się zaprzyjaźnili i choć po latach, uczeń przerósł mistrza, to kiedy pan Byszewski pisał wspomnienie pośmiertne o swoim koledze, a potem konkurencie zawodowym, napisał słowa, które warto przytoczyć:
. Kiedy po latach stanęliśmy na dwu przeciwstawnych biegunach, kiedy sukcesy jednego musiały być porażką drugiego i odwrotnie, to te porażki czy sukcesy nigdy nie zdołały zaćmić naszej przyjaźni i wzajemnego zaufania.

Pamiętam też, jak mi pan Byszewski opowiadał – nie bez pewnego rozbawienia – jak to w 1955 roku pożyczył Maciejowi Świdzińskiemu wałacha Argun xx, na którym zdobył on tytuł mistrza Polski w skokach przez przeszkody. Pikanterii tej sytuacji dodaje fakt, że Świdziński ograł wówczas swego starszego kolegę i pożyczkodawcę. Władysław Byszewski musiał się zadowolić tytułem wicemistrza Polski, chociaż dosiadał znakomitego Bessona, na którym rok wcześniej (i rok później, i w 1958 roku) zdobywał złote medale.

Jak wspominał pan Byszewski, Maciej Świdziński przejawiał duży talent do skoków przez przeszkody. Bardzo go cenił ówczesny trener, Karol Rómmel, jako „jeźdźca odznaczającego się dużym wyczuciem i umiejętnością właściwego oceniania odległości.” W 1956 roku Maciej Świdziński znalazł się w składzie polskiej ekipy, która po raz pierwszy wyjechała na CHIO do Akwizgranu. Rok później startował w Lipsku i ponownie w Akwizgranie. Niestety, komplikacje powypadkowe z kręgosłupem zakończyły jego czynny udział w sporcie jeździeckim.

Być może niemożność czynnego uprawiania sportu jeździeckiego powetował sobie po latach w nowej inicjatywie – powozowni, która istnieje w Golejewku od 1974 roku. Przy zielonym świetle Jerzego Jurgi, dyrektora SK Żołędnica, której to większej jednostce, gdzie hodowano także konie półkrwi, podlegała Stadnina Koni Golejewko, Maciej Świdziński zaczął zbierać powozy, karety, bryki, sanie i inne okazy. W sumie jest obecnie 30 pojazdów. Każdy ma tabliczkę informacyjną zawierającą dane, jaki to typ pojazdu, czas i miejsce produkcji oraz jego przeznaczenie. Obecnie jest to druga lub trzecie – po Łańcucie – kolekcja dawnych powozów w Polsce.
Jeśli chodzi o dalszą drogę zawodową Macieja Świdzińskjiego, to w 1955 roku został przeniesiony służbowo do PSK Strzegom, aby zorganizować oddział pełnej krwi w Żółkiewce, ale nie zagrzał tam długo miejsca. Zdecydował się przenieść do Zakładu Treningowego w Racocie. Pozostał tam do 1959 roku, kiedy to 1 lutego został przeniesiony do Golejewka na stanowisko kierownika stadniny.

Tak się złożyło, że tego samego dnia została zaangażowana do pracy w PSK Golejewko Maria Kinga Potocka, absolwentka Zootechniki we Wrocławiu, która miała za sobą kilkumiesięczny staż we francuskich stadninach koni pełnej krwi i była zakochana w tej rasie. Wspólna pasja połączyła ich i niebawem pobrali się. Tworzyli zgrany duet, on praktyk z dużym już doświadczeniem, ona bardziej skupiona na rodowodach i prądach krwi. Pan Maciej, nie bez jej pomocy i dopingu, ukończył Zootechnikę na poznańskiej uczelni i uzyskał dyplom inżyniera.

Jako małżeństwo mieli dwoje dzieci: dziewczynkę (Katarzyna) i chłopca (Jan). Pani Katarzyna, dziś Głuszek, kontynuuje rodzinne zainteresowania, prowadząc wraz z mężem Ośrodek Jeździecki Leśny Dwór. Pasją Jana Świdzińskiego są książki, historia, archiwistyka i rodowody koni pełnej krwi.

Niełatwo opisać 28 lat pracy Macieja Świdzińskiego w Golejewku. Streścić w dwóch zdaniach nie wypada, a opisać rzetelnie – na to należałoby poświęcić wiele, wiele stron. Ponieważ przy okazji nobilitowania Macieja Świdzińskiego do „Legend polskiego jeździectwa” na portalach Artura Bobera ukażą się też artykuły o golejewskiej stadninie (nota bene napisane m.in. przez Marię i Macieja Świdzińskich), tam zatem odsyłam Czytelników po szczegóły. Po wykazy nagród zdobytych przez golejewskie konie, po schematy rodzin żeńskich, po nazwy ogierów, które potem zasłużyły się jako reproduktory zarówno w pełnej, jak i w półkrwi, itp.

Ja przejdę do następnego etapu zawodowego życia Macieja Świdzińskiego. Od 1 stycznia 1988 roku, powodowany także względami osobistymi, podjął się zadania odtworzenia niegdyś sławnej stadniny koni pełnej krwi angielskiej w Krasnem. Stadniny, którą założył i przez wiele lat (jeszcze przed I wojną światową) kierował z sukcesami hrabia Ludwik Krasiński (wyhodował m.in. sławnego Rulera).

W tworzeniu, a właściwie w odtwarzaniu stadniny w Krasnem, wspierał go bardzo mocno Andrzej Zych, dyrektor PGR, jaki funkcjonował tam po wojnie. Obaj panowie z dużym zapałem i energią zabrali się za tworzenie warunków do tego, aby móc tam ponownie hodować folbluty. Maciej Świdziński w bardzo krótkim czasie zebrał 25 klaczy z różnych stadnin, wybierając głównie takie, których protoplastki wywodziły się z Krasnego. Niestety, nie było mu dane doczekać kolejnego (dla niego), a pierwszego (dla powojennego Krasnego) tytułu Derby, zdobytego w 1991 roku przez Kliwię – córkę og. Pyjama Hunt i wywodzącej się – a jakże – z Golejewka klaczy Knieja (po Dakota).

W niespełna pół roku po rozpoczęciu pracy w Krasnem, 14 lipca, uległ śmiertelnemu wypadkowi. Próbował powstrzymać grupę klaczy wracających z pastwiska, aby nie wpadły galopem do stajni. Stał przed stajnią z rękoma rozpostartymi na boki. Niestety, klacz biegnąca na czele nie wyhamował i potrąciła Macieja Świdzińskiego. A ten upadł tak nieszczęśliwie, że uderzył głową o bruk. Zwyczaj wyhamowywania biegnącego tabunu koni był stosowany przez lata w Golejewku. Ale tam konie go znały, widziały ludzi i spodziewały się takiego zakończenia galopu. Niestety, w Krasnem popełnił błąd, nie przewidział, że prowadzić grupę będzie niedowidząca klacz.

Zmarł nie odzyskawszy przytomności 19 lipca. Pochowany został na cmentarzu w Golejewku.

Władysław Byszewski we przytaczanym już wspomnieniu pośmiertnym tak m.in. scharakteryzował Macieja Świdzińskiego:
O dużej indywidualności, pozornie szorstki, nawet czasem robiący wrażenie aroganckiego, a w rzeczywistości o bardzo dobrym i wrażliwym sercu. /…/ W pracy niezwykle sumienny i punktualny. Wymagający od innych, ale jeszcze więcej od siebie. Umiejący jednak ocenić pracę innych. Szanowany i lubiany przez przełożonych, a bardzo lubiany przez podwładnych.

Co do dużych wymagań od podwładnych – sam tego doświadczyłem, ale faktycznie, jak się przekonał do kogoś, że się stara i czegoś się uczy, to jego stosunek – początkowo bardzo szorstki – zmieniał się. Ale wielu stażystów czy praktykantów, którzy się nie starali, albo bumelowali, wylatywali z hukiem ze stadniny, nawet, jak byli synami inspektorów hodowli czy dyrektorów innych stadnin.

Ze zdziwieniem zauważyłem jednak podczas stażu, że Maciejowi Świdzińskiemu nie w smak były sukcesy miejscowej sekcji jeździeckiej. Nie lubił (ze wzajemnością) prowadzącego tę sekcję Stefana Kumorka i z tego powodu nie wspierał jej tak, jak można by się spodziewać po byłym medaliście MP. Podłożem była zazdrość o sukcesy. W Golejewku sukcesy mogła mieć tylko jedna osoba – on. Był egocentryczny. Potrafił być nieprzyjemny czy nawet złośliwy – nie jest więc prawdą, że wszyscy podwładni go lubili. Ale wszyscy go szanowali i doceniali to, co robił dla hodowli koni.

Niewątpliwie pozostawił w życiu wielu osób, które z nim pracowały, mocny ślad. Do tego stopnia, że ostatnio w mniejszym lub większym gronie stażystów, praktykantów i pracowników spotykamy się co roku w Golejewku w rocznicę Jego śmierci.

Autor tekstu: Marek Szewczyk