Wpisy

Promotor Legendy:

80 lat temu wybuchła II wojna światowa. Wraz z nią zaczęła się tragedia polskich stadnin w tym jednej z najsłynniejszych i najlepszych na świecie SK Janów Podlaski.

Przeczytajcie ciekawą relację opowiadającą o wydarzeniach w okresie 1939-1944, Pana Marka Treli („Araby” nr. 9 1/2008) oraz opracowanie niemieckiego historyka – Brandtsa Ehrenfrieda pochodzące z książki pt.: „Z Końmi Między Frontami”.

Licencja udzielona przez Marka Treli oraz Ehrenfrieda Brandtsa, na potrzeby projektu Legendy Polskiego Jeździectwa i Konie Wojny.

Autor: Ignacy Jaworowski
Ilość stron: 1,5

Licencja udzielona przez rodzinę Pana Ignacego Jaworowskiego dla BoberTeam, na potrzeby projektu Legendy Polskiego Jeździectwa


Andrzej Krzyształowicz to cała epoka Stadniny Janów Podlaski, a także hodowli koni czystej krwi arabskiej w Polsce. Doskonały eksterierzysta, zamiłowany hodowca związany ze Stadniną Koni w Janowie Podlaskim od czasów przedwojennych, podczas wojny i okupacji, ewakuacji do Niemiec, pobytu tam , powrotu do Polski. Po krótkim pobycie w Posadowię i Białce oraz powrotu do Janowa, by do czasu przejścia na emeryturę związać swe losy z Janowem do końca swoich dni. Był przy tym człowiekiem inteligentnym, towarzyskim, bardzo łubianym, koleżeńskim, o nieposzlakowanej uczciwości.

Pierwszy kontakt z mgr. Andrzejem Krzyształowiczem miałem w 1984 r. podczas krótkiej wizyty w SK Posadowo, wraz z dyr. SK Racot lek. wet. Stanisławem Kurowskim. Utkwił mi w pamięci będący w stosunkowo młodym wieku, o ujmującej osobowości kierownik Stadniny Krzyształowicz, który z dumą prezentował czołowe ogiery. Zapamiętałem czystej krwi arabskiej dużej urody ogiery: Witraż, Wielki Szlem, Amurath Sahib oraz półkrwi arabskiej też bardzo typowe Waćpan, Diapazon, Shagya.

Do bliższego kontaktu i współpracy doszło po otrzymaniu od 1.04.1950 r. służbowego przeniesienia mnie ze stanowiska asystenta w SK Racot na stanowisko zastępcy kierownika Stadniny Janowskiej przebywającej po powrocie z Niemiec w Posadowię.

Żal mi było opuszczać Racot po przeszło dwuletnim pobycie, zżyłem się z ludźmi, ale atrakcją w Posadowię było poznanie innej rasy koni o wybitnie orientalnym typie. Koni czystej krwi arabskiej w Posadowię już nie było. Zostały przeniesione do nowo zorganizowanych stadnin arabskich w Albigowej, Nowym Dworze i Klemensowie. Pozostała grupa około 40 klaczy półkrwi janowskich arabów i angloarabów oraz staw ka trzydziestu paru klaczy ze Stadniny Babolna (Węgry) i z Węgier, które Zarząd Polskich Stadnin w Niemczech wymienił na inne konie. Klacze z Węgier były bardzo urodziwe, niejednokrotnie przewyższające typem, jakością tkanki naw et konie czystej krwi arabskiej. Najbardziej podobały mi się córki ogiera Gazal II i liczniejsze niewiele im ustępujące klacze po ogierach Shagya. Najmniej liczną ale roślejszą i nie tak typową stawkę stanowiły 3 córki ogiera Jussuf IV. Stadnina p rosperowała bardzo dobrze, konie były w św ietnej kondycji i pielęgnacji prezentując się znakomicie, co było oczywistą zasługą kierownika Stadniny A.

Krzyształowicza. Współpraca z moim bezpośrednim szefem inż. A. Krzyształowiczem układała się bardzo dobrze. Posiadał dużą wiedzę, znajomość koni, ich eksterieru i rodowodów. Był człowiekiem taktownym, koleżeńskim o dużym uroku osobistym, bardzo pracowitym, dokładnym, zorganizowanym, ale wymagającym. Cenił oddanie zawodowi.

Reasumując był doskonałym zwierzchnikiem, od którego można się było wiele nauczyć. Cieszył się dużym autorytetem wśród masztalerzy, którymi dowodził doskonały koniuszy janowski Witalis Bielecki.

Czekało nas w najbliższej przyszłości poważne zadanie. Był kwiecień, a stanówka jeszcze niezaczęta. Podejrzenie anemii zakaźnej eliminowało krycie naturalne. Sprowadzono więc z SO Białka ogiera półkrwi arabskiej Rycerzyk po 177 Amurath – Shagya I, stawiając go w sąsiednim gospodarstwie.

Po krótkim przeszkoleniu nas przez dr Jaśkowskiego z Bydgoszczy przystąpiliśmy do inseminacji stada. Była to pionierska robota, pierwsza na taką skalę inseminacja świeżym nasieniem koni w Polsce. Odważna i odpowiedzialna decyzja A. Krzyształowicza. Po rannej próbie klaczy siadałem na konia, pobierałem nasienie od Rycerzyka stojącego na folwarku, dzieliłem na odpowiednią ilość porcji i wracałem do Posadowa. Krzyształowicz, który odpowiedzialną pracę wołał wykonywać sam, inseminował klacze. Po 2 miesiącach zakończyliśmy tę pracę uzyskując 72% źrebności. Jak na pierwszą tego rodzaju akcję i krótki okres inseminacji był to wynik co najmniej zadowalający.

Nadszedł okres żniw, wytężonej pracy w rolnictwie, a w owym czasie nie było mechanizacji, kombajnów, a mimo tego wszystkie prace w agrotechnice były w porę wykonane. Wychodząc naprzeciw potrzebom gospodarstwa oddelegował kierownik Krzyształowicz kilku masztalerzy do brygady polowej. By zaś nie cierpiała pielęgnacja koni, sam na czele pracowników nadzoru wziął szczotkę i zgrzebło do ręki. Karmiliśmy i czyściliśmy konie od 6 do 8 rano przez kilkanaście dni. Charakteryzuje to inż. Krzyształowicza, który nie stronił od pracy fizycznej, swoim przykładem pociągał innych, a zyskiwały na tym konie i gospodarstwo Stadniny.

Następna akcja, jaka nas czekała, to powrót do macierzystej Stadniny. Inż. Krzyształowicz pojechał do Janowa, sprawdził stan odbudowanych stajen, przygotował ludzi. W końcu października załadowaliśmy stadninę do dwudziestu paru wagonów i pojechaliśmy do Białej Podlaskiej. Jechałem w tym transporcie. Krzyształowicz niespokojny o nasze losy odszukał nas na dworcu w Warszawie Wschodniej, sprawdził każdy wagon, poratował finansowo, gdyż w tym czasie nastąpiła wymiana pieniędzy i nie mogliśmy za starą gotówkę nic kupić. W Białej Podlaskiej oczekiwał nas wraz z ludźmi na rozładunek koni, by z Białej do Janowa marszem pieszym (około 20 km) przeprowadzić konie. Ogier Waćpan po kilkuletniej tułaczce rżeniem powitał dawne miejsce pobytu sprzed mniej więcej sześciu lat w stajni czołowej.
Transport ten był dla starych masztalerzy wzruszającym przeżyciem związanym z powrotem koni. Także osoba Krzyształowicza uosabiała nawrót do ładu, porządku, starych tradycji, stabilność i perspektywę trwałej pracy przy koniach w ulubionym zawodzie.

Do grudnia 1951 r., a więc przeszło rok gospodarowaliśmy razem. Był to okres odbudowy, organizacji, grodzenia pastwisk, zagospodarowywania oddziałów młodzieży w Pożarach i Pieczyskach.

W dniu 1 marca 1951 r. inż. A. Krzyształowicz otrzymuje nominację na zastępcę dyrektora SK Janów Podlaski, a ja z tą samą datą na kierownika Stadniny. Praktycznie nic to nie zmieniało. Pracowaliśmy jak do tej pory. Moim szefem był jak zawsze Krzyształowicz. Dołączył też do nas inż. Czesław Sikora, dawny praktykant z Posadowa, zamiłowany i zaangażowany młody człowiek – był nam bardzo pomocny.

W końcu grudnia inż. Krzyształowicz dostaje awans na inspektora hodowli koni z siedzibą w Białce. 18 grudnia 1951 r. otrzymuję przeniesienie i awans na zastępcę dyrektora SK Klemensów i kierownika Stadniny w Michałowie (Klemensów).

Kontakt z Krzyształowiczem trwał nadal. Najpierw z Klemensowem, a potem z Michałowem po przeniesieniu tam stadniny w 1953 r. w Kieleckie.

Po powrocie inż. Krzyształowicza do Janowa i mianowaniu Go dyrektorem oraz przeniesieniu tam stadnin arabskich Albigowa i Nowy Dwór współpraca hodowlana zacieśniała się jeszcze bardziej. Następowała wymiana ogierów między Michałowem a Janowem. Janów w tym okresie pod dyrekcją Krzyształowicza stał się skarbnicą ogierów czołowych dla pozostałych stadnin, jak: Michałów, Kurozwęki i Białka.

Po pierwszej i drugiej wojnie światowej hodowla koni arabskich czystej krwi poniosła ogromne straty, ale po drugiej wojnie światowej dzięki zorganizowaniu 3 stadnin arabskich i zgromadzeniu rozproszonych klaczy, którym zapewniono najlepsze ogiery, jakie były dostępne, odbudowa hodowli nastąpiła szybciej.

Trzeba pamiętać, że dużą część klaczy i najwartościowsze ogiery czołowe ofiarnie ewakuował, ocalił i doprowadził do powrotu do Polski właśnie Andrzej Krzyształowicz. To Jemu zawdzięcza nasz Kraj to, że hodowla polskich koni arabskich czystej krwi i jej znaczenie w świecie stawia nas na czołowej pozycji w tej rasie koni.

Pamiętny „obchód”. Tego dnia dyrektor świętował 70-lecie urodzin

Rok 1939 w janowskiej stadninie

Licencja udzielona przez rodzinę Pana Andrzeja Krzyształowicza dla BoberTeam, na potrzeby projektu Legendy Polskiego Jeździectwa

Autor: Andrzej Krzyształowicz
Ilość stron: 7
Data publikacji: 2007

Nastrój w polskim społeczeństwie od początku 1939 r. był różny. Z jednej strony czytało się i słyszało o coraz bardziej agresywnej polityce hitlerowskiej III Rzeszy, z drugiej niejednokrotnie buńczuczne wypowiedzi napawające optymizmem „nie oddamy nawet guzika”. Niemcy zagarnęli część Czechosłowacji, Austrię, coraz głośniej dopominali się o Gdańsk i dostęp do Prus Wschodnich (tzw. korytarz). Wszystkie te wiadomości wprowadzały stan niepewności i uzasadnionego niepokoju. Odczuwali to również pracownicy Państwowej Stadniny Koni i Państwowego Stada Ogierów w Janowie Podlaskim. Grozę sytuacji najbardziej odczuwali pracownicy pamiętający pierwszą wojnę światową, a takich wówczas było jeszcze wielu. Chętnie gromadzili się przy radioodbiorniku ulokowanym w tzw. świetlicy, w małym pomieszczeniu w stajni „czołowej”.

Wątpliwości, co do prawdopodobieństwa wybuchu wojny, rozwiała częściowa mobilizacja marcowa. Ze stadniny i stada zostało powołanych kilkunastu masztalerzy – rezerwistów.

Zanim przystąpię do opisu wydarzeń, jakie nastąpiły w wyniku wybuchu wojny, podam kilka szczegółów dotyczących stadniny i stada ogierów. Obok Państwowej Stadniny Koni (PSK) w Janowie Podlaskim znajdowało się Państwowe Stado Ogierów PSO). Ze stadniną dość luźno związane było gospodarstwo rolne tzw. Wygoda, które na rzecz stadniny produkowało siano i niedużą ilość owsa i marchwi, jak również utrzymywało tartak, a przy nim małą elektrownię i cegielnię na potrzeby własne.

W stadninie były wówczas trzy działy hodowlane koni. Najliczniejszy był półkrwi angloarabskiej, mniej liczny -półkrwi arabskiej i najmniejszy – czystej krwi arabskiej.

Kierownikiem stadniny był Stanisław Pohoski, zastępcą kierownika autor niniejszego artykułu, obowiązki lekarza weterynarii pełnił, po śmierci K. Pohla, miody absolwent Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie Tadeusz Gruszka (umarł w 1952 r.). Praktykantem był Adam Sosnowski, w biurze było trzech pracowników, długoletnim sekretarzem stadniny, w dzisiejszej nomenklaturze głównym księgowym, był Romuald Koźniewski, koniuszym był zwolniony z wojska wachmistrz Stanisław Więcek, podkoniuszym Witalis Bielecki, oraz około czterdziestu masztalerzy. W. Bielecki byl po II wojnie dyrektorem stadniny w Kadynach, a następnie w Walewicach. Przy stadninie w Janowie istniał od 1937 r. zakład treningowy dla młodych ogierów półkrwi.

Kierownikiem tego zakładu był emerytowany pułkownik kawalerii polskiej do 1918 r. w armii rosyjskiej) Walenty Jachimowicz (zginął wraz z jedynym synem w obozie koncentracyjnym w Dachau w 1941 r.). Państwowym Stadem Ogierów kierował w tym czasie Tadeusz Marchowiecki, koniuszym był Jan Stasiak, doskonały ujeżdżacz koni w zaprzęgu. Karierę swoją zaczynał w stajni admirała floty bałtyckiej w Petersburgu przed I wojną światową. W PSO było również ok. 40 masztalerzy. Stan ogierów wynosił ok. 125, przeważnie półkrwi.’

W maju 1939 r. wybuchła w stadninie angina, początkowo u sysaków, rozszerzyła się jednak na roczniki starsze. Pomimo wysiłków lekarza T. Gruszki, wspieranego przez doświadczonego lekarza wet. Jana Wilczyńskiego z lecznicy z Łosic (rzekomo pierwszej w Polsce), padło 14 koni i do końca sierpnia1939 r. choroba nie wygasła. Nastroje wśród załogi i okolicznych mieszkańców były coraz gorsze. Wiadomości podawane przez radio były coraz bardziej pesymistyczne, zagrożenie ze strony hitlerowskich Niemiec stawało się coraz bardziej realne i coraz bliższe.

W końcu sierpnia kierownik PSO Janów otrzymał poufne polecenie z Ministerstwa Rolnictwa przygotowania w okolicach Siedlec kwater dla ewentualnie ewakuowanego Państwowego Stada Ogierów ze Starogardu. Również stadnina otrzymała polecenie dokonania zakupów i zrobienia zapasów „na wszelki wypadek”: nafty (światła z sieci w Janowie nie było), żelaza, podków, smarów do wozów konnych (w PSK i PSO nie było żadnego samochodu ani ciągnika) itd. W dniu 23 sierpnia spaliła się z nieustalonych przyczyn część tzw. stajni rozjazdowej stadniny (kolokrzyża). Ogólnonarodowa psychoza podejrzewania każdego obcego za dywersanta lub niemieckiego szpiega, budziła często nieuzasadnione emocje. Pożar stajni był szeroko interpretowany jako wynik działania „piątej kolumny”. Powszechna mobilizacja 30 sierpnia, która znowu uszczupliła załogi PSK, PSO i gospodarstwa rolnego, spowodowała znaczny wzrost podniecenia i niepewności o najbliższą przyszłość. W tak trudnym momencie zabrakło w Janowie kierownika S. Pohosklego, który został delegowany przez Ministerstwo Rolnictwa na Wszechzwiązkową Wystawę Rolniczą do Moskwy, z której wrócił w dniu 3 września. Przez teren zabudowań stadnin, przebiegała droga publiczna łącząca Janów Podlaski połączeniem promowym z wioskami położonymi na prawym brzegu Bugu (byłe województwo poleskie). Mieszkańcy tych wiosek za Bugiem już w przeszłości sprawiali sporo kłopotów kierownictwu stadniny, choć kilkunastu masztalerzy PSK i PSO rekrutowało się spośród nich. Z tych względów, w porozumieniu z powiatowymi władzami administracyjnymi, został utworzony w stadninie i stadzie oddział samoobrony. Uzbrojeni członkowie tego oddziału pełnili warty, szczególnie po zapadnięciu zmroku.

W dniu 1 września 1939 r. praca w stadninie zaczęła się o godz. 4.00, jak każdego dnia w okresie letnim. Około godz. 5 dały się słyszeć silne i liczne detonacje. Komentarze na ich temat były różne, ale nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że zaczęła się wojna. O godz. 7 już powszechnie było wiadomym, że te wybuchy to bomby niemieckiego lotnictwa rzucone na Podlaską Wytwórnię Samolotów (PWS) w Białej Podlaskiej, że zaczęła się druga wojna światowa. Pomimo pełnych grozy komunikatów radiowych, szerzących się najróżniejszych plotek, znacznej zwyżki cen na artykuły pierwszej potrzeby -praca w PSK i PSO Janów przebiegała w tych pierwszych dniach wojny w miarę normalnie, choć nastroje wśród załogi były pesymistyczne, pełne niepokoju – co dalej? co nas czeka?

W dniu 4 września, w godzinach popołudniowych, kiedy konie były już w stajniach, niemieckie samoloty w locie ślizgowym zaatakowały obiekty stadniny i stada. Ostrzelane zostały stajnie z broni maszynowej, samoloty zrzuciły kilka bomb – zresztą niecelnie. Pociski karabinowe uszkodziły dachy i wybiły kilkanaście szyb. Nikt z ludzi ani koni nie doznał żadnych obrażeń.

W dniu 8 września wszystkie instytucje płatne z budżetu (a więc i PSK, i PSO) otrzymały polecenie wypłacenia trzymiesięcznego wynagrodzenia z góry i bez żadnych potrąceń. Równocześnie stadnina i stado otrzymały polecenie z Ministerstwa Rolnictwa przygotowania się do ewakuacji. Kuto konie przewidziane do zaprzęgu, ogiery w stadzie, ogiery czołowe i z zakładu treningowego, sprawdzano stan wozów, na które ładowano niezbędne zapasy magazynowe, dokumentację oraz niewielkie ilości owsa, z przeznaczeniem głównie dla koni zaprzęgowych i ogierów czołowych.

W dniu 10 września wyszły z Janowa ogiery PSO. Każdy masztalerz jadący konno miał przy boku drugiego ogiera. Do wozów, do których zaprzęgnięte były ogiery, uwiązane były jeden lub dwa dalsze ogiery. Pomoc ludzi z zewnątrz do ewakuacji stada była prawie niepotrzebna. Znacznie gorzej przedstawiała się sprawa prowadzenia koni stadniny: klaczy ze źrebakami i młodzieży. Pod siodłem mogło iść 8 ogierów czołowych i ok. 20 z zakładu treningowego, a resztę tzn. ok. 100 klaczy i 150 sztuk młodzieży trzeba było prowadzić w ręku. Problem ten pomogły rozwiązać kierownictwu stadniny nawoływania przez radio o konieczności ewakuowania się ludności cywilnej szczególnie mężczyzn, przed wojskiem niemieckim na wschód. Za pośrednictwem burmistrza miasteczka Janów Podlaski (prawa miejskie Janów otrzymał w XV w., odebrano mu je w 1945 r.) zostały przeprowadzone rozmowy z mieszkańcami Janowa. Zgłosiło się wielu chętnych do prowadzenia koni, którzy woleli ewakuować się w zorganizowanej grupie niż iść na własną rękę. Za pośrednictwem urzędujących jeszcze władz powiatowych od naczelnika wydziału chowu koni w Ministerstwie Rolnictwa (Witolda Pruskiego) stadnina otrzymała polecenie ewakuacji – kierunek południowy wschód, bez określenia miejscowości docelowej.

W dniu 11 września ok. godz. 17 wyszło ze stadniny ok. 260 koni i 19 wozów konnych. Kierownik stadniny wspólnie z kierownikiem zakładu treningowego postanowili: marsze tylko nocą celem uniknięcia ataków lotnictwa niemieckiego, możliwe tylko bocznymi drogami ze względu na kopyta niekutych koni, długość jednego etapu 20-30 km. Nikomu z członków rodzin pracowników nie wolno było jechać na wozach stadniny.

Najtrudniejszy był pierwszy dzień marszu. Konie, szczególnie młodzież, nieprzyzwyczajone do prowadzenia w ręku i to po kilka spiętych łańcuchem, wypoczęta, pełna energii, a do tego wielu prowadzących nie miało wiele wspólnego z końmi. Po przejściu kilkudziesięciu kilometrów bocznymi drogami stadnina, chcąc przekroczyć rzekę Krzynę, musiała przejść odcinek ok. 2 km szosą bitą Warszawa – Brześć n. Bugiem. Do szosy kolumna doszła ok. godz. 1 w nocy koło wsi Woskrzenice. Szosą w kierunku Brześcia przemieszczały się różne nieliczne grupy żołnierzy, uciekinierzy cywilni wozami konnymi, rowerami lub pieszo. Kolumna stadniny miała ok. 2 km długości. Zatrzymani, użytkownicy szosy powinni byli przepuścić całą kolumnę. Niestety, tak się nie stało. Po wyjściu na szosę ponad połowy koni jeden z niecierpliwych kierowców wojskowej ciężarówki włączył światła i na sygnale zaczął wyprzedzać będące na szosie konie. Wystarczyło, że jedna czwórka młodych koni spiętych ze sobą wyrwała się prowadzącemu i galopowała przed jadącą tuż za nią ciężarówką. Tętent koni galopujących, światła samochodu, warkot silnika płoszyły mijane konie, które przestraszone wyrywały się prowadzącym. Kilku utrzymało konie, kilkunastu puściło. Próby zatrzymania uciekających koni nie dały rezultatu. Cala ta ucieczka skończyła się szczęśliwie, bo uciekające w tumanach kurzu, wystraszone konie nie stratowały nikogo z prowadzących ani z napotkanych uciekinierów. Był to pierwszy tragiczny moment w czasie ewakuacji stadniny. Po przejściu mostu na Krznie i zejściu kolumny znowu na boczną drogę w kierunku Sławatycz, pomimo ciemności został zrobiony jako tako remanent wśród koni. Ustalono, że tej nocy uciekło ponad 80 koni w różnym wieku, przeważnie młodzieży. Ze starszych koni zginęła jedynie ze źrebakiem córka Kuhailana Haiti – Oda. Nad ranem dołączyło do kolumny jedynie dwóch synów Kaszmira, jeden z nich – Taki Pan od Dziwy po wojnie był czołowym w stadninie koni w Tiersku (ZSRR). W ciągu dnia stadnina po tej ciężkiej nocy odpoczywała w Piszczacu. Po jakim takim odpoczynku znowu ok. godz. 17 kolumna ruszyła w dalszą drogę do Międzylesia, gdzie znowu stała w ciągu dnia. Kwatery dla koni i miejsca na wozy wyszukiwali masztalerze, którzy jadąc konno pod komendą kierownika zakładu treningowego wyprzedzali całą kolumnę, a po dojściu koni wiedzieli gdzie, jakie i ile koni można skierować. Konie stawały w oborach, stajniach i szopach, wozy w stodołach. W ciągu dnia konie były 2-3 razy pojone, dostawały siano kupowane na miejscu (kupowało się całe stożki), a ogiery idące pod siodłem i konie w zaprzęgu otrzymywały dwa razy dziennie owies. Ludzie odpoczywali tam gdzie znaleźli sobie jakieś miejsce, musiało to być blisko koni, żywili się początkowo zapasami wziętymi z domu, a następnie zdobytymi we własnym zakresie.

Następnej nocy jakoś bez wypadku udało się konie przeprowadzić niedokończonym mostem przez Bug, między Sławatyczami a Domaszewem. Za Bugiem, na drogach, którymi posuwała się stadnina ruch był znacznie mniejszy. Uciekinierzy unikali tych dróg ze względu na ubogą miejscową ludność łakomą na dobra, jakie uciekinierzy mieli ze sobą. Kolejny postój wypad!, w bogatej jak na tamtejsze stosunki wsi Czersk. Konie szły już znacznie lepiej niż w pierwszym dniu, stan zdrowotny koni był zadowalający. Jedynie KuhaUan Said syn Kuhailana Zaida or. ar., importowanego z Arabii przez B. Ziętarskiego dla stadniny Babolna razem z Kuhailanem Haiti, zagorączkował na tle przeziębienia. Leczenie zastosowane przez lekarzy wet. T. Gruszkę i J. Wilczyńskiego (dołączył do stadniny swoim zaprzęgiem) pozwoliło po dwóch dniach wziąć konie znowu pod siodło. Gorzej zaczynało się dziać z końmi zaprzęgowymi. Klacze idące w wozach, nieprzyzwyczajone do ciężkiej i długotrwałej pracy, odparzały się od uprzęży i na ciężkich odcinkach drogi odmawiały ciągnięcia. Lepiej znosiły trudy marszu wdrożone do pracy konie robocze z gospodarstwa przy stadninie. Następny postój w ciągu dnia wypadł w miejscowości Orzechowa, do której idąc kolumna musiała parę kilometrów przejść szosą Kobryń – Włodawa.

W dzień i w nocy było słychać artylerię właściwie ze wszystkich stron, w nocy widoczne były luny pożarów. Docierały do janowskich ludzi najrozmaitsze wiadomości bardzo różnymi drogami, na temat posuwania się wojsk niemieckich, zachowania się żołnierzy Wermachtu na terenach zajętych, ataków lotnictwa niemieckiego itd. Wprowadzały one zły nastrój wśród ludzi prowadzących konie, rozbudzały niepokój o pozostawione rodziny, nasuwały wątpliwości, czy cała ewakuacja ma jakiś sens i jak ten marsz się skończy. Między innymi wiadomościami, które mimo braku jakiejkolwiek łączności dotarły do janowskiej stadniny, były i tragiczne. Otóż pracownicy janowskiej stadniny dowiedzieli się, że pod Maciejowicami Niemcy zbombardowali ewakuowaną stadninę koni z Racotu i od bomb niemieckich lotników zginął kierownik stadniny Władysław Siemiński, pod Nowym Miastem nad Wisłą zostało zbombardowane PSO Bogusławice i zginął kierownik Tadeusz Nosarzewski. W świetle tych faktów okazało się, że decyzja kierownika janowskiej stadniny poruszania się tylko nocą była jak najbardziej słuszna. Do janowskiej stadniny dołączyło kilku masztalerzy PSO Białka, przynieśli oni wiadomość o tragicznej śmierci kierownika stada Kaliksta Sosnowskiego. Następny odcinek wędrówki stadniny przebiegał z Orzechowa do Zabłocia bardzo wąskimi polnymi i leśnymi drogami, często błotnistymi lub piaszczystymi. Konie zaprzęgowe jeszcze ciągnęły jakoś wozy dzięki znacznemu ubytkowi ciężaru po spasieniu sporej ilości owsa.

W miejscowości Retno kolumna stadniny przeszła w poprzek szosę Brześć – Kowel i skierowała się na Kamień Koszyrski, gdzie według otrzymanych informacji urzędowała jeszcze władza administracyjna, mająca rzekomo jakieś pewne wiadomości dla uciekających. Postój wypad! we wsi Postupla, w której spotkano uciekinierów z wozami konnymi nawet z woj. poznańskiego. Ci ostatni w dalszą drogę dołączyli do kolumny stadniny. Od początku ewakuacji dopisywała pogoda, w dzień było słonecznie i ciepło, noce pogodne i chłodne. Sprzyjała ona stadninie w marszu, ale sprzyjała też naszym najeźdźcom. Od wsi Postupla pogoda zaczęła się psuć, mżawka w dzień nie bardzo przeszkadzała, ale w nocy panowały ciemności, jadący konno z trudem widzieli głowę swego wierzchowca, a wobec tego, co można było mówić o drodze Z Postupli przez Rakowy Las miała stadnina dotrzeć do Kletycka. Droga na ostatnim tej nocy odcinku była fatalna, wąska, błotnista, a jak się później okazało z obu stron ogrodzona drutem kolczastym. Ze względu na panujące ciemności kolumnę prowadził miejscowy przewodnik. Jeden z koni wierzchowych idący na przedzie kolumny zaczepił nogą o urwany drut. Zaczął bić zadem wplątując sobie drut również w drugą nogę. Zatrzymała się cala kolumna. Konie prowadzone w ręku mieściły się między drutami, a zatrzymane rozsuwały się i trafiały nogami w druty. Podekscytowane ruchem na czele kolumny, dotykając nogami drutów, zaczęły także bić zadnimi nogami. Ruszyć do przodu nie można było, gdyż jedna z klaczy tak się zaplątała w druty, że się wywróciła, tarasując drogę. W posiadanych przez ludzi latarkach wyczerpały się baterie. Raczej na wyczucie, wśród zupełnych ciemności, trzeba było rozplątywać konie z drutu. Duże niebezpieczeństwo dodatkowo powodowały konie, które się wyrwały i biegały wzdłuż lub w poprzek kolumny, nierzadko ciągnąc za sobą przyczepiony do nogi lub ogona kawałek drutu, czasem nawet z przyczepionym wyrwanym z ziemi słupkiem. Sytuacja stawała się dramatyczna, gdyż coraz więcej koni biegało płosząc te jeszcze trzymane przez prowadzących. Z nastaniem świtu sprawę opanowano: straty spowodowane tym wydarzeniem wyniosły 8 koni, między innymi trzeba było zgładzić 3 konie starsze ze złamanymi nogami. Wśród tych ostatnich była siostra Kaszmira Laka (Farys- Hebda). Kilkanaście koni było pokaleczonych. Ofir tak sobie zaplątał tylne nogi, że upadł, tylko dzięki spokojnemu zachowaniu można było go z drutów uwolnić. W każdym bądź razie po dojściu na dzienny postój we wsi Kletycko lekarze nie odpoczywali, cały dzień opatrywali konie z ranami po drutach. W Kletycku dotarła do stadniny wiadomość, że armia radziecka wkroczyła do Polski! Spowodowało to konsternację kierownictwa stadniny – co dalej i wywołało rozluźnienie dyscypliny wśród ludzi, szczególnie najemnych. Spora grupa ludzi nie chciała prowadzić dalej koni, a wszelkie polecenia przełożonych były różnie komentowane. Po przeprowadzonych rozmowach w ciągu dnia, jakoś udało się ludzi zmobilizować do dalszej drogi i po nastaniu zmierzchu stadnina ruszyła w kierunku Kowla. Mrzawka, ciemno, widoczne łuny pożarów, odgłosy artylerii działały fatalnie na psychikę wszystkich, cisnęło się pytanie: dokąd idziemy, po co i co będzie z nami?

Zbliżając się do Kowla, we wsi Niesuchojeże, około północy stadnina spotkała grupy uciekinierów kierujących się na zachód, którzy twierdzili, że w Kowlu już są wojska radzieckie i dalszy marsz stadniny nie ma żadnego celu. Kierownik stadniny po rozmowie przeprowadzonej ze spotkanym pułkownikiem wojska polskiego, zdając sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży za całość stadniny, postanowił wracać do Janowa. Liczył, że w luce między posuwającymi się wojskami radzieckimi na zachód, a cofającymi się oddziałami niemieckimi, jakoś może uda się konie doprowadzić do Janowa. Uważał, że zagarnięcie koni w drodze przez którąkolwiek armię będzie się równało z ich zagładą. Zmęczenie i zniechęcenie zaczęło brać górę wśród ludzi prowadzących konie. Ponadto ze strony miejscowej ludności, a także wielu uciekinierów, mieli propozycje oddania lub sprzedania koni, bo „Państwo Polskie nie istnieje, konie są niczyje”.

W takim złym nastroju, skrajnie wyczerpana dotychczasową drogą, kolumna zamiast wrócić do Kletycka zmyliła drogę i z nastaniem świtu znalazła się we wsi Wierchy. W wiosce tej liczna grupa mężczyzn narodowości ukraińskiej atakowała posterunek polskiej policji. Nastawienie przywódców tej grupy do stadniny było również wrogie. W tej sytuacji kierownik stadniny podjął decyzję, aby pomimo zmęczenia ludzi i koni, kontynuować marsz. Około godz. 10.30 stadnina udała się w dalszą drogę, pozostawiając za sobą nadal oblężony posterunek oraz kilkadziesiąt żon oficerów polskich z dziećmi, które bojąc się miejscowej ludności prosiły o pomoc. Zabranie ich z tej tak niebezpiecznej wioski, dokąd je przywieziono w ramach ewakuacji i pozostawiono, było niemożliwe. Stadnina tej pomocy im udzielić nie mogła. Wymarsz z wioski ubezpieczał spory zbrojny oddział, częściowo konny, dobrze uzbrojony, pod komendą kierownika zakładu treningowego. Broń, porzucona przez polskich żołnierzy, była zbierana po przydrożnych rowach.

Trasa marszu prowadziła przez Kamień Koszyrski do Rakowego Lasu, gdzie konie i ludzie odpoczywali pierwszą noc od chwili wyjścia z Janowa. Postój w dzień pozwolił sprawdzić stany ilościowe koni oraz ich stan zdrowotny. Konie bardzo pochudły, wiele było otartych, kulawych, podbitych, a także okazało się, że kilkanaście koni prowadzący sprzedali lub oddali miejscowej ludności lub uciekinierom. Najgorzej przedstawiały się konie zaprzęgowe. W związku z powyższym, w majątku o tej samej nazwie zostały zdeponowane wszystkie materiały magazynowe zabrane z Janowa, jak również część dokumentacji i biblioteka stadniny. Pracownicy swoje rzeczy osobiste mu-sieli przepakować z różnych drewnianych skrzynek do worków, żeby zmniejszyć ciężar na wozach do minimum. Następny nocleg wypadł w majątku i wsi Budzaki. Tam też od sporej grupy uciekinierów otrzymał kierownik stadniny dokładną informację o sytuacji, jaka powstała w Polsce wobec wkroczenia Armii Radzieckiej. Dalszą drogę stadniny bardzo utrudniały duże grupy uciekinierów udających się pieszo lub wozami konnymi tym razem już na zachód. Ze względu na występujące wrogie nastawienie miejscowej ludności do uciekinierów, ci ostatni prawie silą włączali się w kolumnę stadniny, uważając, że w licznej grupie będą bezpieczniejsi.

Kolumna stadniny miała około 2 km długości, przez dołączenie wielu zaprzęgów konnych obcych, grup uciekinierów pieszych, którzy siłą pchali się na wozy stadniny, tabor rozciągnął się na przestrzeni 3-4 km. W tej sytuacji kontakt z prowadzącymi konie był coraz trudniejszy, posuwanie się kolumny utrudnione. Wszystko to działo się w atmosferze podniecenia, zmęczenia, niepewności co będzie jutro, a ponadto stosunek ludności miejscowej był wręcz wrogi. Zakwaterowanie koni, ze względu na wymieszanie kolumny stadniny z uciekinierami, też było znacznie utrudnione.

Etap Budzaki – Szack przeszedł spokojnie, bez żadnych specjalnych wydarzeń. Z Szacka stadnina skierowała się przez Piszczę na Włodawę do wsi Wytyki na lewym brzegu Bugu. Przed dojściem do Włodawy na szosie napotkali dziesiątki uciekinierów, którzy czekali na wejście do Włodawy po uzyskaniu pewności, że Niemcy już się wycofali. Niemcy wycofując się spalili jedyny drewniany most na Bugu. Konie stadniny musiały Bug przejść wpław, po brodzie wskazanym przez miejscową ludność, około 150 m powyżej spalonego mostu. W trakcie tej przeprawy nie zabrakło wielu wesołych momentów, zresztą humory u ludzi znacznie się poprawiły, bo i pogoda zrobiła się znowu prawie letnia i szli przecież do domu. W Wyrykach, gdzie obok ludności polskiej mieszkali Ukraińcy, niejednokrotnie chciano wprowadzić konie na podwórze lub do stodoły. Trzeba było używać siły. W nocy koni pilnował uzbrojony oddział zorganizowany spośród masztalerzy.

Kierownik stadniny dowiedział się, że wojska radzieckie znacznie zbliżyły się do stadniny i przysłowiowo „depczą jej po piętach”. Wobec tego postanowił ostatnie dzielące stadninę do Janowa 80 km pokonać bez dłuższych postojów. Od Wisznic rozpoczęła się droga bita, która wykończyła już częściowo podbite i kulawe konie, szczególnie ucierpiały sysaki i roczniaki. Ludzie zmęczeni, z obtartymi nogami, siadali na roczniaki i dwulatki, kładąc na grzbiet worek z sianem, a nogi w przełożone przez grzbiet pętle zrobione ze sznurków. Te prowizoryczne strzemiona, jak się później okazało, porobiły koniom rany aż do kręgosłupa. Wchodząc do Białej Podlaskiej słychać było strzały, lecz Niemcy wycofali się przed kilku godzinami.

Do Janowa konie doszły (niektóre prawie dowlekły się) 25 września o godz. 3.30. W ciągu 14-dniowej wędrówki przeszły około 350 km. W części stajen w Janowie stały konie ewakuowane z Toru Wyścigowego z Warszawy, z PSK Kozienice i od różnych właścicieli prywatnych. Jakie to konie były, nic nie było wiadomym, bo obsługa w większości uciekła zostawiając konie na pastwę losu. W stajniach też biwakowali uciekinierzy cywilni.

Ogiery PSO w Janowie Podlaskim wróciły poprzedniego dnia. Według relacji kierownika PSO, po południu 24 września na teren stadniny przyjechały trzy niemieckie wozy pancerne. Dowódca tej jednostki wydal polecenie przyprowadzenia wszystkich ogierów w dniu 25 września do stacji kolejowej Siedlce, skąd rzekomo miały być przetransportowane koleją do Prus Wschodnich. Za niewykonanie rozkazu zagroził karą śmierci i wycofał się z Janowa. Z chwilą przyjścia stadniny, stado ogierów przygotowywało się do wymarszu. Około godziny 7 do stadniny przyjechało 5 radzieckich wozów pancernych. Dowódca zapowiedział, że konie zostają na miejscu i Niemcy nic tu nie mają do rozkazywania. Tego dnia po południu do stadniny przyszła kompania radzieckiej piechoty, dowódca jej zarządzi! ewakuację wszystkich koni, „bo Niemcy jadą”. Przy pomocy radzieckich żołnierzy wszystkie konie zostały wyprowadzone do lasu za folwarkiem Pieczyska lub do wsi Werchliś. Po kilku godzinach konie wróciły do stajen. Tydzień od 25 września do 1 października minął raczej spokojnie. Konie trochę odpoczęły, odjadły się, lekarz częściowo zaleczył rany. Jedynie od czasu do czasu przyjeżdżał jakiś oficer radziecki na kulawym, chudym koniu, zabierał w zamian ze stadniny ogiera z siodłem sportowym. Zakaz rekwizycji koni stadniny i stada wydany na prośbę kierownika stadniny przez radzieckiego komendanta rejonu, został podarty przez pierwszego, któremu go pokazano. Rewolucyjny Komitet w Janowie Podlaskim, w celu ochrony koni przed zakusami ludności mieszkającej za Bugiem, wydał stadninie i stadu 10 karabinów i polecił zorganizować oddział samoobrony. W dniu 1 października przyjechało do stadniny kilku oficerów radzieckich, a najstarszy rangą, pułkownik wydał polecenie przygotowania spisów koni w języku polskim i rosyjskim oraz birek (wpleciona w grzywę tabliczka z oznaczeniami identyfikacyjnymi) do wplecenia w grzywy. Rozkaz ten został przyjęty i zrozumiany jako przygotowanie do wyprowadzenia koni z Janowa przez Armię Radziecką.

2 października stacjonujący między stajniami oddział radziecki sprowadził ludność zza Buga i wspólnie z nią wyprowadził za Bug (promem) wszystkie ogiery stada, czołowe ze stadniny i z zakładu treningowego. Niepotrzebne były spisy, wykazy, birki, konie zabierano w największym, jaki można sobie wyobrazić, bałaganie i rozgardiaszu. Po zapadnięciu zmroku na terenie stadniny zostali tylko żołnierze radzieccy koczujący na dworze. Teren oświetlali i sami się grzali ogniskami, na które początkowo brano ogrodzenia wybiegów i pastwisk, a w miarę jak ich zabrakło urządzenia stajenne (ściany boksów, drzwi, okna itp.).

3 października na sygnał, dany ręczną syreną pożarową przez żołnierzy radzieckich, na teren stadniny i stada wpadło kilkuset mieszkańców wiosek położonych za Bugiem. W pierwszym rzędzie rozgrabione zostały konie, zabierane ze stajen w straszliwym chaosie, wyrywaniu sobie koni itd. Konie bez względu na wiek i rasę były zakładane do różnych pojazdów, które łamały, nierzadko robiąc sobie poważną krzywdę. Po koniach przyszła kolej na uprzęże, siodła i wszystko to, co było w stajniach. Tłum szalał, pławił się w grabieży, kradł i niszczył to, co było „solą w oku” przez 20 lat niepodległości Państwa Polskiego. Po zapadnięciu zmroku między stajniami zostali znowu tylko żołnierze przy kilkudziesięciu ogniskach. W następnych dniach do 8 października, od godzin porannych do zapadnięcia zmroku, na terenie stadniny przebywało kilkuset mieszkańców zza Buga z furmankami, którymi wywozili w następującej kolejności: zapasy magazynowe, niemłócone zboże ze stodoły i stert, siano ze stogów, drewno z tartaku przetarte i dłużycę, wraz z urządzeniami tartaku i elektrowni, cegłę z cegielni (około 250 tys. szt.), drewno opalowe z lasu (około 1000 m3). W następnych dniach „zabużacy” kopali ziemniaki, buraki i marchew w polu, zabierając poprzednio wszystko, co było w podwórzu gospodarstwa, a więc krowy, konie robocze itd. Nawet zdarzały się wypadki zdejmowania blachy z dachów stajen. Kiedy już zabrakło do grabieży dóbr stadniny i stada, zaczęto okradać mieszkania, naprzód kierownika stadniny, koniuszego itd. Tak się tłum rozsmakował w grabieży, że planował zdobycie łupów w kościele i seminarium duchownym w Janowie. Jedynie zdecydowana postawa mieszkańców Janowa nie dopuściła do tej grabieży. Równocześnie z okradaniem stadniny i stada, przez teren stadniny do promu na Bugu przemieszczały się oddziały radzieckie pędzące bydło z okolicznych majątków, oraz wioząc urządzenia domów ukradzione na terenach sąsiadujących z Janowem Podlaskim. Przed rozwydrzoną ludnością zza Buga kierownik stadniny musiał schronić się w miasteczku Janów.

Od dnia 10 października nastał całkowity spokój na terenie stadniny. Od czasu do czasu przez teren stadniny w kierunku Bugu przejeżdżał konno jakiś nieduży oddziałek radziecki, nie zatrzymując się w stadninie. Teren stadniny i stada ogierów robił wrażenie olbrzymiego śmietnika. Stajnie częściowo bez pokrycia dachowego, bez drzwi, okien, boksów, ogrodzenia porozbierane, szpalery połamane, rozjeżdżone, popioły po ogniskach, wszędzie pełno porozrzucanych śmieci, siana, słomy i obornika.

W stajniach została jedynie Najada siwa (Fetysz – Gazella II), ur. 1932 r., która nie pozwoliła się wyprowadzić z boksu rabującym konie. W nocy zabrał ją gospodarz z sąsiedniej wioski i wróciła do stadniny w grudniu 1939 r.

Pierwszy etap historii janowskiej stadniny zakończył się po ewakuacji koni w głąb carskiej Rosji w 1914 r. Drugi – w dniu 10 października 1939 r., kiedy nie było w stajniach żadnego konia, a wszystkie urządzenia były zniszczone. Tak smutnie zakończył się wspaniały rozwój stadniny w okresie międzywojennym.

13 października w godzinach popołudniowych pojawiły się w stadninie pancerne wozy niemieckiego Wermachtu. Niemcy byli zaskoczeni, że armia radziecka sprzątnęła im „sprzed nosa” konie, a obiekt zostawiła prawie doszczętnie zrujnowany. W parę dni później do stadniny i stada ogierów w Janowie Podlaskim przyjechał szef stadnin państwowych na terenach okupowanych przez Niemców pik. dr Gustaw Rau (Oberlandstallmeister). Płk. G. Rau powiadomił kierownika PSK Janów, że przed paru dniami został rozstrzelany w Starogardzie przez Niemców kierownik PSO Starogard Zdzisław Koziełł Poklewski, który w latach 1927-1934 był kierownikiem PSO w Janowie Podlaskim. Powodem rozstrzelania było zorganizowanie przez Z. Koziełła Poklewskiego ewakuacji ogierów przed wojskami niemieckimi. W dniu

2 listopada zjechała do Janowa wojskowa komenda z mjr. Grummem na czele, kilku urzędnikami i kilkunastoma żołnierzami ochrony. Pierwszą zorganizowaną robotą w stadninie i stadzie było doprowadzenie całego obiektu do jakiego takiego wyglądu i przystąpiono do remontu stajen. Do pracy zaangażowano wszystkich masztalerzy oraz przyprowadzanych codziennie z miasteczka Janów około 200 mieszkańców pochodzenia żydowskiego. W tym też okresie został wydelegowany na teren powiatu Biała Podlaska koniuszy stadniny Stanisław Więcek znający język niemiecki, w celu odnalezienia koni zgubionych podczas pierwszego etapu ewakuacji wrześniowej. Wyznaczona została nagroda, początkowo w wysokości 250 zł, a następnie 500 zł za oddanie janowskiego konia, lub wskazanie gdzie lub u kogo koń się znajduje. S. Więcek znalezione konie zbierał w majątku Potockich w Hałasach kolo Międzyrzeca Podlaskiego.

Po remoncie najmniej zniszczonych stajen tzw. czołowej i wyścigowej (jedno skrzydło), w dniu 19 grudnia wojskowymi samochodami zostały przetransportowane do Janowa pierwsze konie z tych znalezionych. Było ich 21. Wśród koni zgubionych w pierwszym dniu ewakuacji stadniny, w dniu 11 września i odnalezionych przez koniuszego St. Więcka znalazły się między innymi i wróciły do stajen stadniny:

1. Trypolis (Enwer Bey – Kahira), siwy, ur. 1937 r.

2. Wielki Szlem (Ofir – Elegantka), gn., ur. 1938r.

3. Witraż (Ofir – Makata), gn. ur. 1938 r.

Te trzy ogiery, używane podczas wojny jako czołowe, walnie przyczyniły się do odbudowy hodowli konia arabskiego w Polsce po II wojnie światowej. Tak się zaczęła ponowna odbudowa hodowli w janowskiej stadninie. Dalsze znalezione konie, przychodziły w ciągu 1940 r. W styczniu 1940 r. przyszły do Janowa pierwsze ogiery punktowe ze stad ogierów na Prusach Wschodnich. Niemiecka komenda stadniny i stada, poza masztalerzami, zatrudniła przedwojennych rzemieślników, a także na stanowiskach technicznych asystentów kierownika Stanisława Pohoskiego i Tadeusza Marchowieckiego.

Przebieg wydarzeń w stadninie i stadzie w Janowie Podlaskim w 1940 r. i latach następnych wychodzi już poza ramy niniejszego artykułu.

Patron Legendy:

Opiekun Legendy: Marek Trela

Andrzej Krzyształowicz urodził się w Wiedniu w 1915 roku. Od dzieciństwa był związany z rolnictwem dzięki ojcu, który w owym czasie administrował majątkiem Dzieduszyckich w Zarzeczu. W 1923 roku rodzina przeniosła się do Łańcuta, gdzie Kazimierz Krzyształowicz został dyrektorem naczelnym majątków hrabiego Alfreda Potockiego. W skład licznych posiadłości hrabiego wchodziła również Albigowa ze stadniną koni pełnej krwi angielskiej. Tam też, pod okiem ówczesnego kierownika stadniny Bolesława Orłosia, młody człowiek rozbudził w sobie zainteresowania hodowlą koni i jazdą konną. Tam również zobaczył pierwszego konia czystej krwi arabskiej, mianowicie sprowadzonego z Egiptu ogiera Kafifana. Koń ten był maskotką oraz powodem dumy właściciela i prezentowano go odwiedzającym stadninę licznym gościom hrabiego. Być może ten pierwszy kontakt z koniem arabskim zadecydował o dalszych kolejach losu młodego człowieka.

Jednakże, po uzyskaniu matury w 1933 roku we Lwowie, Andrzej Krzyształowicz postanowił poświęcić się bardzo modnemu wówczas wśród młodych ludzi lotnictwu i złożył dokumenty do szkoły w Dęblinie. Plany te pokrzyżowane zostały przez drobne problemy zdrowotne i ostatecznie trzeba było zdecydować się na inny zawód. W tej sytuacji wybór padł na dziedzinę od dzieciństwa mu najbliższą, czyli na rolnictwo. Studiując na Wydziale Rolniczym i Leśnym Uniwersytetu Poznańskiego poznawał zawód, który wykonywać mu przyszło do końca życia. Rodzina w tym czasie przeniosła się do Surochowa, gdyż ojciec podjął pracę u Czartoryskich w Pełkiniach. Odwiedzając rodziców, młody student utwierdził swoje zainteresowanie hodowlą koni, a szczególnie hodowlą koni orientalnych, jako że Czartoryscy posiadali konie czystej krwi arabskiej i angloarabskie.

Na trzecim roku studiów nadszedł czas na ostateczne ukierunkowanie zainteresowań, czego efektem była praca w katedrze hodowli koni. Na czwartym roku kierownik katedry, profesor Tadeusz Vetulani, dał swojemu asystentowi temat pracy dyplomowej, mianowicie opracowanie „Monografii Stadniny Koni w Janowie Podlaskim”.

Pierwsza wizyta Andrzeja Krzyształowicza w ukochanym do końca życia Janowie miała miejsce 5 lipca 1937 roku, kiedy tu przyjechał, aby zebrać materiały do pracy dyplomowej. W Janowie spotkał kończącego właśnie praktykę studenta Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie Władysława Bielańskiego, późniejszego profesora i światowej sławy specjalistę w dziedzinie rozrodu koni, z którym połączyła go wieloletnia przyjaźń. Czas spędzali praktykanci w Janowie wyjątkowo pracowicie – poza gromadzeniem materiałów do własnej pracy i zapoznawaniem się z codziennymi zajęciami stajennymi musieli bowiem nauczyć się rozpoznawać wszystkie konie, co było bardzo stanowczo wymagane przez dyrektora Stanisława Pohoskiego. We wrześniu 1937 roku skończył się pobyt Andrzeja Krzyształowicza w Janowie, a rozpoczął czas opracowania zebranych materiałów i przygotowania do obrony pracy dyplomowej. Ostatecznie, 24 czerwca 1938 roku, po zdaniu egzaminu dyplomowego, uzyskał dyplom inżyniera rolnika. Jego praca dyplomowa jest dzisiaj unikatowym źródłem wiedzy o stadninie z okresu międzywojennego. Znalazły się tam opisy obiektów stadniny ich architektury i funkcjonalności oraz charakterystyka hodowanych wówczas w Janowie ras koni wraz z pomiarami zoometrycznymi. Wojna zniszczyła wiele budynków, w tym również stajennych, i niektóre z nich po zakończeniu działań wojennych nie zostały odbudowane, co jeszcze bardziej podnosi wartość dokumentalną tego przekazu. Przedstawienie celów hodowlanych ówczesnej stadniny i sposobów ich realizacji jest ogromnie ważnym źródłem informacji dla współczesnych hodowców, niezwykle pomocnym w ich pracy, bowiem kontynuacja ówczesnej polityki hodowlanej umożliwiła współczesne sukcesy polskiej hodowli.

Dyrektor Stanisław Pohoski i dr Witold Pruski, ówczesny naczelnik Wydziału Chowu Koni w Ministerstwie Rolnictwa, wspólnie zaproponowali młodemu absolwentowi wysokie stanowisko zastępcy dyrektora Stadniny Koni w Janowie Podlaskim. W rezultacie, 1 grudnia 1938 roku Andrzej Krzyształowicz objął od razu tak eksponowane stanowisko, co dowodziło zaufania władz do zdolności młodego człowieka. Niestety, spełnienie młodzieńczego marzenia o pracy w janowskiej stadninie przypadło na tragiczny dla Polski okres utraty niepodległości i na czas zagłady kwitnącej hodowli janowskiej.

Wybuch wojny 1939 roku zastał go na posterunku w Janowie, gdzie pod nieobecność dyrektora musiał poradzić sobie w zgoła niecodziennej sytuacji, spowodowanej mobilizacją części pracowników, i zapewnić koniom opiekę, paszę oraz przygotować stadninę do warunków wojennych. Zgodnie z zarządzeniem władz o ewakuacji stadniny, blisko 200 koni, prowadzonych przez około 40 ludzi, wyruszyło wieczorem 11 września na wschód. Maszerowano nocami, co względnie zabezpieczało przed nalotami, dziesiątkującymi kolumny uciekinierów, zapełniające wówczas polskie drogi. Pod kierownictwem Stanisława Pohoskiego Andrzej Krzyształowicz poprowadził wraz z trenerem młodych koni, emerytowanym pułkownikiem Jakimowiczem, i praktykantem Adamem Sosnowskim ponad dwukilometrową kolumnę koni na południowy wschód w okolice Kowla i Kamienia Koszyrskiego (obecnie Ukraina). We wsi Wierchy, w obliczu narastającego wrogiego nastawienia miejscowej ludności, która w oczekiwaniu na wkraczające wojska sowieckie zaczynała poważnie zagrażać bezpieczeństwu ludzi i koni, zapadła decyzja o zawróceniu kolumny i powrocie do Janowa.

Kolumna wycieńczonych koni i ludzi wróciła do Janowa 24 września o godzinie 5 rano, a o 6 wjechały wojskowe pojazdy sowieckie, wiozące oddziały przejmujące kontrolę nad stadniną. Wojsko to zajęło się głównie pilnowaniem bezpieczeństwa ludności zabużańskiej, która rozpoczęła bestialską grabież wszystkiego, co było do wzięcia. W pierwszej kolejności zabierano konie, a następnie sprzęt, paszę i wyposażenie stajenne.

Nie mogąc przeciwdziałać grabieży stadniny, pozbawiony obowiązków i źródeł utrzymania, Krzyształowicz w pierwszych dniach października 1939 roku ucieka z Janowa. Wraca w styczniu 1940 roku i zatrudnia się jako masztalerz w stadninie, będącej już na obszarze objętym niemiecką okupacją. Pod komendą pułkownika Hansa Fellgiebla pracuje nad odbudową janowskiej hodowli jako koniuszy w stadzie ogierów, a później jako asystent techniczny stadniny. Bierze udział w odnajdywaniu zaginionych w czasie ewakuacji, rozproszonych w terenie koni, które później stanowić będą podstawy polskiej hodowli, zaczynającej praktycznie od niczego, gdyż po odejściu Rosjan w najbliższej okolicy stadniny odnaleziono jedynie błąkające się po lesie dwie roczne klaczki, Wierną i Wilgę, oraz osierocone źrebię od klaczy Makata, czyli Zalotną. Po kilku tygodniach przyprowadzono jeszcze, przechowaną przez pobliskiego rolnika Zarębę, klacz Najadę.

Inżynier Krzyształowicz przez cały okres okupacji niemieckiej brał aktywny udział w odtworzeniu janowskiego stada, które ostatecznie pod koniec wojny osiągnęło stan liczebny sprzed wojny, lecz oczywiście daleko mu było do dawnej jakości.

W dniu 16 lipca 1944 roku następuje kolejna ewakuacja stadniny, tym razem na zachód – do Niemiec. I teraz Krzyształowicz nie opuszcza koni i wraz z żoną Zofią i córką Jagą towarzyszy im w tułaczce pełnej niebezpieczeństw. Najpierw transportem kolejowym stadnina pokonuje trasę z Białej Podlaskiej, przez Gostynin, Görlitz, Lobau. do Reichenbach, a następnie pieszo do Sohland w Saksonii gdzie zostaje do lutego 1945 roku. W dniu 13 lutego konie i ludzie wyruszyli w dalszą drogę w kierunku Drezna. Noc z 13 na 14 lutego 1945 była chyba najtragiczniejsza w historii tego miasta. Tej nocy miał miejsce dywanowy nalot bombowców alianckich, który zniósł z powierzchni ziemi większość zabudowy Drezna. Stado ogierów, poprzedzając w marszu wolniej poruszające się klacze i młodzież, nieszczęśliwie znalazło się w strefie nalotu i straciło 22 ogiery. Ocalałe ogiery, klacze i młodzież marszem pieszym dotarły 23 lutego do Torgau, a następnie już koleją do majątku Nettelau niedaleko Kilonii, gdzie stadnina doczekała ostatecznego upadku Niemiec i wkroczenia aliantów. Już w maju 1945 roku powstał Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech, którego pierwszym komendantem został ppłk Władysław Rozwadowski. Zarządowi temu podlegały wszystkie polskie stadniny i stada ogierów znajdujące się na terenie Niemiec. Jesienią 1945 roku nastąpiła reorganizacja stadnin na wzór angielski i janowska stadnina weszła w skład Depot Koni Polskich Nr 2 jako oddział Nettelau, z Andrzejem Krzyształowiczem jako kierownikiem. Zorganizowawszy codzienne życie stadniny, od jesieni 1946 roku wysyłał on do kraju kolejne transporty koni i sprzętu stadninowego, a sam wrócił do Gdyni ostatnim statkiem wraz z najcenniejszymi klaczami czystej krwi arabskiej.

Na skutek zniszczeń wojennych Janów nie był gotowy na przyjęcie koni i stadnina janowska znalazła tymczasową siedzibę w Posadowię. Inżynier Tadeusz Rudzki, przebywający na praktyce w Posadowię w latach 1947-1948, w swoim sprawozdaniu następująco ten fakt komentuje: „Tak więc, dzięki polskiemu personelowi stadninowemu, kierownikom zepchniętym do podrzędnych stanowisk, masztalerzom, którzy opuścili swoje domy udając się na ciężką tułaczkę w nieznane, byleby tylko z umiłowanemi przez nich końmi, Państwo Polskie, a z nim i hodowla odzyskała ten cenny materiał, bez którego po obecnych zniszczeniach wojennych sytuacja hodowli koni w Polsce byłaby bardzo krytyczna” („Janowska Stadnina Orientalna w Posadowię. Sprawozdanie z rocznego pobytu opracowane przez inż. Rudzkiego Tadeusza”, 1947—1948; w Archiwum Stadniny. Dalsze cytaty pochodzą z tego samego źródła). Zaraz po przybyciu z Niemiec do Posadowa wszystkich 392 koni w dniach 11-15 listopada odbył się przegląd koni, w którym, jak relacjonował Tadeusz Rudzki, uczestniczyli: „Główny inspektor Stadnin Państwowych inż. Witold Pruski, inspektor Okręgu Poznańskiego inż. Stanisław Hay, kierownik PSO Gniezno inż. Bronisław Walicki, kierownik PSK Posadowo inż. Czesław Hincz i nieopuszczający swoich koni inż. Andrzej Krzyształowicz”.

Rzeczywistość powojenna odbiegała jednak znacznie od tego, czego mógł się spodziewać powracający do kraju Krzyształowicz, który liczył na możliwość kontynuowania pracy z końmi janowskimi w myśl hodowlanej filozofii Stanisława Pohoskiego, swego nauczyciela i twórcy przedwojennych sukcesów Janowa. Nowa rzeczywistość, kierująca się innymi wartościami, przyniosła jednak decyzje, które na długie lata zmieniły hodowlaną pozycję Janowa, usuwając w cień tę tak zasłużoną dla kraju stadninę. Próżno byłoby doszukiwać się w materiałach źródłowych powodów merytorycznie uzasadniających decyzję o rozdzieleniu stada arabskiego na trzy odrębne stadniny i wątpliwa staje się opinia o próbie uchronienia hodowli arabskiej przed likwidacyjnymi zakusami komunistów. Niestety, jawi nam się rzeczywistość, w której zwyciężają poglądy ignorujące przedwojenne dokonania Janowa na rzecz podważanych zarówno przez ówczesne autorytety (Witold Pruski Michał Jankowski), jak i współczesnych nam badaczy, zasad Carla Raswana, a właściwie Karla Schulza, o hodowaniu koni arabskich w czystości rodów.

Obiektywny zapewne obserwator, cytowany już Tadeusz Rudzki, tak zanotował: ..Nie wiem, czy przy ostatnim rozdziale czystej krwi arabskiej przeważyło zdanie dr. Skorkowskiego, czy też konieczność (z braku obiektu na ulokowanie większej grupy koni w rejonie arabskim). Rozbicie czystej krwi na mniejsze grupy sprzyjało koncepcji dr. Skorkowskiego, dość że powstały trzy stadniny arabskie, z których dwie w miarę możności mają konie w typie Kuhailan, trzecia w typie Saklawi”.

Brak obiektu na ulokowanie stada arabskiego nie mógł być racjonalnym argumentem, gdyż co prawda stajnie janowskie były częściowo zniszczone, lecz zostały szybko naprawione i już 30 października 1950 roku powróciły do domu konie półkrwi arabskiej i angloaraby. Wcześniej już działał w Janowie zakład treningowy dla młodych ogierów, a w stajniach trzymano mierzyny i kopczyki podlaskie.

Ostatecznie jednak konie janowskie rozdzielono i rozesłano do świeżo zakładanych stadnin w Albigowej, Nowym Dworze i Klemensowie-Michalowie. Pozbawiony w ten sposób uratowanych przez siebie koni, Andrzej Krzyształowicz dostaje w grudniu 1951 roku służbowe polecenie objęcia stanowiska rejonowego inspektora hodowli koni na województwa południowo-wschodnie z nakazem przeniesienia się wraz z żoną i czterema córkami do PSO Białka. Z nowych obowiązków wywiązuje się jak zwykle doskonale. Nadzoruje hodowlę w państwowych stadninach w rejonie, gdzie zlokalizowano hodowlę arabów, a więc nie traci kontaktu ze swymi niedawnymi podopiecznymi, marząc jednak ciągle o ich powrocie do domu. Dnia 1 lipca 1956 roku wreszcie powraca do swego Janowa, gdzie po pewnym czasie obejmuje stanowisko dyrektora. W odbudowanych janowskich stajniach były już konie półkrwi, a w latach 1960 i 1961, po likwidacji stadnin w Albigowej i nowym Dworze, dołączyły do nich konie czystej krwi arabskiej. Skończył się okres tułaczki, a rozpoczął czas spokojnej pracy hodowlanej.

Konie czystej krwi arabskiej, hodowane w polskich stadninach państwowych, zwróciły uwagę hodowców zagranicznych i od wczesnych lat sześćdziesiątych rozpoczął się na coraz większą skalę ich eksport. Rosnące zainteresowanie polskimi końmi spowodowało konieczność uporządkowania handlu i w tym celu w 1970 roku zorganizowano w Janowie pierwszą aukcję. Sukces tej aukcji udowodnił celowość takiej właśnie formy sprzedaży, a efekty tego obserwować można obecnie, kiedy aukcja janowska obchodzi kolejne jubileusze i stała się imprezą o najdłuższej tradycji na świecie. Organizatorem, gospodarzem, „dobrym duchem” i żywą legendą kolejnych aukcji był dyrektor Andrzej Krzyształowicz. Jemu należy zawdzięczać powodzenie w sprzedaży koni janowskich i w organizowaniu kolejnych aukcji. Rosnąca popularność polskich koni i ich sukcesy na zagranicznych pokazach wskazały na konieczność organizacji i u nas pokazów hodowlanych. które poza kwalifikowaniem koni do konkursów międzynarodowych prezentowałyby aktualne dokonania polskich hodowców. W sposób oczywisty wybór miejsca i czasu padł na Janów i dni poprzedzające jego aukcję. Zwiększyło to zakres zadań, za które odpowiedzialny był dyrektor janowskiej, stadniny, i oczywiście temu nowemu wyzwaniu inż. Krzyształowicz doskonale podołał, tak dzięki doskonałej organizacji tych imprez, jak i wynikom koni prezentowanych przez janowską stadninę.

Na stanowisku dyrektora stadniny Andrzej Krzyształowicz pozostał do przejścia na emeryturę w dniu 1 kwietnia 1991. Po przejściu w stan spoczynku prawie do ostatnich chwil swego życia nie tracił kontaktu z końmi, służąc też zawsze chętnie radą i pomocą swoim następcom.

O jego znakomitych dokonaniach hodowlanych świadczą sukcesy licznych wychowanków na pokazach hodowlanych, torach wyścigowych i hipodromach w Polsce i na świecie. I tak, w dziale czystej krwi arabskiej wyhodowane przez Andrzeja Krzyształowicza konie zdobyły: 22 tytuły czempionów Polski; zwycięstwa w czempionatach USA, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Belgii, Francji, Włoch, Niemiec, Anglii, Kanady, Brazylii; 18 zwycięstw w Derbach Arabskich.

Dział półkrwi angloarabskiej dostarczył niezliczone ogiery do PSO, bezcenne klacze hodowlane do hodowli terenowej i wiele doskonałych koni do sportu.

Złoty medal olimpijski w skokach przez przeszkody, zdobyty przez Jana Kowalczyka na janowskim Artemorze, jest najlepszym dowodem najwyższej jakości koni hodowanych przez Andrzeja Krzyształowicza, który był też wychowawcą wszystkich powojennych pokoleń hodowców koni w Polsce, stanowiąc dla nich wzór fachowości, sumienności, oddania służbie i prawości. Zmarł w Janowie Podlaskim 19 września 1998 roku i pochowany został na miejscowym cmentarzu.

Autor: Marek Trela

Andrzej Krzyształowicz z Markiem Trelą
Andrzej Krzyształowicz i Aloes, sprzedany do USA w 1987 roku, za kwotę 350 000 USD