Wpisy

Promotor Legendy:
_________________________________________________________________

Pogrom nicejski, czyli jak Polacy zdobyli pierwszy Puchar Narodów.

Wiosna 1925-go roku przyszła do Nicei wyjątkowo późno. Przez połowę kwietnia padał deszcz i dopiero 18-go nad Lazurowe Wybrzeże zawitała piękna pogoda. Od morza wiał spokojny, ciepły wiatr, a nad hipodromem „California” powiewały różnobarwne flagi: polska, francuska, portugalska, belgijska i czechosłowacka. Rozpoczynały się Międzynarodowe Wojskowe Konkursy Hippiczne.

To trzeci raz, kiedy kawalerzyści z orłami na czapkach mieli stanąć do rywalizacji z najlepszymi wojskowymi ekipami jeździeckimi w Europie. Już w poprzednich dwóch latach Polacy dali się poznać jako bardzo groźni konkurenci, zdobywając m.in. najważniejszą nagrodę indywidualną tutejszych konkursów – Wielką Nagrodę Miasta Nicei (Grand Prix de la Ville de Nice). Dokonał tego w 1924 roku porucznik Adam Królikiewicz na „Jaśku”. Nadal jednak nie mogli pochwalić się wygraną w konkursie drużynowym, nazywanym Pucharem Narodów. Był on szczególnie ważny, gdyż udowadniał jednolitą formę całej zwycięskiej reprezentacji i potwierdzał, że dotychczas odnoszone sukcesy indywidualne nie były przypadkowe. Podpułkownik Karol Rómmel, kierownik i instruktor drużyny polskiej, w udzielonym stołecznej prasie wywiadzie nie ukrywał, że w tym roku szczególnie zależy mu na zdobyciu właśnie tej prestiżowej nagrody.

Ale czy były na to szanse? Grupa Przygotowawcza Sportu Konnego, trenująca przed zawodami w Nicei i Londynie, została powołana dopiero na początku lutego 1925 roku. Naszym oficerom pozostało niewiele czasu – niecałe dwa miesiące – by przygotować siebie i swoje konie do rywalizacji z innymi narodami. Najgroźniejszymi przeciwnikami wydawali się być gospodarze, trenujący od przeszło pół roku. Ich reprezentacja nie tylko znała doskonale hipodrom, ale była również najliczniejsza (11 jeźdźców i 33 konie). Do najgłośniejszych nazwisk należeli z pewnością olimpijczycy: porucznik T. Carbon i por. P. Clavé. Obaj startowali na igrzyskach w Paryżu (1924 r.), a por. Carbon dodatkowo w Antwerpii (1920 r.).

Dużym sportowym doświadczeniem mogli wykazać się również Belgowie (5 oficerów i 15 koni). Najbardziej utytułowanym był wśród nich por. J. Missone, brązowy medalista olimpijski z Antwerpii (drużynowo), w Paryżu sklasyfikowany na trzynastym miejscu. Z kolei major G. Mesmeckers dał się już poznać nicejskiej publiczności w roku poprzednim, zdobywając w jednym z konkursów cenny puchar księżnej Sabaudzkiej.

Nieco skromniejszy zespół przysłali Portugalczycy – zaledwie 3 oficerów z sześcioma końmi, jednak i oni mogli okazać się poważnymi konkurentami w walce na francuskim hipodromie. Szczególnie wyróżniał się por. H. Martins, który podczas ostatnich igrzysk olimpijskich zdobył drużynowo brązowy medal, a indywidualne zajął dwunastą lokatę.

Jak na tym tle wypadała drużyna polska? Podobnie jak belgijska, liczyła 5 oficerów i 15 koni. Na jej czele stał wspomniany już podpułkownik Karol Rómmel, cieszący się sławą nie tylko znakomitego jeźdźca, ale również współtwórcy polskiej szkoły jazdy – systemu dosiadania konia, który umożliwił naszym jeźdźcom odniesienie wielu międzynarodowych sukcesów. Sam Rómmel pierwsze doświadczenia sportowe zdobywał jeszcze przed I wojną światową, jako oficer piechoty (!) w carskiej armii. W 1912 roku wystartował na Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie, gdzie za wspaniały przejazd otrzymał od króla Gustawa V kopię złotego medalu. Podczas paryskiej olimpiady wziął udział w dwóch konkurencjach: Wszechstronnym Konkursie Konia Wierzchowego i skokach przez przeszkody, zajmując odpowiednio dziesiąte i jedenaste miejsce. Francuzi ocenili jego styl jazdy jako nienaganny (fr. irréprochable).

W odrodzonej Polsce niejednokrotnie powoływano go na zawodnika, ale również instruktora, reprezentacji na międzynarodowe konkursy hippiczne.

Drugim filarem polskiego zespołu był rotmistrz. Adam Królikiewicz, genialny jeździecki samouk, uczestnik międzynarodowych konkursów hippicznych w Nicei, Rzymie i Lucernie, gdzie zdobył liczne nagrody. Jego największym sukcesem było jednak zdobycie dla Polski pierwszego medalu olimpijskiego podczas igrzysk w Paryżu. W parze ze słynnym „Picadorem” wywalczył wtedy brąz w skokach przez przeszkody.

Nieco skromniejsze doświadczenie na konkursach międzynarodowych miał porucznik Kazimierz Szosland, który co prawda w Nicei jeszcze nie startował, ale dał się już poznać jako bardzo dobry jeździec podczas zawodów w Lucernie.

Szczególnie udanym był dla niego konkurs Prix des Hôtels de Lucerne, w którym nie tylko zwyciężył, ale także zajął dodatkowo trzecie i osiemnaste miejsce. Na olimpiadzie, podobnie jak Rómmel, reprezentował kraj w dwóch konkurencjach. W WKKW zajął dwudziestą trzecią lokatę wśród przeszło czterdziestu zawodników, nieco gorzej poszło mu natomiast w skokach, gdzie na trudnym „Jacku” wywalczył trzydzieste drugie miejsce.

Oprócz tych głośnych w jeździeckim świecie nazwisk, w reprezentacji znaleźli się też dwaj oficerowie, dopiero debiutujący na zawodach rangi europejskiej. Pierwszym z nich był porucznik Władysław Zgorzelski, aktualny triumfator Zawodów Konnych o Mistrzostwo Wojsk Polskich („Militari”). Drugim – rotmistrz Henryk Dobrzański, późniejszy legendarny major Hubal, który do historii przeszedł jako dowódca Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego i bohater II wojny światowej. Jednak przed jej wybuchem jego nazwisko kojarzone było przede wszystkim ze wspaniałymi wyczynami jeździeckimi. Do najgłośniejszych należało zdobycie nagrody specjalnej, przyznanej poza regulaminem, podczas „Horse Show” w Londynie (czerwiec 1925 r.). Rotmistrz jako jedyny spośród startujących dwukrotnie przebył bez błędu bardzo trudny tor przeszkód. Widownia nagrodziła go wówczas gorącą owacją, a organizatorzy – złotą papierośnicą z pamiątkową dedykacją. Dobrzański świetnie radził sobie zresztą nie tylko na hipodromie, ale również na torze wyścigowym. Dość wspomnieć, że podczas wyścigów we Lwowie w lipcu 1924 r. jednego dnia wygrał trzy (!) spośród czterech rozgrywanych gonitw. Wymagało to nieprzeciętnej kondycji fizycznej i znakomitego wyczucia dosiadanych wierzchowców.

Udane występy polskich jeźdźców z lat ubiegłych sprawiły, że jeszcze przed rozpoczęciem zawodów uważano ich za groźnych rywali. Jednak nawet oni sami, defilując przed trybuną honorową w dniu rozpoczęcia zawodów, nie spodziewali się, jak wspaniały sukces odniosą.

Z początku wydawało się, że szczęście sprzyja Francuzom. W rozegranym tego samego dnia konkursie o nagrodę Wielkich Hoteli Nicejskich zdobyli pierwsze trzy miejsca i dopiero czwarta lokata przypadła rtm. Dobrzańskiemu na młodym, niedoświadczonym „Lumpie”. Dobra passa gospodarzy skończyła się jednak bardzo szybko i już nazajutrz nagrody zaczęły trafiać w polskie ręce. W konkursie o wędrowny puchar księżnej Sabaudzkiej w pięknym stylu zwyciężył rtm. Królikiewicz na „Picadorze” i „Cezarze”. Pułkownik Rómmel ze swoimi końmi był siódmy, a rtm. Dobrzański – jedenasty, choć po pierwszym nawrocie zajmował bardzo dobrą, drugą pozycję. Kilka dni później rotmistrz Królikiewicz ponownie okazał się najlepszy, wygrywając konkurs Siły i Zręczności (Puissance et Adresse) o nagrodę Victorii.

Była to konkurencja o szczególnie wysokich i szerokich przeszkodach, w dodatku ustawionych na okręgu. Wymagało to od konia nie tylko znacznej siły skoku, ale również zwrotności i elastyczności. Tym bardziej na podkreślenie zasługuje fakt, że wszyscy polscy oficerowie, biorący udział w tym konkursie, zostali nagrodzeni. Tego samego dnia w konkursie potęgi skoku pułkownik Rómmel na „Rewcliffie” zajął drugie miejsce. Jeden z największych polskich triumfów miał miejsce w czasie konkursu o nagrodę Monaco, sprawdzającego posłuszeństwo, odwagę i zwrotność konia. Jeźdźcy musieli pokonać w jak najkrótszym czasie takie niecodzienne przeszkody jak labirynt czy mostek nad sztuczną rzeką. Ze względu na ilość dotąd wygranych sum pieniężnych konkurs podzielony był na dwie serie. Pierwszą zwyciężył rtm. Dobrzański na „Qui Vive”, który przejechał parkur bezbłędnie i w rekordowym czasie, a zaraz za nim uplasował się por. Zgorzelski na „Jaskrawym”. W drugiej serii absolutnym triumfatorem okazał się rtm. Królikiewicz, który zajął pierwszą, trzecią i czwartą lokatę. Królikiewicz okazał się zresztą najlepszym jeźdźcem nie tylko polskiej drużyny, ale całych zawodów, co potwierdził zdobywając ponownie Wielką Nagrodę Miasta Nicei. Tym samym stał się pierwszym w historii, który dokonał tej sztuki więcej niż raz.

Wobec tych wszystkich odniesionych sukcesów trudno się dziwić słowom pułkownika Władysława Andersa, szefa polskiej ekipy i naszego przedstawiciela w jury zawodów. W swoim meldunku dla ministra spraw wojskowych pisał:

Już w połowie konkursów traktowano nas jako najlepszą ekipę i do końca ich niejednokrotnie dopytywano się mnie o sposobach trenowania koni, o metodach ćwiczenia jeźdźców i szkoleniu naszej kawalerii.

Starano się podpatrzeć przede wszystkim styl jazdy Polaków, który pozwalał im maksymalnie wykorzystać skromne możliwości swoich koni, znacznie ustępujących klasą wierzchowcom francuskim czy portugalskim.

Zawody powoli dobiegały końca. Ostatni dzień wypadał we wtorek, 28 kwietnia, kiedy rozegrany miał zostać Puchar Narodów. Brały w nim udział reprezentacje złożone z czterech jeźdźców. Każdy z nich musiał dwukrotnie pokonać tor przeszkód, a o wyniku zespołu decydowała suma punktów karnych uzyskanych w poszczególnych nawrotach. Jeżeli w drugim nawrocie na czoło wysunęła się inna drużyna niż w pierwszym, o zwycięstwie musiała przesądzić rozgrywka. Puchar Narodów stawał się własnością danej reprezentacji dopiero po trzykrotnym zdobyciu.

Do rywalizacji przystąpiły cztery ekipy: francuska, belgijska, portugalska i polska. W składzie tej ostatniej znaleźli się pułkownik Rómmel, rotmistrz Dobrzański, rotmistrz Królikiewicz oraz porucznik Szosland. Przed omówieniem warunków i przebiegu tej emocjonującej konkurencji warto jeszcze na chwilę zatrzymać się przy końskich partnerach, jakich wybrali do niej nasi oficerowie. Wszak sukces w jeździectwie leży tak samo w rękach jeźdźca, jak i końskich kopytach. Pułkownik startować miał na irlandzkiej hodowli „Rewcliffie”, który wśród polskich skoczków wyróżniał się imponującą budową i siłą skoku. Zagraniczne pochodzenie miała również dosiadana przez rtm. Dobrzańskiego „Mumm Extra Dry”. Ta jasnokasztanowata klacz została nabyta przez pułkownika Rómmla w Anglii na początku lat dwudziestych. Jej nowy właściciel wiązał z nią duże nadzieje,
zamierzając przygotować ją do kolejnych igrzysk olimpijskich w Amsterdamie. Odznaczała się spokojnym charakterem i dużą siłą skoku, co udowodniła zajmując ex aequo czwarte miejsce w nicejskim konkursie potęgi skoku. Rotmistrz Królikiewicz zdecydował się pojechać na swoim fenomenalnym „Picadorze”, który cieszył się w Nicei sławą znakomitego skoczka i zdobywcy brązowego medalu olimpijskiego. Podczas kończących się właśnie konkursów para ta do długiej listy wspólnych sukcesów dopisała kolejny – wygraną w Wielkiej Nagrodzie Miasta Nicei. Na czas Pucharu Narodów rotmistrz Królikiewicz udostępnił drugiego ze swoich koni, „Cezara”, porucznikowi Szoslandowi. Chociaż wałach dopiero po raz pierwszy startował w konkursach zagranicznych, radził sobie bardzo dobrze na trudnym francuskim hipodromie, zajmując jedną pierwsza, jedną trzecią i jedną czwartą lokatę.

Parkur, stosownie do rangi konkursu, nie był łatwy, a wśród jedenastu przeszkód najmocniej wyróżniał się doublebarre wysoki na 160 cm i „niezwykle szeroki” rów z wodą. Mimo to Polakom bardzo szybko udało się zdobyć przewagę nad pozostałymi zespołami. Nie znane są, niestety, rezultaty poszczególnych jeźdźców, jednak kawalerzyści pułkownika Rómmla zakończyli pierwszy nawrót mając zaledwie 21,2 punktów karnych. Nieco tylko gorzej poszło Francuzom – 23,6 punktów, natomiast wyniki drużyny portugalskiej i belgijskiej przekroczyły trzydzieści punktów.

Niestety, Polacy wciąż jeszcze nie mogli być pewni zwycięstwa. W drugim nawrocie popełnili więcej błędów, a uzyskane w ten sposób 30,0 punktów zepchnęło ich na trzecią lokatę. Na czoło, z imponującym rezultatem 12,4 punktów, wysunęli się Portugalczycy. Zgodnie z regulaminem, o wygranej miała więc zadecydować rozgrywka. Trudno dziś wyobrazić sobie napięcie towarzyszące wówczas umundurowanym zawodnikom. Dla obu drużyn zwyciężyć oznaczało zapisać się złotymi zgłoskami w historii rodzimego jeździectwa. Triumf w nicejskim Pucharze Narodów to wielki prestiż, ale tak w przypadku Polski, jak i Portugalii, dochodził czynnik dodatkowy – byłaby to pierwsza wygrana w tym turnieju. Jeźdźcy robili więc co mogli, by przezwyciężyć zmęczenie i wywalczyć zwycięstwo. Ostatecznie szala przechyliła się na naszą stronę i punktacja w rozgrywce wyglądała następująco: Polska – 23,7 punktu, Portugalia – 30,1. Puchar na rok stał się własnością polskiego Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Wiosna 1925 roku przyniosła więc naszym kawalerzystom w Nicei triumf na niespotykaną dotąd skalę. Nigdy wcześniej jedna drużyna nie zdobyła tak miażdżącej przewagi nad pozostałymi. Był to właściwie prawdziwy sportowy pogrom. Pięciu polskich jeźdźców zdobyło łącznie zawrotną sumę 22 700 franków – o pięćdziesiąt więcej niż jedenastu Francuzów. Co więcej, wygrali wszystkie najważniejsze konkursy – Puchar Narodów, Wielką Nagrodę Miasta Nicei, puchar księżnej Sabaudzkiej, obie serie konkursu o Nagrodę Monaco oraz drugą serię konkursu o Nagrodę Victorii. Łącznie zajęli siedem pierwszych, trzy drugie oraz cztery trzecie miejsca, nie wspominając już o trzydziestu czterech dalszych lokatach. Rotmistrz Królikiewicz został uznany najlepszym jeźdźcem turnieju i wyróżniony specjalną nagrodą ufundowaną przez szwedzkiego posła M. Eliarsona. Sukcesy te były tym większe, że odniesione po zaledwie dwóch miesiącach przygotowań, w dodatku na koniach znacznie ustępujących klasą zagranicznym. Ich odniesienie było możliwe tylko dzięki doskonałemu stylowi jazdy i ogromnemu talentowi polskich oficerów.

Autor: Ewa Pawlus, portal „Tropem Hubala”

Kliknij poniższe linki, aby przejść do powiązanych materiałów w Polskiej Cyfrowej Bibliotece Jeździeckiej:

„Konkursy w Nicei” (1925) – Redakcja czasopisma Jeździec i Hodowca

Promotor Legendy:

xo [POL/HUN] (NN) (wałach) ur. 1905

Pan Hordyński z okolic Tarnobrzega na zawodach w Piotrkowie Trybunalskim w 1922 roku, rozpoznał go jako konia Mantel (potem Jasiek), wziętego do wojska w 1909, miał w czasie tych zawodów 17 lat.

Tak Adam Królikiewicz opisuje Jaśka w swojej książce pt. „Od Nicei do Nowego Yorku”.

(…) Ten mały, niepozorny koń, będący u szczytu swojej formy jest już właściwie starcem. Mając ukończone 18 lat, zdobywa się na wyczyn wprost nieprawdopodobny. (…) W niesłychanie trudnych warunkach atmosferycznych, bije Jasiek sto kilkadziesiąt wspaniałych koni Europy, zdobywając Wielką Nagrodę Miasta Nicei- Grand Prix de la Ville de Nice. W obecności i towarzystwie gen. Władysława Sikorskiego, będącego honorowym gościem na zawodach nicejskich, mer miasta dekoruje Jaśka zwycięską wstęgą, wręczając jego jeźdźcowi wspaniałe trofeum: puchar przechodni dla polskiego Ministerstwa Spraw Wojskowych. (…)

Więcej o Jaśku można przeczytać w artykule Adama Królikiewicza, który ukazał się w czasopiśmie Przekrój nr. 669 (05/1958) s. 5-8,22.


Nicea 1923. Porucznik Królikiewicz skacze na Jaśku w konkursie o Prix de Monaco

Jasiek

Promotor Legendy: Wowa Brodecki
_________________________________________________________________

Krakowski Klub Jazdy Konnej
ul. Kobierzyńska 175a, 30-382 Kraków
Data założenia: 1932

Krakowski Klub Jazdy Konnej tradycjami sięga XIX wieku. Wtedy, 18 maja 1893 r., C.K. namiestnictwo austriackie decyzją nr L: 56937 zatwierdziło założenia, statut i skład zarządu Galicyjskiego Klubu Jazdy Panów. Powstał on w ramach założonego wcześniej Towarzystwa Międzynarodowych Wyścigów Konnych w Krakowie.

W marcu 1930 roku dowódcą V Samodzielnej Brygady Kawalerii w Krakowie został płk Zygmunt Piasecki /legionista, oficer 1. Pułku Ułanów Beliny Prażmowskiego, d-ca 7. Pułku Ułanów, późniejszy generał brygady Wojska Polskiego/, który wraz z płk Kazimierzem Mastalerzem /płk kawalerii, d-ca 8. p.uł./ zainicjował reaktywację klubu pod nazwą – Krakowski Klub Jazdy Konnej.

Impulsem do reaktywacji klubu mogły być rozegrane w 1932 roku w Krakowie Militari Wojska Polskiego. Były to zawody o Mistrzostwo Armii, a więc bardzo poważna impreza jeździecka. Gospodarzem zawodów był 8. Pułk Ułanów. Udział wzięły reprezentacje wszystkich jednostek Kawalerii, czyli 11 ekip. Zwyciężył 3. p.s.k.

Konkurencja sprawdzająca wytrzymałość koni, czyli bieg przełajowy z odcinkami crossu oraz próba władania bronią białą i palną /szablą, lancą i pistoletem/ odbyły się na polach rakowickich /teren ćwiczebny 8. p.uł./. Natomiast ujeżdżenie i skoki przez przeszkody na stadionie wojskowym. Krakowska ekipa była reprezentowana przez 3. i 8. p.uł. W skład ekipy wchodzili znani jeźdźcy jak Antoni Żelewski czy Tadeusz Tetmajer.

Inspirującą atmosferę do reaktywacji klubu spowodowały też przygotowania do obchodów 250-lecia Odsieczy Wiedeńskiej, mające odbyć się rok później.

12 września 1933 roku mijała 250 rocznica odsieczy wiedeńskiej, dla uczczenia tego triumfu jazdy polskiej pod wodzą króla Jana III Sobieskiego marszałek – Józef Piłsudski wydał rozkaz, by w Krakowie zorganizowano Święto Kawalerii Polskiej. Wielka Rewia Kawalerii odbyła się 6 października 1933 roku. Zgodnie z dyspozycją marszałka w uroczystości wzięło udział 12 pułków kawalerii. Po kilku dniach marszu dotarły one do podkrakowskich wsi, gdzie kwaterowały. Wszystkie pułki miały identyczny skład, po 305 ludzi i 317 koni. 6 października, w wyznaczonych godzinach, pułki ruszyły na Rynek krakowski. Tam wszystkie skrzyżowały się i powędrowały na „wielką łąkę”.

Opracowanie na bazie pracy naukowej: Działalność Krakowskiego Klubu Jazdy Konnej do 2015 roku, Pani Anny Pacuń-Genowskiej.

Kliknij poniższe linki, aby przejść do powiązanych materiałów w Polskiej Cyfrowej Bibliotece Jeździeckiej:

„Działalność Krakowskiego Klubu Jazdy Konnej do 2015 roku” (2015) – Anna Pacuń-Genowska

Promotor Legendy:

[USA] (NN) (wałach) ur. 1909

Koń, na którym rtm. Adam Królikiewicz zdobył pierwszy dla Polski, brązowy medal na IO w Paryżu w 1924 r.

Picador pochodził z demobilu amerykańskiego i w polskim wojsku służył w taborach. Tam go wypatrzył Adam Królikiewicz, który wówczas podpatrywał treningi grupy sportowej prowadzonej przez Karola Rómmla, by potem powtarzać te ćwiczenia na Picadorze.

Para Królikiewicz / Picador zdobyła Wielką Nagrodę Lucerny 1924, WN Nicei 1925 i WN Rzymu 1926.

Więcej o Picadorze można przeczytać w artykule Adama Królikiewicza, który ukazał się w czasopiśmie Przekrój nr. 692 (28/1958) s. 16-18.

Patron Honorowy: Bogdan Klich

Mecenas:

Opiekun: Cezary Harasimowicz / KKJ Kraków

Pierwszy polski medalista olimpijski – brązowy medal, Igrzyska Olimpijskie Paryż 1924 (koń Picador) .

Urodzony 9 grudnia 1894 w Lwowie. Zmarł 4 maja 1966 w Konstancinie.

Kawaler orderu wojennego Virtuti Militari. Dwukrotnie odznaczany krzyżem walecznych. Medal za wojnę 1918-1921. Gwiazda Rumunii, Korona d`Italia, Krzyż Królewski – Szwecja, Legia Honorowa – Francja. Jego koniem w 1. Pułku Szwoleżerów był Jasiek, na którym zdobył puchar w konkursie Grand Prix de la Ville de Nice, 1924. W 1926 roku, w Mediolanie na koniu Unigeno, pokonał wysokość 2,20. Uczestnik reprezentacji, która wygrała dla Polski pierwszy Puchar Narodów, Nicea 1925.

Żonaty z Tomisławą Lilienstern (1901–1994). Córka Krystyna (1921–2017), wnuk – Cezary Harasimowicz (autor historii rodzinnej „Saga czyli filiżanka, której nie ma”).

Zmarł wskutek obrażeń odniesionych po upadku z konia na planie filmu Andrzeja Wajdy „Popioły”, (Daniel Olbrychski wspominał o tym w swojej książce „Anioły wokół głowy”). Został pochowany w grobowcu rodzinnym na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie.


Zapraszamy do przeczytania wspomnień Witolda Domańskiego o rtm. Adamie Królkiewiczu:

Trybuny nicejskiego hipodromu, gromadzącego co roku śmietankę europejskiego jeździectwa, były w 1925 r. wypełnione jak zwykle po brzegi. W najwaźniejszym dniu zawodów, w którym obywała się rozgrywka o Grand Prix de la Ville de Nice walczyli o palmę pierwszeństwa jeźdźcy włoscy, francuscy, belgijscy, szwajcarscy i polscy. Belg de Brabanderc na swym wspaniałym Periscope i rotmistrz Adam Królikiewicz na Cezarze uzyskali wyniki jedmakowe i mieli przeprowadzić dodatkową rozgrywkę o puchar przechodni miasta Nicei, chyba że …

Na ostatniej pozycji programu tego konkursu zapisany był słynny Picador. Koń ten wsławiony na Olimpiadzie w Paryżu i na wszystkich niemal hipodromach świata, zwycięzca niezliczonej ilości konkursów, musiał dawać swym przeciwnikom handicap. To też po raz piąty podniesiono przeszkody o 10 cm, a rów z wodą, który na początku konkursu miał 4 metry szerokości doszedł już do 5 metrów. Miejscowy dziennik „L’Eclaireur de Nice” tak pisał o tym pasjonującym przebiegu:

„Piąty handicap. Rów poszerzony o 100 cm, przeszkody podwyższone; parcours staje się bardzo poważny. Tylko jeden koń ma go zaatakować: To Picador, zwycięzca zeszłorocznego konkursu Monaco! Prowadzi go najlepsza „szpicruta” starego kontynentu — rotmistrz Królikiewicz. Czy pełen blasku jeździec zdoła go przebyć? Oto z cudowną łatwością Picador przechodzi po kolei wszystkie przeszkody. Przed trybuną sędziowską jest płot. Przeszkoda rzuca cień. Zmylony tym Picador strąca poprzeczkę. Ale dalej kończy bez błędu fruwając ponad drągami, rowami i ban-kietami, Rozlega się burza oklasków, a biało-czerwona flaga wznosi się na maszt. Gdyby nie ten cień, parcours byłby na pewno bez błędu. Rotmistrz Królikiewicz zdobywa nagrodę Nicei po raz drugi”.

Gdyby ktoś, zadał sobie trud, aby udać się śladami wielkiego asa polskiego jeździectwa i poszperał w pożółkłych rocznikach pism Warszawy, Paryża, Berlina, Londynu, Nowego Jorku, Rzymu, Lucerny, Nicei, Neapolu i wielu wielu innych miast świata, znalazłby mnóstwo podobnych wzmianek o Królikiewiczu.

Adam Królikiewicz urodził się w 1895 r. we Lwowie. Po maturze udał się na politechnikę do Saksonii. Czy student elektrotechniki marzył wtedy o sukcesach sportowych. Chyba nie. Ale rozszalała się zawierucha wojenna niosąc nadzieję odzyskania przez Polskę niepodległości. Królikiewicz nie mógł więc spokojnie studiować i na zew ojczyzny zaciągnął się do wojska. Losy rzuciły go do kawalerii i tam wyrosła największa Jego miłość — miłość, która przetrwała najcięższe próby i która potem miała być powodem Jego przedwczesnego zgonu — miłość do konia.

Skoro tylko ucichły wojenne surmy, porucznik I Pułku Szwoleżerów w Warszawie poświęcał cały wolny od służby czas sportowi konnemu. Pierwsze sukcesy odnosił na Jaśku, który wprowadził Go na sportowe łamy gazet włoskich i francuskich, ale Jego wielkim koniem miał być Picador. On mu przyniósł olimpijski medal, on uczynił Go „najlepszą szpicrutą starego kontynentu”. Picador, ex Maciek, pochodzący z prerii Stanów Zjednoczonych nie bardzo chciał po wojennych trudach skakać przez przeszkody. I może nic by z niego nie było, gdyby nie trafił na jeźdźca z takim charakterem. Nasz pierwszy zdobywca medalu olimpijskiego nie uginał się przed przeciwnościami, ale uparcie dążył do celu. Taka postawa życiowa pozwoliła mu na osiągnięcie szczytów sportowej kariery. Podbudował ją potem poważnie ukończeniem kursów w słynnych włoskich szkołach jeździeckich Pinerolo i Tor di Quinto (1934), co dało Mu czołową pozycję w świecie instruktorskim naszego przedwojennego jeździectwa i wyniosło na wysokie stanowisko szefa ekwitacji (1935).

Lata okupacji spędził w kraju, a kiedy po II wojnie światowej zaczęły się tworzyć pierwsze zalążki sportu konnego, nie brakło Go wśród ich organizatorów. W czasie pierwszego po wojnie wyjazdu Polaków na zawody do Rzymu (1957) był trenerem ekipy. Spotkał tam wielu swych przyjaciół ze wspólnych kursów we Włoszech i ze startów na zawodach. Najbliższym jednak jego sercu był płk. Leąuio, konkurent z paryskiej Olimpiady, zdobywca srebrnego medalu, który faktycznie należał się Królikiewiczowi, jako że Włoch zsunął się w czasie konkursu ze swego konia Trebecco, a na grzbiet dostał się następnie z pomocą przygodnego fotografa. Obca pomoc równała się dyskwalifikacji, z czego sędziowie nie skorzystali.

Choć fakt ten mógł być powodem dysharmonii między obu jeźdźcami, stało się jednak przeciwnie. Prawdziwi sportowcy polubili się i nawet nieraz startowali wspólnie w konkursach parami.

I oto przyszedł wreszcie nieszczęsny dzień 1 grudnia 1964 r. Przy nakręcaniu filmu „Popioły” Adam Królikiewicz, tym razem znów jako szwoleżer, spadł z konia w czasie szarży i doznał kontuzji, z której jak się potem okazało nie miał już się nigdy wyleczyć. Silny organizm i twardy charakter nieustępliwego żołnierza-sportowca walczył przez półtora roku z ciężką chorobą. Pod koniec 1965 r. przyszła do szpitala w Konstancinie przykra wiadomość— Leąuio nie żyje. W pół roku potem 4 maja 1966 r. w wieku zaledwie 71 lat przerwane zostało również życie Adama Królikiewicza. Było to w wigilię festiwalowej premiery „Popiołów” w Cannes.

Na cichym krakowskim cmentarzu Salvador złożono ciało tego „cavaliere perfetto” jak mówili o nim Włosi, a na miejsce wiecznego spoczynku odprowadzili Go koledzy i uczniowie w czerwonych frakach — no i oczywiście koń.

Autror: Witold Domański

Licencja udzielona przez spadkobierców Pana Witolda Domańskiego, dla BoberTeam, na potrzeby projektu Legendy Polskiego Jeździectwa. Prawa zastrzeżone.

Kliknij poniższe linki, aby przejść do powiązanych materiałów w Polskiej Cyfrowej Bibliotece Jeździeckiej:

„Olimpijska Szarża” (1992) – Adam Królikiewicz

„Jasiek, Picador i Ja” (1958) – Adam Królikiewicz

„Od Nicei do Nowego Yorku” (1927) – Adam Królikiewicz

„Jeździec i koń w terenie i skoku” (1958) – Adam Królikiewicz

„Honorowa Odznaka Jeździecka” (1936) – Redakcja czasopisma Jeździec i Hodowca

Adam Królikiewicz na Picadorze