Wpisy

Promotor Legendy: Zbig Kotowski

oo gniady (Ofir — Federacja po Burgas or.ar.) ur. 1938,
hod. SK Janów Podlaski

Historia konia, którego nie zmogła wojna, a który po długiej tułaczce zapisał wspaniałą kartę w nowej ojczyźnie, wywarł ogromny wpływ na hodowlę koni arabskich i za życia doczekał się swojego muzeum.

W 1938 roku w Państwowej Stadninie Janów Podlaski przyszły na świat m.in. cztery ogierki zaliczane do „Wielkiej Czwórki – 4W”. Byli to synowie ogiera Ofir: Witraż, Wielki Szlem, Witeź II i Wyrwidąb (znany później w Niemczech pod imieniem Wind).

Dyrektor Andrzej Krzyształowicz, który w 1937 roku rozpoczął pracę w stadninie jako praktykant, przytaczał powszechnie panującą wtedy opinię, że pierwsza stawka źrebiąt po Ofirze rokowała duże nadzieje. Były one poprawnie zbudowane, wyróżniały się urodą i dobrym mchem. Niestety, większość z nich zaginęła we wrześniu 1939 roku.

Według oceny ówczesnego dyrektora Janowa Podlaskiego, utalentowanego hodowcy, Stanisława Pohoskiego, Ofir był najlepszym ogierem wyhodowanym w ostatnim wieku w Polsce. Był on synem importowanego w roku 1931 przez Bogdana Ziętarskiego dla stadniny ks. Romana Sanguszki w Gumniskach Kuhailana Haifi or. ar., uznanego za najlepszego z arabów sprowadzonych kiedykolwiek do Polski. Ogier ten padł po zaledwie dwuletniej działalności stadnej, zostawiając 14 sztuk potomstwa, w tym najlepszego – Ofira.

Dyrektor Pohoski zdecydowanie najwyżej cenił konie w typie kuhailana. Chyba dlatego Witezia postawił na trzecim miejscu za jego rówieśnikami – Witrażem (od Makata po Fetysz) i Wielkim Szlemem (od Elegantka po Bakszysz), faworyzowanymi przez niego choćby ze względu na linie żeńskie, z których pochodziły. Witeź II syn Federacji po Burgas or. ar, typowej klaczy saklawi, był od nich mniejszy, ale bardzo elegancki.

Pewnego dnia, przy wypędzie roczniaków ze stajni na pastwisko, jeden z ogierków zadem uderzył Witezia w głowę i zmiażdżył mu luk brwiowy, co groziło utratą oka. Inż. Krzyształowicz natychmiast sprowadził doskonałego lekarza z Łodzi, dr. Wilczyńskiego. Ten usunął liczne odpryski kości i uratował oko. Po dwóch latach ślad po urazie zaniknął, a po przybyciu do Stanów kontuzja była prawie całkowicie niezauważalna.

4 września 1939 roku niemieckie samoloty zaatakowały obiekty Stadniny i Stada w Janowie. 10 września stadnina otrzymała od naczelnika Wydziału Hodowli Koni w Ministerstwie Rolnictwa, Witolda Pruskiego polecenie ewakuacji na południowy wschód bez określenia miejscowości docelowej. Tego samego dnia wyruszyły ze stada ogiery dosiadane przez masztalerzy, prowadzących jednocześnie przy boku drugiego ogiera. Następnego dnia opuściło stadninę 260 koni i 19 wozów konnych ze sprzętem i paszą. Dwukilometrowa kolumna, aby uniknąć ataków lotnictwa, poruszała się tylko nocą. Pewnej nocy spłoszone i przestraszone światłami i warkotem wojskowej ciężarówki konie wyrwały się. 80 z nich uciekło. Między nimi znajdował się Witeź.

Na wieść o ataku i wkroczeniu wojsk radzieckich na wschodnie tereny Polski, kolumna zawróciła do Janowa. Po dwunastodniowej, wyczerpującej wędrówce, po pokonaniu 350 km, 24 września konie dotarły do stadniny. Ale niedługo trwał odpoczynek. Na sygnał dany przez oddziały radzieckie ludność wiosek leżących za Bugiem zrabowała i zniszczyła zabudowania stadniny. 5 ogierów arabskich i 24 klacze zostały wywiezione na Kaukaz do stadniny w Tiersku. Tak nieszczęśliwie zakończył się wspaniały rozwój janowskiej stadniny w okresie międzywojennym.

Po cofnięciu się Armii Czerwonej z terenów, na których leżał Janów i zajęciu ich przez wojska niemieckie, okupant – doceniając wartość polskich koni – zaczął odbudowywać hodowlę arabską. Doprowadzono do stanu używalności budyniu i zgromadzono w nich część koni rozproszonych podczas ewakuacji. Odnalazł się również Witeź II, którym opiekował się pracownik leśny; nie dysponując paszą dla przymierającego głodem konia, odprowadził go do stadniny. W odszukiwaniu i rozpoznawaniu koni pomogły wypalane w Janowie piętna. Witeź II na prawej łopatce miał piętno w kształcie korony z literą J, a na lewej – numer 222. Z Janowa Witeź skierowany został na punkty kopulacyjne, a w 1942 roku trafił do wołyńskiej stadniny Młynów, prowadzonej przez utalentowanego hodowcę Leonida Ter Asaturowa.

Jesienią 1942 roku pik. Gustaw Rau kierujący hodowlą koni w okupowanej Polsce i wszystkich państwach podbitych przez Niemcy, rozpoczął w czeskiej stadninie Hostownia w Sudetach program hodowli „super koni”. Zgromadzono tam 1500 koni, w tym pepiniery różnych ras. Wśród nich znalazły się polskie araby: ogiery Witeź II i Lotnik oraz klacze: Chloe, Iwonka III, Kalina, Karabela, Lituania, Sokora, Tarnina, Wierna i Zalotna. Wkrótce po zorganizowaniu stadniny, do Hostowni zaczęły zbliżać się wojska amerykańskie i radzieckie. Opiekujący się stadniną niemieccy lekarze weterynarii V. Leasing i W. Kroll, w obawie, że Rosjanie mogą zdobyte konie przeznaczyć na mięso, przedostali się przez linię rontu do sztabu Trzeciej Armii gen. Georga Pattona. Generał Patton, który był kawalerzystą i zamiłowanym koniarzem, łatwo dal się przekonać do „ewakuacji” najcenniejszych koni do strefy amerykańskiej. 28 kwietnia 1945 roku konie zostały przerzucone do odległej o 300 km stadniny Monsbah w Bawarii. Przewieziono je tam wagonami towarowymi i samochodami, a część pod komendą ltn. Williama Quinlivana, odpowiedzialnego za operację, m.in. Witeź II, Lotnik i Wierna przebyły ten dystans pod siodłem. Po krótkim odpoczynku gen. Patton, pomimo protestów Zarządu Stadnin Polskich działającego w brytyjskiej strefie okupacyjnej, jak również polskiego rządu, wydal rozkaz wysłania koni statkami do renomowanej stadniny armii amerykańskiej w Fort Royal w stanie Wirginia. W owych czasach podróż na wzburzonym morzu, w połowie zimy nie była łatwa, ale polskie konie przebyły ją w niezłej kondycji. Na statku urodził się od klaczy Iwonka Ul syn Witezia II – Wontez.

Przybycie polskich koni do Stanów Zjednoczonych zmieniło bieg historii konia arabskiego w tym kraju. Spowodowało niezwykły wstrząs hodowlany, otworzyło drogę następnej inwazji polskich arabów, która miała miejsce w 1960 roku. Największe wrażenie na hodowcach wywarły ogiery. Lotnik był koniem bez wad. Jedynie jego głowa, chociaż w typie arabskim, nie przedstawiała tak klasycznego orientalnego typu, jaki miał Wites.

Światowy autorytet w hodowli koni arabskich i znana ich miłośniczka, Gladys Brown Edwards tak opisuje Witezia: ogier ma piękną głowę, pełną ekspresji, duże oczy i cienkie uszy. Dobrą górną linię, krótki grzbiet, poziomy długi zad, postawa przednich i tylnych kończyn doskonała.

Po aklimatyzacji w Forcie Royal konie zostały wysłane do Fortu Robinson, a następnie na, będącą wówczas własnością armii, Farmę Kellogga w Pomona w stanie Kalifornia. Witeź II był tam czynny jako reproduktor aż do momentu, kiedy rząd Stanów Zjednoczonych zdecydował, że koń nie będzie więcej używany w wojsku. 25 maja 1949 roku w Fort Reno zorganizowano aukcję, na której sprzedano 12 koni arabskich. Średnia cena wynosiła 1467,70 USD. Witeź II został zakupiony przez miłośnika polskich koni, prezesa International Arabian Horse Association, E. E. Hurlbutta za rekordową sumę 8100 USD. Dla porównania cena za roczną klaczkę wynosiła wtedy 600 dolarów.

Na farmie państwa Hurlbutt – Colarabia w Kalifornii, Witeź II wysoko ceniony jako reproduktor spędza! spokojnie, z dala od burzliwej, wojennej przeszłości, ostatnie lata swego pełnego przygód życia. Czas wypełniały liczne wizyty hodowców i wielbicieli tego wspaniałego ogiera.

Po wielkim, groźnym pożarze, który zniszczył 70 tys. akrów sąsiadujących ze stadniną lasów, właściciele zdecydowali przekazać stado zaprzyjaźnionym hodowcom, od wielu lat propagującym polskie konie – Barrowi i Lou Betts.

Witeź II, jego syn Witezar oraz ich „harem”, składający się z 20 klaczy z krwią Witezia i 8 ze Skowronkiem w rodowodach, przewiezione zostały do Kolorado olbrzymim wagonem – „Palas Car”. Wagon do przewozu tak dużej liczby koni i ich obsługi w komfortowych warunkach, zbudowany został specjalnie przez Union Pacific Railroad. Po 62-dniowej podróży konie przybyły na miejsce, uroczyście witane przez ekipy filmowe, prasowe, fotoreporterów i licznie zebrane tłumy. Na farmie Circle 2 Arabians konie umieszczono w nowo wybudowanych stajniach i założonych pastwiskach.

Ażeby utrwalić i uczcić pamięć Witezia II, uznanego w jego drugiej ojczyźnie za jednego z największych progenitorów rasy – „super sire”, wzbudzającego powszechny podziw i uwielbienie, Lou Betts wybudowała na farmie muzeum pamiątek po ogierze.

Na uroczystym otwarciu powiedziała: Tutaj na skrzyżowaniu dróg Zachodu, mamy nadzieję, że „Witezeum” będzie Mekką dla miłośników konia arabskiego ze wszystkich stron świata. My chcemy, aby było ono nie tylko wyrazem hołdu i uznania dla wielkiego wkładu Polski do świata konia arabskiego, lecz także dla umiłowania wolności, której symbolem jest Witeź II.

W Stanach Zjednoczonych pamięć o Witeziu utrwalana jest przez „Witeź II Fan Club”, zrzeszający hodowców i wielbicieli potomstwa tego ogiera oraz duże grupy młodzieży zainteresowanej hodowlą koni arabskich.

Historię życia i przygody tego wielkiego ogiera opisała w książce „And Miles To Go” Linell Smith.

Jeden z największych znawców hodowli arabskiej Carl Raswan, który towarzyszył Bogdanowi Ziętarskiemu przy zakupie dla ks. R. Sanguszki Kuhailana Haifi, dziadka Witezia II, określił go jako „Living Treasure of the World” – „Żyjący Skarb Świata”.

Witeź II, reprezentujący najlepsze linie polskie, był idealnym, klasycznym typem konia arabskiego. Przekazywał on na potomstwo silnie swoje cechy: doskonały, żywy i łagodny charakter, łatwość w treningu i użytkowaniu, dużą urodę, szybkość, wytrzymałość i zdolności regeneracyjne. Konie z jego krwią cechuje długi wykrok w stępie, szybki i długi kłus oraz dobra akcja w galopie.

Potomstwo Witezia II zwyciężało we wszystkich konkurencjach pokazów. Konie po Witeziu w pierwszym pokoleniu zdobyły 19 Narodowych Czempionatów, a w drugim aż 63 Narodowe Czempionaty.

Już w pierwszym występie na pokazach w 1953 roku Witeź II zdobył tytuł „Pacific Coast Champion”, a jego syn Zitez został w tej konkurencji Wiceczempionem. Sukces ojca powtórzyli jego synowie Zitez i Natez (dwukrotnie).

Konie po Witeziu II zajmują lokaty Top Ten w Narodowych Czempionatach USA i Kanady: Yatez, Fertezza, Nitez, Nirzan, Witezar, Black Magie, Tango (2x), Natez, Faro, Ibn Witez, Amatez i Bolero, którego syn Zarazo w 1968 roku zdobył Narodowy Czempionat Ogierów.

Wielokrotnie imię Witezia występuje w rodowodach najlepszych „cutting horses” – koni pracujących z bydłem. Klasy dla tych koni, wprowadzone do programu pokazów w 1950 roku, stają się coraz bardziej popularne.

Krew Witezia przebija w rodowodach koni odnoszących największe sukcesy w rajdach długodystansowych. Wnuk Witezia II, Wotezarif, syn Witezara, trzy razy z rzędu zwyciężył w Trevis Cup, którego ukończenie jest dużym osiągnięciem.

Zwycięzcą pierwszego wyścigu dla koni arabskich, rozegranego w Stanach Zjednoczonych na dystansie 2 i 1/2 mili w 1959 roku, był syn Witezia II – Ofir od klaczy Tiara. Gonitwę tę wygra! jeszcze dwa razy i raz zajął w niej drugie miejsce.

Potomstwo Witezia II wykazywało uzdolnienia do skoków i odnosiło zwycięstwa w zawodach z przeszkodami.

Najlepsze konie pochodziły z połączenia Witezia II z córkami synów polskiego ogiera Skowronek, wyhodowanych w Anglii: Raseyna i Rafflesa. Tę kombinację rodowodową nazwano „golden cross” – „złotym połączeniem”. Dzięki takiemu „złotemu połączeniu*’ Witeź II x Raseyn powstała ogromna liczba czempionów w klasach performance (użytkowych), zwłaszcza w wyścigach, rajdach i trialu. Raseyn przekazywał wybitne uzdolnienia atletyczne.

Jednym z najwybitniejszych synów Witezia II był Nitez, rezultat takiego właśnie „Złotego Połączenia”, od córki Raseyna, klaczy Nafa. Ogier ten był również znany z przekazywania genów maści karej, niezbyt często spotykanej u koni arabskich.

Natomiast od córek Rafflesa po Witeziu II uzyskiwano konie równie atletyczne, co obdarzone wielką urodą.

Widzimy więc, że Witeź II był bez wątpienia pionierem dziedzictwa polskich koni arabskich w Stanach Zjednoczonych.

Koniem, który w tym samym okresie miał swój udział w popularyzacji polskiego araba w USA był syn Witezia – gniady Wisok. Hodowli Stadniny Koni w Janowie Podlaskim, urodzony w 1944 roku w Hostowni od klaczy Sokora po Hardy, zaginął wraz z matką podczas działań wojennych 1944 roku. Oba konie zostały odnalezione w Niemczech. Sokora wróciła do Polski, a Wisok, jako dwuletni przybył do Stanów Zjednoczonych wraz z grupą koni wysłanych przez gen. Pattona. Podczas podróży do Kalifornii uległ poważnej kontuzji. Przeznaczonego na rzeź „adoptował” pracownik stadnin remontowych. Do roku 1960 Wisok używany był w hodowli koni półkrwi i miał tylko jednego potomka rasy arabskiej. Służył jako idealny koń dla dzieci, na paradach i do pracy z bydłem. Miał reputację konia zdolnego do bardzo szybkiego stępa. W ostatnich latach życia zostawił szereg źrebiąt czystej krwi arabskiej.

Ogierem, który odegrał znaczącą rolę w hodowli europejskiej w okresie po II wojnie światowej, był inny syn Witezia II, efektownej, „brązowo-miedzianej maści ogier Wisznu, hodowli Fryderyka Piotraszewskiego, urodzony w 1943 roku w Olyce, od janowskiej klaczy Malaga po Mazepa II. Jako roczny ogierek podzielił los innych koni, ewakuowanych w 1944 roku pieszo, przez pól Europy, do północnych Niemiec. Tam, w bardzo złej kondycji, sprzedany został niemieckiemu farmerowi, który odsprzedał go do cyrku „Apollo11. W cyrku pokazywany był w ujeżdżeniu wyższą szkolą. W wyniku nieszczęśliwego wypadku podczas tresury stracił oko. Na zlecenie Gertraute Griesbach – znanej hodowczyni (zwanej niemiecką Lady Wentworth), właścicielki słynnej stadniny Achental (porównywanej z Crabett Park), Wisznu, po długich poszukiwaniach, został odnaleziony i zabrany z „Apollo Circus11 do Achental przez młodą wielbicielkę polskich koni arabskich, Liselotte Tarakus. Zamiłowanie do koni arabskich odziedziczyła również córka pani Griesbach – Imielin, lekarz weterynarii. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych Imielin, wraz z częścią stada matek oraz jednym synem ogiera Wisznu i importowanym z Polski ogierem Bibars po Witraż, przeniosła się do Argentyny, zakładając tam stadninę, która wywarła duży wpływ na hodowlę Południowej Ameryki.

Wisznu pozostał w Achental, gdzie z doskonałymi klaczami zgromadzonymi przez Gertraute Griesbach dał bardzo cenione w Niemczech potomstwo. W roku 1964, na skutek różnych okoliczności, G. Griesbach przeniosła swoją stadninę do Stróhen, należącego już wtedy do rodziny Ismer. Wisznu, wydzierżawiony stadninie Stróhen, doczekał tam swoich ostatnich dni. Padł nagle 22 sierpnia 1968 roku.

Pozostałe potomstwo Witezia II urodzone w Polsce – tj. klacze: Wieszczka, siwa, od Kalina, ur. 1943, hodowli księcia J. Radziwiłła w Ołyce i Wiklina, kasztanka, od Kalina Wnuczka, ur. 1943, hodowli Władysława Kołaczkowskiego w Dobużku oraz ogiery: Wiwat 1943 i Wiktor 1945 od Iwonka III, obydwa maści kasztanowatej, urodzone w Hostowni – w hodowli nie zaistniało.

Witeź II zakończył życie spokojnie, na pastwisku, 10 czerwca 1965 roku. Zostawił po sobie w USA 215 źrebiąt i jest dziadkiem 3534 wnuków. Jego potomstwo liczy obecnie kilka tysięcy koni.

Autor: Zenon Lipowicz

Licencja udzielona przez rodzinę Pana Zenona Lipowicza dla BoberTeam, na potrzeby projektu Legendy Polskiego Jeździectwa

Promotor Legendy: Andrzej Novak-Zempliński

oo gniady (Kuhailan Haifi or. ar. — Dziwa po Aby Mlech) ur. 1933, zm. 1948, hod. SK Janów Podlaski

Ofir 1933, chowu janowskiego. Uważany jest za najlepszego ogiera, jaki był w Janowie w okresie między pierwszą a drugą wojną światową.

fenomen-ofira
Prof. Witold Pruski pisze o Ofirze tak:

„Na arenie międzynarodowej nie uzyskałby z pewnością takiego uznania jak w Polsce i nie otrzymałby najlepszych klaczy. W Janowie natomiast pozostawił z pięknymi tamtejszymi klaczami przednie potomstwo, jak Witraż 1938, Wielki Szlem 1938 oraz Witeź II 1938. Ofir niestety krył w Janowie tylko przez trzy sezony, 1937—1939. Sądząc z tego, że w pierwszej od razu stawce potomstwa dał trzy tak doskonałe ogiery jak wymienione, można przypuszczać, że dla Janowa był to reproduktor szczególnie odpowiedni. Jednak nie sądzone mu było długo przebywać w rodzimej stadninie. Poszedł do Terska na północnym Kaukazie, gdzie już nie dał tej klasy potomstwa co w Janowie. Krył w Tersku w latach 1940—1948 i tam padł w 1948 r. Stał się głównym kontynuatorem rodu męskiego importowanego z Arabii w 1931 r. przez Romana księcia Sanguszkę – Kuhailana Haifi.”

Patron Honorowy: Krzyształowiczówny (Jadwiga, Barbara, Anna i Marta)

Mecenas:

Opiekun: Marek Trela

SK w Janowie Podlaskim nierozerwalnie kojarzy się z postacią jej wieloletniego dyrektora. Legendą stał się jeszcze za życia.

Andrzej Krzyształowicz urodził się w Wiedniu w 1915 roku. Od dzieciństwa był związany z rolnictwem dzięki ojcu, który w owym czasie administrował majątkiem Dzieduszyckich w Zarzeczu. W 1923 roku rodzina przeniosła się do Łańcuta, gdzie Kazimierz Krzyształowicz został dyrektorem naczelnym majątków hrabiego Alfreda Potockiego. W skład licznych posiadłości hrabiego wchodziła również Albigowa ze stadniną koni pełnej krwi angielskiej. Tam też, pod okiem ówczesnego kierownika stadniny Bolesława Orłosia, młody człowiek rozbudził w sobie zainteresowania hodowlą koni i jazdą konną. Tam również zobaczył pierwszego konia czystej krwi arabskiej, mianowicie sprowadzonego z Egiptu ogiera Kafifana. Koń ten był maskotką oraz powodem dumy właściciela i prezentowano go odwiedzającym stadninę licznym gościom hrabiego. Być może ten pierwszy kontakt z koniem arabskim zadecydował o dalszych kolejach losu młodego człowieka.

Jednakże, po uzyskaniu matury w 1933 roku we Lwowie, Andrzej Krzyształowicz postanowił poświęcić się bardzo modnemu wówczas wśród młodych ludzi lotnictwu i złożył dokumenty do szkoły w Dęblinie. Plany te pokrzyżowane zostały przez drobne problemy zdrowotne i ostatecznie trzeba było zdecydować się na inny zawód. W tej sytuacji wybór padł na dziedzinę od dzieciństwa mu najbliższą, czyli na rolnictwo. Studiując na Wydziale Rolniczym i Leśnym Uniwersytetu Poznańskiego poznawał zawód, który wykonywać mu przyszło do końca życia. Rodzina w tym czasie przeniosła się do Surochowa, gdyż ojciec podjął pracę u Czartoryskich w Pełkiniach. Odwiedzając rodziców, młody student utwierdził swoje zainteresowanie hodowlą koni, a szczególnie hodowlą koni orientalnych, jako że Czartoryscy posiadali konie czystej krwi arabskiej i angloarabskie.

Na trzecim roku studiów nadszedł czas na ostateczne ukierunkowanie zainteresowań, czego efektem była praca w katedrze hodowli koni. Na czwartym roku kierownik katedry, profesor Tadeusz Vetulani, dał swojemu asystentowi temat pracy dyplomowej, mianowicie opracowanie „Monografii Stadniny Koni w Janowie Podlaskim”.

Pierwsza wizyta Andrzeja Krzyształowicza w ukochanym do końca życia Janowie miała miejsce 5 lipca 1937 roku, kiedy tu przyjechał, aby zebrać materiały do pracy dyplomowej. W Janowie spotkał kończącego właśnie praktykę studenta Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie Władysława Bielańskiego, późniejszego profesora i światowej sławy specjalistę w dziedzinie rozrodu koni, z którym połączyła go wieloletnia przyjaźń. Czas spędzali praktykanci w Janowie wyjątkowo pracowicie – poza gromadzeniem materiałów do własnej pracy i zapoznawaniem się z codziennymi zajęciami stajennymi musieli bowiem nauczyć się rozpoznawać wszystkie konie, co było bardzo stanowczo wymagane przez dyrektora Stanisława Pohoskiego. We wrześniu 1937 roku skończył się pobyt Andrzeja Krzyształowicza w Janowie, a rozpoczął czas opracowania zebranych materiałów i przygotowania do obrony pracy dyplomowej. Ostatecznie, 24 czerwca 1938 roku, po zdaniu egzaminu dyplomowego, uzyskał dyplom inżyniera rolnika. Jego praca dyplomowa jest dzisiaj unikatowym źródłem wiedzy o stadninie z okresu międzywojennego. Znalazły się tam opisy obiektów stadniny ich architektury i funkcjonalności oraz charakterystyka hodowanych wówczas w Janowie ras koni wraz z pomiarami zoometrycznymi. Wojna zniszczyła wiele budynków, w tym również stajennych, i niektóre z nich po zakończeniu działań wojennych nie zostały odbudowane, co jeszcze bardziej podnosi wartość dokumentalną tego przekazu. Przedstawienie celów hodowlanych ówczesnej stadniny i sposobów ich realizacji jest ogromnie ważnym źródłem informacji dla współczesnych hodowców, niezwykle pomocnym w ich pracy, bowiem kontynuacja ówczesnej polityki hodowlanej umożliwiła współczesne sukcesy polskiej hodowli.

Dyrektor Stanisław Pohoski i dr Witold Pruski, ówczesny naczelnik Wydziału Chowu Koni w Ministerstwie Rolnictwa, wspólnie zaproponowali młodemu absolwentowi wysokie stanowisko zastępcy dyrektora Stadniny Koni w Janowie Podlaskim. W rezultacie, 1 grudnia 1938 roku Andrzej Krzyształowicz objął od razu tak eksponowane stanowisko, co dowodziło zaufania władz do zdolności młodego człowieka. Niestety, spełnienie młodzieńczego marzenia o pracy w janowskiej stadninie przypadło na tragiczny dla Polski okres utraty niepodległości i na czas zagłady kwitnącej hodowli janowskiej.

Wybuch wojny 1939 roku zastał go na posterunku w Janowie, gdzie pod nieobecność dyrektora musiał poradzić sobie w zgoła niecodziennej sytuacji, spowodowanej mobilizacją części pracowników, i zapewnić koniom opiekę, paszę oraz przygotować stadninę do warunków wojennych. Zgodnie z zarządzeniem władz o ewakuacji stadniny, blisko 200 koni, prowadzonych przez około 40 ludzi, wyruszyło wieczorem 11 września na wschód. Maszerowano nocami, co względnie zabezpieczało przed nalotami, dziesiątkującymi kolumny uciekinierów, zapełniające wówczas polskie drogi. Pod kierownictwem Stanisława Pohoskiego Andrzej Krzyształowicz poprowadził wraz z trenerem młodych koni, emerytowanym pułkownikiem Jakimowiczem, i praktykantem Adamem Sosnowskim ponad dwukilometrową kolumnę koni na południowy wschód w okolice Kowla i Kamienia Koszyrskiego (obecnie Ukraina). We wsi Wierchy, w obliczu narastającego wrogiego nastawienia miejscowej ludności, która w oczekiwaniu na wkraczające wojska sowieckie zaczynała poważnie zagrażać bezpieczeństwu ludzi i koni, zapadła decyzja o zawróceniu kolumny i powrocie do Janowa.

Kolumna wycieńczonych koni i ludzi wróciła do Janowa 24 września o godzinie 5 rano, a o 6 wjechały wojskowe pojazdy sowieckie, wiozące oddziały przejmujące kontrolę nad stadniną. Wojsko to zajęło się głównie pilnowaniem bezpieczeństwa ludności zabużańskiej, która rozpoczęła bestialską grabież wszystkiego, co było do wzięcia. W pierwszej kolejności zabierano konie, a następnie sprzęt, paszę i wyposażenie stajenne.

Nie mogąc przeciwdziałać grabieży stadniny, pozbawiony obowiązków i źródeł utrzymania, Krzyształowicz w pierwszych dniach października 1939 roku ucieka z Janowa. Wraca w styczniu 1940 roku i zatrudnia się jako masztalerz w stadninie, będącej już na obszarze objętym niemiecką okupacją. Pod komendą pułkownika Hansa Fellgiebla pracuje nad odbudową janowskiej hodowli jako koniuszy w stadzie ogierów, a później jako asystent techniczny stadniny. Bierze udział w odnajdywaniu zaginionych w czasie ewakuacji, rozproszonych w terenie koni, które później stanowić będą podstawy polskiej hodowli, zaczynającej praktycznie od niczego, gdyż po odejściu Rosjan w najbliższej okolicy stadniny odnaleziono jedynie błąkające się po lesie dwie roczne klaczki, Wierną i Wilgę, oraz osierocone źrebię od klaczy Makata, czyli Zalotną. Po kilku tygodniach przyprowadzono jeszcze, przechowaną przez pobliskiego rolnika Zarębę, klacz Najadę.

Inżynier Krzyształowicz przez cały okres okupacji niemieckiej brał aktywny udział w odtworzeniu janowskiego stada, które ostatecznie pod koniec wojny osiągnęło stan liczebny sprzed wojny, lecz oczywiście daleko mu było do dawnej jakości.

W dniu 16 lipca 1944 roku następuje kolejna ewakuacja stadniny, tym razem na zachód – do Niemiec. I teraz Krzyształowicz nie opuszcza koni i wraz z żoną Zofią i córką Jagą towarzyszy im w tułaczce pełnej niebezpieczeństw. Najpierw transportem kolejowym stadnina pokonuje trasę z Białej Podlaskiej, przez Gostynin, Görlitz, Lobau. do Reichenbach, a następnie pieszo do Sohland w Saksonii gdzie zostaje do lutego 1945 roku. W dniu 13 lutego konie i ludzie wyruszyli w dalszą drogę w kierunku Drezna. Noc z 13 na 14 lutego 1945 była chyba najtragiczniejsza w historii tego miasta. Tej nocy miał miejsce dywanowy nalot bombowców alianckich, który zniósł z powierzchni ziemi większość zabudowy Drezna. Stado ogierów, poprzedzając w marszu wolniej poruszające się klacze i młodzież, nieszczęśliwie znalazło się w strefie nalotu i straciło 22 ogiery. Ocalałe ogiery, klacze i młodzież marszem pieszym dotarły 23 lutego do Torgau, a następnie już koleją do majątku Nettelau niedaleko Kilonii, gdzie stadnina doczekała ostatecznego upadku Niemiec i wkroczenia aliantów. Już w maju 1945 roku powstał Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech, którego pierwszym komendantem został ppłk Władysław Rozwadowski. Zarządowi temu podlegały wszystkie polskie stadniny i stada ogierów znajdujące się na terenie Niemiec. Jesienią 1945 roku nastąpiła reorganizacja stadnin na wzór angielski i janowska stadnina weszła w skład Depot Koni Polskich Nr 2 jako oddział Nettelau, z Andrzejem Krzyształowiczem jako kierownikiem. Zorganizowawszy codzienne życie stadniny, od jesieni 1946 roku wysyłał on do kraju kolejne transporty koni i sprzętu stadninowego, a sam wrócił do Gdyni ostatnim statkiem wraz z najcenniejszymi klaczami czystej krwi arabskiej.

Na skutek zniszczeń wojennych Janów nie był gotowy na przyjęcie koni i stadnina janowska znalazła tymczasową siedzibę w Posadowię. Inżynier Tadeusz Rudzki, przebywający na praktyce w Posadowię w latach 1947-1948, w swoim sprawozdaniu następująco ten fakt komentuje: „Tak więc, dzięki polskiemu personelowi stadninowemu, kierownikom zepchniętym do podrzędnych stanowisk, masztalerzom, którzy opuścili swoje domy udając się na ciężką tułaczkę w nieznane, byleby tylko z umiłowanemi przez nich końmi, Państwo Polskie, a z nim i hodowla odzyskała ten cenny materiał, bez którego po obecnych zniszczeniach wojennych sytuacja hodowli koni w Polsce byłaby bardzo krytyczna” („Janowska Stadnina Orientalna w Posadowię. Sprawozdanie z rocznego pobytu opracowane przez inż. Rudzkiego Tadeusza”, 1947—1948; w Archiwum Stadniny. Dalsze cytaty pochodzą z tego samego źródła). Zaraz po przybyciu z Niemiec do Posadowa wszystkich 392 koni w dniach 11-15 listopada odbył się przegląd koni, w którym, jak relacjonował Tadeusz Rudzki, uczestniczyli: „Główny inspektor Stadnin Państwowych inż. Witold Pruski, inspektor Okręgu Poznańskiego inż. Stanisław Hay, kierownik PSO Gniezno inż. Bronisław Walicki, kierownik PSK Posadowo inż. Czesław Hincz i nieopuszczający swoich koni inż. Andrzej Krzyształowicz”.

Rzeczywistość powojenna odbiegała jednak znacznie od tego, czego mógł się spodziewać powracający do kraju Krzyształowicz, który liczył na możliwość kontynuowania pracy z końmi janowskimi w myśl hodowlanej filozofii Stanisława Pohoskiego, swego nauczyciela i twórcy przedwojennych sukcesów Janowa. Nowa rzeczywistość, kierująca się innymi wartościami, przyniosła jednak decyzje, które na długie lata zmieniły hodowlaną pozycję Janowa, usuwając w cień tę tak zasłużoną dla kraju stadninę. Próżno byłoby doszukiwać się w materiałach źródłowych powodów merytorycznie uzasadniających decyzję o rozdzieleniu stada arabskiego na trzy odrębne stadniny i wątpliwa staje się opinia o próbie uchronienia hodowli arabskiej przed likwidacyjnymi zakusami komunistów. Niestety, jawi nam się rzeczywistość, w której zwyciężają poglądy ignorujące przedwojenne dokonania Janowa na rzecz podważanych zarówno przez ówczesne autorytety (Witold Pruski Michał Jankowski), jak i współczesnych nam badaczy, zasad Carla Raswana, a właściwie Karla Schulza, o hodowaniu koni arabskich w czystości rodów.

Obiektywny zapewne obserwator, cytowany już Tadeusz Rudzki, tak zanotował: ..Nie wiem, czy przy ostatnim rozdziale czystej krwi arabskiej przeważyło zdanie dr. Skorkowskiego, czy też konieczność (z braku obiektu na ulokowanie większej grupy koni w rejonie arabskim). Rozbicie czystej krwi na mniejsze grupy sprzyjało koncepcji dr. Skorkowskiego, dość że powstały trzy stadniny arabskie, z których dwie w miarę możności mają konie w typie Kuhailan, trzecia w typie Saklawi”.

Brak obiektu na ulokowanie stada arabskiego nie mógł być racjonalnym argumentem, gdyż co prawda stajnie janowskie były częściowo zniszczone, lecz zostały szybko naprawione i już 30 października 1950 roku powróciły do domu konie półkrwi arabskiej i angloaraby. Wcześniej już działał w Janowie zakład treningowy dla młodych ogierów, a w stajniach trzymano mierzyny i kopczyki podlaskie.

Ostatecznie jednak konie janowskie rozdzielono i rozesłano do świeżo zakładanych stadnin w Albigowej, Nowym Dworze i Klemensowie-Michalowie. Pozbawiony w ten sposób uratowanych przez siebie koni, Andrzej Krzyształowicz dostaje w grudniu 1951 roku służbowe polecenie objęcia stanowiska rejonowego inspektora hodowli koni na województwa południowo-wschodnie z nakazem przeniesienia się wraz z żoną i czterema córkami do PSO Białka. Z nowych obowiązków wywiązuje się jak zwykle doskonale. Nadzoruje hodowlę w państwowych stadninach w rejonie, gdzie zlokalizowano hodowlę arabów, a więc nie traci kontaktu ze swymi niedawnymi podopiecznymi, marząc jednak ciągle o ich powrocie do domu. Dnia 1 lipca 1956 roku wreszcie powraca do swego Janowa, gdzie po pewnym czasie obejmuje stanowisko dyrektora. W odbudowanych janowskich stajniach były już konie półkrwi, a w latach 1960 i 1961, po likwidacji stadnin w Albigowej i nowym Dworze, dołączyły do nich konie czystej krwi arabskiej. Skończył się okres tułaczki, a rozpoczął czas spokojnej pracy hodowlanej.

Konie czystej krwi arabskiej, hodowane w polskich stadninach państwowych, zwróciły uwagę hodowców zagranicznych i od wczesnych lat sześćdziesiątych rozpoczął się na coraz większą skalę ich eksport. Rosnące zainteresowanie polskimi końmi spowodowało konieczność uporządkowania handlu i w tym celu w 1970 roku zorganizowano w Janowie pierwszą aukcję. Sukces tej aukcji udowodnił celowość takiej właśnie formy sprzedaży, a efekty tego obserwować można obecnie, kiedy aukcja janowska obchodzi kolejne jubileusze i stała się imprezą o najdłuższej tradycji na świecie. Organizatorem, gospodarzem, „dobrym duchem” i żywą legendą kolejnych aukcji był dyrektor Andrzej Krzyształowicz. Jemu należy zawdzięczać powodzenie w sprzedaży koni janowskich i w organizowaniu kolejnych aukcji. Rosnąca popularność polskich koni i ich sukcesy na zagranicznych pokazach wskazały na konieczność organizacji i u nas pokazów hodowlanych. które poza kwalifikowaniem koni do konkursów międzynarodowych prezentowałyby aktualne dokonania polskich hodowców. W sposób oczywisty wybór miejsca i czasu padł na Janów i dni poprzedzające jego aukcję. Zwiększyło to zakres zadań, za które odpowiedzialny był dyrektor janowskiej, stadniny, i oczywiście temu nowemu wyzwaniu inż. Krzyształowicz doskonale podołał, tak dzięki doskonałej organizacji tych imprez, jak i wynikom koni prezentowanych przez janowską stadninę.

Na stanowisku dyrektora stadniny Andrzej Krzyształowicz pozostał do przejścia na emeryturę w dniu 1 kwietnia 1991. Po przejściu w stan spoczynku prawie do ostatnich chwil swego życia nie tracił kontaktu z końmi, służąc też zawsze chętnie radą i pomocą swoim następcom.

O jego znakomitych dokonaniach hodowlanych świadczą sukcesy licznych wychowanków na pokazach hodowlanych, torach wyścigowych i hipodromach w Polsce i na świecie. I tak, w dziale czystej krwi arabskiej wyhodowane przez Andrzeja Krzyształowicza konie zdobyły: 22 tytuły czempionów Polski; zwycięstwa w czempionatach USA, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Belgii, Francji, Włoch, Niemiec, Anglii, Kanady, Brazylii; 18 zwycięstw w Derbach Arabskich.

Dział półkrwi angloarabskiej dostarczył niezliczone ogiery do PSO, bezcenne klacze hodowlane do hodowli terenowej i wiele doskonałych koni do sportu.

Złoty medal olimpijski w skokach przez przeszkody, zdobyty przez Jana Kowalczyka na janowskim Artemorze, jest najlepszym dowodem najwyższej jakości koni hodowanych przez Andrzeja Krzyształowicza, który był też wychowawcą wszystkich powojennych pokoleń hodowców koni w Polsce, stanowiąc dla nich wzór fachowości, sumienności, oddania służbie i prawości. Zmarł w Janowie Podlaskim 19 września 1998 roku i pochowany został na miejscowym cmentarzu.

Autor: Marek Trela

Andrzej Krzyształowicz z Markiem Trelą
Andrzej Krzyształowicz i Aloes, sprzedany do USA w 1987 roku, za kwotę 350 000 USD

Promotor Legendy:

ROMAN PANKIEWICZ, hodowca z SK Albigowa konia BASK, który został okrzyknięty „objawieniem ameryki”, tak w Kurierze Arabskim 19/20/1998, opisuje ród KUHAILAN HAIFI or.ar. sprowadzonego przez BOGDANA ZIĘTARSKIEGO:
„Kuhailan Haifi or.ar. został zakupiony od Beduinów przez Bohdana Ziętarskiego w 1931 roku dla Gumnisk księcia Sanguszko, które były spadkobiercą słynnej Sławuty. Ogier ten już przy zakupie zachwycił swą urodą nawet takiego znawcę jakim był B. Ziętarski. Niestety padł już w 1934 roku pozostawiając niewielką liczbę potomstwa, ale pośród nich był wspaniały Ofir 1933 (od Dziwa po Abu Mlech – którą uważano za najcenniejszą klacz w okresie międzywojennym).

Ofir został szeroko użyty w PSK Janów Podlaski. Niestety prawie całe jego potomstwo zostało zabrane do ZSRR w 1939 roku lub padło podczas działań wojennych. Pozostało tylko parę córek oraz czterech synów, z których Wyrwidąb 1938 został zabrany do Niemiec, Witeź II 1938 zabrany do USA (bardzo zasłużony dla tamtejszej hodowli) oraz Wielki Szlem 1938 i Witraż 1938, które zostały użyte do hodowli w Polsce.

Najbardziej zasłużył się w polskiej hodowli Wielki Szlem 1938 (od Elegantka po Bakszysz – jedna z najcenniejszych polskich klaczy). Dał on potomstwo urodziwe i dzielne. Jego syn Czort 1949 (od Forta po Kuhailan Abu Urkub – bardzo cenna matka) sam biegał doskonale i takie też dawał w większości potomstwo. Jego syn El Paso 1957 (od Ellora po Witraż – cenna matka ogierów) był wypożyczony do USA, gdzie zdobył tytuł Championa USA. Po powrocie do kraju użyty był do hodowli i w połączeniu z klaczą Etruria 1975 (Championka Polski, Europy i Świata) dał ogiera Etogram 1981 – Championa Polski Ogierów Starszych 1994, inbredowanego w III i IV pokoleniu na bardzo cenną Elzę 1942, od której wywodzi się szereg ogierów. Jego uroda i wspaniały rodowód predysponują go na cennego reproduktora.

Drugim synem El Paso użytym do hodowli w Polsce jest Europejczyk 1982 (od Europa po Bandos – Championka Polski Klaczy) Champion Ogierów 1988, dzielny na torze wyścigowym (wygrał Derby, Porównawczą i wszystkie gonitwy, w których startował). Jest już używany w hodowli jego syn Egzamin 1989 (od Eza po Bandos od Eufonia – jedna z najcenniejszych klaczy w Kurozwękach). Pochodzeniem nie ustępuje on ojcu. na jego potomstwo będziemy musieli jeszcze poczekać parę lat.

Bardzo zasłużył się w hodowli drugi syn Ofira – Witraż 1938 (od Makata po Fetysz – bardzo urodziwa klacz). Był on urodziwszy od Wielkiego Szlema i dawał też piękniejsze potomstwo, ale już nie tak dzielne na torze wyścigowym. Jego bardzo zasłużonym synem był Celebes 1949 (od Canaria po Trypolis – bardzo cenna klacz), który po użyciu w cyrku został szeroko użyty w hodowli.

Jednym z synów Witraża sprzedanym do USA był Bask 1956 (od Bałałajka po Amurath Sahib) nazwany ” objawieniem Ameryki ” . Zdobył on szereg Championatów USA, był wspaniałym reproduktorem, ojcem championów i championek, dał ponad 1000 sztuk potomstwa w USA. Jednym z jego najcenniejszych synów w USA był Gdańsk 1968 (od Gdynia po Comet od Gwozdawa po Nabor) łączący w sobie krew obu tych wspaniałych reproduktorów.

Do Polski w 1992 roku została zakupiona z USA klacz sh Carmen 1984, źrebna ogierem Tabasco 1982, który jest wnukiem ogiera Gdańsk. Klacz ta urodziła w Polsce w 1993 roku ogierka Cliinntonn. Jest to koń o czysto polskim rodowodzie. Pokazany w 1997 roku w Warszawie na Pokazie Koni Własności Hodowców Prywatnych w Polsce zajął tam I miejsce w swojej klasie, zdobył tytuł Championa Ogierów Starszych, a także został uznany przez publiczność za Najpopularniejszego Konia Pokazu. Tytuł ten w pełni mu się należy…”

Kliknij poniższe linki, aby przejść do powiązanych materiałów w Polskiej Cyfrowej Bibliotece Jeździeckiej:

„Ród ogiera Kuhailan Haifi” (1984) – Roman Pankiewicz