Wpisy

Promotor Legendy:

xo siwy (Rittersporn – Jordi / Shagya X-3) ur. 1937-03-02,
hod. SK Wojcieszków

Tak dr. Stanisław Deskur pisze o polskim reproduktorze stulecia, założycielu najwybitniejszej linii hodowlanej koni sportowych w Niemczech.

Ramzes został wyhodowany w stadninie Wojcieszków i zakupiony na początku 1940 roku do Państwowego Stada Ogierów w Janowie Podlaskim. Nic wówczas nie wskazywało na to, że ogier ten okaże się w przyszłości reproduktorem stulecia i jego progenitura będzie odnosić sukcesy w najpoważniejszych konkurencjach hipicznych na skalę ogólnoświatową. Dzięki przekazom dyrektora stada w Janowie Podlaskim, inż. Tadeusza Marchowieckiego, na terenie działalności którego znajdowała się Stadnina Wojcieszków, znamy historię Ramzesa począwszy od wieku źrebięcego.

Jak wspominałem, ojcem Ramzesa był urodzony w Belgii ogier pełnej krwi angielskiej Rittersporn, który brał udział z dobrymi wynikami w wyścigach przeszkodowych w Niemczech. W ramach odszkodowań wojennych trafił do Polski i został włączony do Państwowego Stada Ogierów w Janowie Podlaskim. Pochodził z linii znanego ogiera Le Sancy, który przekazywał uzdolnienia do skoku.

Rittersporn, stojąc na punkcie kopulacyjnym w Łabuniach k. Zamościa, dał w rocznikach 1926 i 1927 – 8 bardzo dobrych koni konkursowych i zyskał sobie doskonałą renomę, toteż wielu oficerów kawalerii pragnęło mieć wierzchowca po tym ogierze. W związku z tym remonty po Ritterspornie szły do wojska jak przysłowiowa woda. Niemniej, publikowane w okresie międzywojennym spisy koni zarejestrowanych przez Polski Związek Jeździecki nie podają żadnych innych koni po Ritterspornie – poza wspomnianymi ośmioma – które miały znaczniejsze osiągnięcia hipiczne. Również w hodowli potomstwo tego ogiera nie wyróżniało się. Zakupiono 3 jego synów do Państwowych Stad Ogierów, z których jeden po dwóch sezonach kopulacyjnych został wybrakowany. Rittersporn od lat 1930. i prawdopodobnie do końca życia stał w Stadninie Wojcieszków (pow. Łuków). Stadnina ta liczyła około 30 klaczy hodowlanych i należała do Marii Zyberk-Plater, która – jak ją charakteryzował dyrektor Marchowiecki – „nie znała się na koniach, ale lubiła je bardzo i dobrze żywiła”. Jak wykazał przykład Ramzesa, w pewnych przypadkach te atrybuty właściciela-hodowcy mogły zapewnić sukces.

W 1929 r. Maria Plater zakupiła na licytacji w Państwowej Stadninie w Janowie Podlaskim roczną klaczkę o nazwie Jordi, którą stadnina wybrakowała, a więc w opinii tamtejszych specjalistów nie rokowała ona nadziei, że wyrośnie na dobrą klacz stadną,

Jordi miała bardzo dobre pochodzenie. Jej babka, klacz Astarte urodziła się w znanej stadninie austriackiej Radowce (obecnie Rumunia) i według obowiązującego tam nazewnictwa jej oryginalna nazwa brzmiała 264 Amurath-8. Rodowód Jonii (vide: załączony rodowód Ramzesa) był przesycony krwią orientalną. Pochodziła z rodziny oznaczonej w Radowcach cyfrą rzymską III, sięgającej początków XIX w. Trzyletnią Jordi włączono w Wojcieszkowie w poczet klaczy-matek. Pech jednak chciał, że Jordi złamała przednią nogę. W ówczesnym stanie wiedzy weterynaryjnej klaczy groziło zgładzenie, lecz właścicielka nie dopuściła do tego.

Klacz powieszono na pasach, a lekarz weterynarii kończynę złożył ujmując w drewniane łupki. Noga zrosła się, ale krzywo. Klacz silnie kulała i o jakimkolwiek: użytkowaniu poza hodowlą nie było mowy. Wówczas w parku w Wojcieszkowie wybudowano drewnianą stajenkę z trawiastym wybiegiem i tam Jordi, wraz ze swoimi kolejnymi źrebiętami spędzała co roku czas od wiosny do późnej jesieni. Jej trzecim kolejnym źrebięciem był Ramzes. Dyrektor Marchowiecki często bywał służbowo w Wojcieszkowie i obserwował małego Ramzesa, który robił wrażenie, że wyrośnie w przyszłości na ogiera kwalifikującego się do hodowli. Niestety, małego Ramzesa prześladował rodzinny pech. Wczesną wiosną 1938 r. dobrze rozwinięty i wyrośnięty oraz zawsze czupurny Ramzes przy zabawie ze swoimi . rówieśnikami tak niefortunnie się przewrócił do tyłu, że przez kilka dni nie mógł się podnieść. Maria Plater i w tym przypadku odrzuciła sugestię, że Ramzesa nie warto dłużej męczyć i powinien być zgładzony. Masażami i ciepłymi okładami lędźwi doprowadzono do tego, że po kilku dniach Ramzes podtrzymywany przez ludzi wstawał i chwiejnie utrzymywał się na nogach. W następnym okresie jakby uczył się chodzić, a chwiejny ruch zadem utrzymywał się przez dłuższy czas. Niemniej, ten stan uległ poprawie i w lecie 1939 r. niewtajemniczeni nie zauważali u Ramzesa przebytego niedowładu krzyża i żadna tego rodzaju dolegliwość później u niego nie występowała. Jak wcześniej wspomniałem, Ramzes został zakupiony do Stada Ogierów w Janowie Podlaskim w 1940 roku. Według dyrektora Marchowieckiego reprezentował on typ urodziwego kalibrowego polskiego anglo-araba, o około 160 cm wzrostu, maści siwej z ciemną grzywą i ogonem, o suchej kształtnej głowie z wyrazistymi oczami, długiej szyi, wydatnym kłębie, prawidłowych lędźwiach oraz długim i dobrze umięśnionym grzbiecie. Był głęboki, miał kończyny o prawidłowej postawie przy nieco okrągłych przednich nadpęciach. W ruchu Ramzes był bez zarzutu, gdyż miał stęp długi i posuwisty, energiczny kłus i długi, dużo terenu kryjący galop.

Przez cały okres wojenny w sezonach kopulacyjnych Ramzes był wysyłany na punkty rozpłodowe w okolice Kałuszyna. Co roku po powrocie z punktów – jak wszystkie młode ogiery w stadzie ogierów w Janowie Podlaskim – musiał z reguły dwa razy w tygodniu brać udział w ciężkich biegach myśliwskich za psami, w terenie najeżonym wieloma trudnymi przeszkodami. Ramzes wyróżniał się dobrymi i precyzyjnymi skokami, jego wadą była jednak niechęć do przeszkód wodnych, którą przekazywał niektórych swoim potomkom. Musiał być dobrym koniem wierzchowym, skoro stale jeździł na nim w czasie kadrylów ówczesny koniuszy stada, a w przyszłości dyrektor stadniny w Janowie Podlaskim, inż. Andrzej Krzyształowicz. Niezależnie od tego, Ramzes był ujeżdżony w zaprzęgu i chodził w zaprzęgach czterokonnych.

W lipcu 1944 r. Ramzes razem z całym Stadem Ogierów z Janowa Podlaskiego został ewakuowany, osiągając jako ostateczne miejsce postoju Cleverhof L. Lubeki. Po zakończeniu wojny większość polskich koni hodowlanych znajdujących się w Niemczech zwrócono do kraju, pozostawiając kilka szczególnie utalentowanych do sportu na terenie zachodnich Niemiec, do reprezentowania naszej hodowli. Wśród nich został Ramzes, dosiadany wówczas przez por. Bieleckiego.

Gdy por. Bielecki wyemigrował do Kanady, nabył Ramzesa baron Clemens von Nagel-Doornick, właściciel stadniny Vornholz (Westfalia), liczącej około 30 klaczy stadnych. Baron von Nagel – jak wspomniałem w poprzednich „Wiadomościach Zootechnicznych” – był w czasie wojny komendantem stadniny w Racocie, a ponieważ przyzwoicie się zachowywał, co poświadczyli jego polscy pracownicy, mógł po zakończeniu wojny zająć się swą hodowlą koni. Jego ideą było wyhodowanie dobrych koni, przede wszystkim do dyscypliny ujeżdżenie i skoki przez przeszkody, które zapewniłyby jeździectwu niemieckiemu kontynuację osiągnięć z okresu międzywojennego. Będąc synem dyrektora stadniny w Beberbeck, miał tam okazję te konie dobrze poznać i postanowił zrealizować swe plany w oparciu o nie. Wyszukał nieliczne egzemplarze koni z krwią beberbecką, pozostałe w Niemczech. Użył ogiera Oxyd (lrrlehrer-Oxalis) i klaczy hanowerskich po ogierach beberbeckich. Wykorzystał również polskiego ogiera Zew, hodowli Jezierskiego z Worotniowa (pow. Łuck), pochodzącego po ogierze pełnej krwi angielskiej i od oryginalnej klaczy beberbeckiej.

W Vornholz została przygotowana pierwsza powojenna niemiecka ekipa olimpijska startująca w dyscyplinie ujeżdżenie w Helsinkach w 1952 r., dosiadająca koni wyhodowanych w tejże stadninie według wyżej omawianej koncepcji hodowlanej. Ekipa ta zdobyła brązowy medal Istniały szanse powtórnego wysłania tych samych koni na olimpiadę w Sztokholmie w 1956 r., jednak jeden z koni zakulał i musiano go wymienić. Ta ekipa również wróciła z brązowym medalem, w tym jeden z koni hodowli z Vornholz zdobył też medal brązowy indywidualnie. Dalsze olimpijskie sukcesy koni hodowli barona von Nagel były imponujące. W Tokio w 1964 r. ekipa RFN zajęła w ujeżdżeniu zespołowo pierwsze miejsce. W tej ekipie brał udział Remus zdobywając indywidualnie medal srebrny. W Meksyku w 1968 roku ekipa RFN zajęła w tej samej konkurencji to samo miejsce, a uczestniczący w niej Mariano indywidualnie też medal srebrny. W Monachium w 1972 r. w ekipie RFN, która zdobyła złoty medal w skokach przez przeszkody, wystąpił wałach Robin. Te trzy konie – Remus, Mariano i Robin są już synami Ramzesa. Ramzes przez pierwsze lata pobytu w Vornholz występował w konkursach hipicznych pod doskonałym niemieckim jeźdźcom Brinckmannem osiągając niezłe wyniki na skalę krajową Prawdopodobnie baron von Nagel chciał sprawdzić wartość użytkową tego ogiera. Karierę sportową zakończył Ramzes w 1948 r. łamiąc nogę na treningu. Z pewnością był to zły omen, gdyż jak pamiętamy matka jego też złamała nogę, a ojciec – ogier Rittersporn złamał nogę dwa razy. W tym przypadku baron von Nagel mógł się obawiać występowania predyspozycji dziedzicznych; szczęśliwie w potomstwie Ramzesa takie przypadki nie miały miejsca.

Do użycia Ramzesa w hodowli mogły również zrażać niepowodzenia z okresu międzywojennego w Racocie – próby łączenia klaczy hanowerskich i holsztyńskich z ogierami racowieckimi – które to niepowodzenia były z pewnością baronowi von Nagel znane. Ponadto, w historii hodowli koni nie notowano przypadku, by reproduktor posiadający w swym rodowodzie tak duży dolew krwi orientalnej, jaki charakteryzował Ramzesa, dał wyróżniające się w sporcie hipicznym potomstwo. W tym przypadku baron von Nagel wykazał ogromną intuicję hodowlaną, przeznaczając w Vomhoiz boks ogiera czołowego – Ramzesowi. Ramzes stał tam aż do swej śmierci w 1966 r. W opinii niemieckich sfer hodowlanych żaden tamtejszego czy też zagranicznego pochodzenia reproduktor nie osiągnął kiedykolwiek równie pozytywnych wyników z klaczami miejscowymi jak ten polski anglo-arab. Ramzes dał liczną grupę wybitnych koni sportowych, zasłużonych również w hodowli. Był okres, kiedy każdy ze znanych jeźdźców w RFN dosiadał konia pochodzącego po tym ogierze. Z synów Ramzesa szczególnie wyróżnili się w hodowli Radetzki i Raimond. Pra-prawnuk pierwszego, ogier Rembrandt, opisywany jako koń, który nie miał sobie równego, jeżeli chodzi o dynamikę ruchu, pod swą młodą amazonką Nicole Uphoff zdobył indywidualnie i zespołowo złoty medal na dwóch kolejnych olimpiadach – w Seulu w 1988 r. i w Barcelonie w 1992 r. Był to wyczyn nie notowany w historii Igrzysk Olimpijskich.

Natomiast syn Raimonda – ogier Ramiro jest współcześnie ojcem znakomitych koni skoczków. Jego córka Ratina-Z na Olimpiadzie w Barcelonie w 1992 r. zdobyła indywidualnie srebrny i zespołowo złoty medal dla ekipy holenderskiej. Ponadto, pod niemieckim czołowym jeźdźcem L. Beerbaumem zajęła pierwsze miejsce w 1993 r. w Pucharze Świata w Göteborgu. Na ostatniej Olimpiadzie w Atenach syn Ramiro, doskonale skaczący ogier Royal Kaliber zdobył zespołowo srebrny i indywidualnie brązowy medal dla ekipy USA.


Autor: dr Stanisław Deskur
źródło: Hodowla koni w Polsce (VII) – Ramzes
„Wiadomości Zootechnicznych” (nr 4/2004)


Licencja udzielona przez Pana dr Stanisława Deskur oraz Instytut Zootechniki w Balicach – Wydział Hodowli Koni, dla BoberTeam, na potrzeby projektu Legendy Polskiego Jeździectwa. Prawa zastrzeżone.

Kliknij poniższe linki, aby przejść do powiązanych materiałów w Polskiej Cyfrowej Bibliotece Jeździeckiej:

„Hodowla koni w Polsce (VI)” (2004) – Stanisław Deskur

Rodowód Ogiera Ramzes

Legenda:
kolor czerwony: konie pełnej krwi angielskiej
kolor niebieski: konie czystej krwi arabskiej i chowane w czystości
kolor czarny: konie półkrwi arabskiej i anglo-arabskiej

Patron Honorowy: Joanna Jaśkowiak

Mecenas:

Opiekun: Jadwiga Rotnicka

Zasłużona dla hodowli koni sportowych w świecie. W jej gospodarstwie (Wojcieszków) urodził się wybitny koń (ojciec koni sportowych) Ramzes.

Maria Pia Elżbieta Apolonia Plater-Zyberk urodziła się 5 listopada 1872 roku. Była trzecim z pięciorga dzieci hr. Tadeusza Plater-Zyberka i Zofii Aleksandrowicz.

Ojciec hrabiny był wybitnym hodowcą i rolnikiem. Rozpoczął w Wojcieszkowie hodowlę koni, które to do 1939 roku zasilały stajnie wojskowe.

Stadnina Koni w Wojcieszkowie – w latach międzywojennych posiadała około 30 klaczy typu półkrwi oraz stacjonujące tam ogiery z PSO Janów Podlaski. Między innymi to w Wojcieszkowie urodził się słynny na cały świat ogier Ramzes.

W 1929 r. Maria Plater Zyberk zakupiła na licytacji w Państwowej Stadninie Koni w Janowie Podlaskim wybrakowaną siwą klaczkę Jordi, ur. w 1928 r. po Schagya od Demeter po Bakszysz oo od Astarte po Amurath (Weil) od Dahoman XII. Jordi jako trzyletnią włączono do stada w poczet matek w Wojcieszkowie.

Ojciec Ramzesa, pełnej krwi angielskiej Rittersporn, który brał udział z dobrymi wynikami w wyścigach przeszkodowych w Niemczech, od roku 1930 i prawdopodobnie do końca życia stał i krył w Stadninie Wojcieszków (pow. Łuków).

Klacz Jordi w 1937 roku urodziła ogierka, któremu nadano imię Ramzes.

W pierwszych dniach stycznia 1940 r. okupanci niemieccy przystąpili do organizowania z powrotem stadniny koni i stada ogierów w Janowie Podlaskim. Z Kozienic sprowadzono kilkanaście młodych ogierów, które uratowały się z istniejącego tam przed wojną zakładu treningowego, a nadto zaczęły przybywać ogiery z Prus Wschodnich. Jak wspomina w swoim artykule pt. „Ramzes” Tadeusz Marchowiecki: „Skorzystałem z tego, że rozglądano się za dalszymi ogierami do kupna, i powiadomiłem Gustawa Rau o czterech synach Rittersporna w Wojcieszkowie. Wszystkie ogiery zakupiono za sumę 20 tys. zł.”[2]

Hrabina przyczyniła się też do założenia parafialnego Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej Żeńskiej. Stowarzyszenie to posiadało własny sztandar, bibliotekę, kramik z dewocjonaliami, prowadziło rekolekcje, urządzało kursy rolnicze. Członkinie grały w siatkówkę, organizowały jasełka, śpiewały w chórze. Uczestniczyły w różnych kursach, wyjeżdżały nawet na wyprawy wozami do Łukowa do kina. Na święta Bożego Narodzenia przeprowadzały zbiórkę dla najbiedniejszych.

Maria hrabina Plater-Zyberk, mieszkała początkowo w Wojcieszkowie z córką Marylką, ale wprowadzony tam niemiecki zarządca i kilkakrotne napady na dom spowodowały, że nie zabierając niczego wyprowadziły się z pałacu i zamieszkały w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu.

Hrabina Maria Plater – Zyberk zmarła w Warszawie 4 października 1964 roku. Została pochowana na Powązkach w grobowcu rodziny Plater – Zyberków.

Pamięć o ludziach i koniach, którzy rozsławiali Polskę na całym świecie nie zaginęła w miejscu urodzenia Ramzesa – gminie Wojcieszków. Pani Jadwiga Józwik, prezes Towarzystwa Przyjaciół Wojcieszkowa powiedziała: „Chcemy, żeby Wojcieszków wreszcie zaistniał w świadomości szerszego kręgu ludzi. Nasza gmina może na historii Ramzesa zbudować swoją tożsamość i przyszłość. W XVI w. byliśmy miastem. Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku zajmowaliśmy w województwie pierwsze miejsce w hodowli koni. Mamy słabe gleby i brakuje tu przemysłu, ale są za to świetne warunki do rozwinięcie turystyki. Myślę, że Ramzes może stać się atrakcją, która obok przepięknego kościoła i izby regionalnej z licznymi eksponatami, przyciągnie tu ludzi i że rozwinie się agroturystyka. Zyska na tym nie tylko gmina, ale i powiat.”[3]

[1]http://wolabystrzyckafotografie.blogspot.com/2015/11/maria-plater-zyberk-hrabina-z.html, dostęp z 20.11.2019, 14:00

[2]Koń Polski, 1968 nr. 4 s. 20

[3]http://www.lukow24.pl/wiadomosci/informacje/pomnik-konia-w-wojcieszkowie,p29687820, dostęp z 20.11.2019, 14:20

Promotor Legendy: Zbig Kotowski

oo gniady (Ofir — Federacja po Burgas or.ar.) ur. 1938,
hod. SK Janów Podlaski

Historia konia, którego nie zmogła wojna, a który po długiej tułaczce zapisał wspaniałą kartę w nowej ojczyźnie, wywarł ogromny wpływ na hodowlę koni arabskich i za życia doczekał się swojego muzeum.

W 1938 roku w Państwowej Stadninie Janów Podlaski przyszły na świat m.in. cztery ogierki zaliczane do „Wielkiej Czwórki – 4W”. Byli to synowie ogiera Ofir: Witraż, Wielki Szlem, Witeź II i Wyrwidąb (znany później w Niemczech pod imieniem Wind).

Dyrektor Andrzej Krzyształowicz, który w 1937 roku rozpoczął pracę w stadninie jako praktykant, przytaczał powszechnie panującą wtedy opinię, że pierwsza stawka źrebiąt po Ofirze rokowała duże nadzieje. Były one poprawnie zbudowane, wyróżniały się urodą i dobrym mchem. Niestety, większość z nich zaginęła we wrześniu 1939 roku.

Według oceny ówczesnego dyrektora Janowa Podlaskiego, utalentowanego hodowcy, Stanisława Pohoskiego, Ofir był najlepszym ogierem wyhodowanym w ostatnim wieku w Polsce. Był on synem importowanego w roku 1931 przez Bogdana Ziętarskiego dla stadniny ks. Romana Sanguszki w Gumniskach Kuhailana Haifi or. ar., uznanego za najlepszego z arabów sprowadzonych kiedykolwiek do Polski. Ogier ten padł po zaledwie dwuletniej działalności stadnej, zostawiając 14 sztuk potomstwa, w tym najlepszego – Ofira.

Dyrektor Pohoski zdecydowanie najwyżej cenił konie w typie kuhailana. Chyba dlatego Witezia postawił na trzecim miejscu za jego rówieśnikami – Witrażem (od Makata po Fetysz) i Wielkim Szlemem (od Elegantka po Bakszysz), faworyzowanymi przez niego choćby ze względu na linie żeńskie, z których pochodziły. Witeź II syn Federacji po Burgas or. ar, typowej klaczy saklawi, był od nich mniejszy, ale bardzo elegancki.

Pewnego dnia, przy wypędzie roczniaków ze stajni na pastwisko, jeden z ogierków zadem uderzył Witezia w głowę i zmiażdżył mu luk brwiowy, co groziło utratą oka. Inż. Krzyształowicz natychmiast sprowadził doskonałego lekarza z Łodzi, dr. Wilczyńskiego. Ten usunął liczne odpryski kości i uratował oko. Po dwóch latach ślad po urazie zaniknął, a po przybyciu do Stanów kontuzja była prawie całkowicie niezauważalna.

4 września 1939 roku niemieckie samoloty zaatakowały obiekty Stadniny i Stada w Janowie. 10 września stadnina otrzymała od naczelnika Wydziału Hodowli Koni w Ministerstwie Rolnictwa, Witolda Pruskiego polecenie ewakuacji na południowy wschód bez określenia miejscowości docelowej. Tego samego dnia wyruszyły ze stada ogiery dosiadane przez masztalerzy, prowadzących jednocześnie przy boku drugiego ogiera. Następnego dnia opuściło stadninę 260 koni i 19 wozów konnych ze sprzętem i paszą. Dwukilometrowa kolumna, aby uniknąć ataków lotnictwa, poruszała się tylko nocą. Pewnej nocy spłoszone i przestraszone światłami i warkotem wojskowej ciężarówki konie wyrwały się. 80 z nich uciekło. Między nimi znajdował się Witeź.

Na wieść o ataku i wkroczeniu wojsk radzieckich na wschodnie tereny Polski, kolumna zawróciła do Janowa. Po dwunastodniowej, wyczerpującej wędrówce, po pokonaniu 350 km, 24 września konie dotarły do stadniny. Ale niedługo trwał odpoczynek. Na sygnał dany przez oddziały radzieckie ludność wiosek leżących za Bugiem zrabowała i zniszczyła zabudowania stadniny. 5 ogierów arabskich i 24 klacze zostały wywiezione na Kaukaz do stadniny w Tiersku. Tak nieszczęśliwie zakończył się wspaniały rozwój janowskiej stadniny w okresie międzywojennym.

Po cofnięciu się Armii Czerwonej z terenów, na których leżał Janów i zajęciu ich przez wojska niemieckie, okupant – doceniając wartość polskich koni – zaczął odbudowywać hodowlę arabską. Doprowadzono do stanu używalności budyniu i zgromadzono w nich część koni rozproszonych podczas ewakuacji. Odnalazł się również Witeź II, którym opiekował się pracownik leśny; nie dysponując paszą dla przymierającego głodem konia, odprowadził go do stadniny. W odszukiwaniu i rozpoznawaniu koni pomogły wypalane w Janowie piętna. Witeź II na prawej łopatce miał piętno w kształcie korony z literą J, a na lewej – numer 222. Z Janowa Witeź skierowany został na punkty kopulacyjne, a w 1942 roku trafił do wołyńskiej stadniny Młynów, prowadzonej przez utalentowanego hodowcę Leonida Ter Asaturowa.

Jesienią 1942 roku pik. Gustaw Rau kierujący hodowlą koni w okupowanej Polsce i wszystkich państwach podbitych przez Niemcy, rozpoczął w czeskiej stadninie Hostownia w Sudetach program hodowli „super koni”. Zgromadzono tam 1500 koni, w tym pepiniery różnych ras. Wśród nich znalazły się polskie araby: ogiery Witeź II i Lotnik oraz klacze: Chloe, Iwonka III, Kalina, Karabela, Lituania, Sokora, Tarnina, Wierna i Zalotna. Wkrótce po zorganizowaniu stadniny, do Hostowni zaczęły zbliżać się wojska amerykańskie i radzieckie. Opiekujący się stadniną niemieccy lekarze weterynarii V. Leasing i W. Kroll, w obawie, że Rosjanie mogą zdobyte konie przeznaczyć na mięso, przedostali się przez linię rontu do sztabu Trzeciej Armii gen. Georga Pattona. Generał Patton, który był kawalerzystą i zamiłowanym koniarzem, łatwo dal się przekonać do „ewakuacji” najcenniejszych koni do strefy amerykańskiej. 28 kwietnia 1945 roku konie zostały przerzucone do odległej o 300 km stadniny Monsbah w Bawarii. Przewieziono je tam wagonami towarowymi i samochodami, a część pod komendą ltn. Williama Quinlivana, odpowiedzialnego za operację, m.in. Witeź II, Lotnik i Wierna przebyły ten dystans pod siodłem. Po krótkim odpoczynku gen. Patton, pomimo protestów Zarządu Stadnin Polskich działającego w brytyjskiej strefie okupacyjnej, jak również polskiego rządu, wydal rozkaz wysłania koni statkami do renomowanej stadniny armii amerykańskiej w Fort Royal w stanie Wirginia. W owych czasach podróż na wzburzonym morzu, w połowie zimy nie była łatwa, ale polskie konie przebyły ją w niezłej kondycji. Na statku urodził się od klaczy Iwonka Ul syn Witezia II – Wontez.

Przybycie polskich koni do Stanów Zjednoczonych zmieniło bieg historii konia arabskiego w tym kraju. Spowodowało niezwykły wstrząs hodowlany, otworzyło drogę następnej inwazji polskich arabów, która miała miejsce w 1960 roku. Największe wrażenie na hodowcach wywarły ogiery. Lotnik był koniem bez wad. Jedynie jego głowa, chociaż w typie arabskim, nie przedstawiała tak klasycznego orientalnego typu, jaki miał Wites.

Światowy autorytet w hodowli koni arabskich i znana ich miłośniczka, Gladys Brown Edwards tak opisuje Witezia: ogier ma piękną głowę, pełną ekspresji, duże oczy i cienkie uszy. Dobrą górną linię, krótki grzbiet, poziomy długi zad, postawa przednich i tylnych kończyn doskonała.

Po aklimatyzacji w Forcie Royal konie zostały wysłane do Fortu Robinson, a następnie na, będącą wówczas własnością armii, Farmę Kellogga w Pomona w stanie Kalifornia. Witeź II był tam czynny jako reproduktor aż do momentu, kiedy rząd Stanów Zjednoczonych zdecydował, że koń nie będzie więcej używany w wojsku. 25 maja 1949 roku w Fort Reno zorganizowano aukcję, na której sprzedano 12 koni arabskich. Średnia cena wynosiła 1467,70 USD. Witeź II został zakupiony przez miłośnika polskich koni, prezesa International Arabian Horse Association, E. E. Hurlbutta za rekordową sumę 8100 USD. Dla porównania cena za roczną klaczkę wynosiła wtedy 600 dolarów.

Na farmie państwa Hurlbutt – Colarabia w Kalifornii, Witeź II wysoko ceniony jako reproduktor spędza! spokojnie, z dala od burzliwej, wojennej przeszłości, ostatnie lata swego pełnego przygód życia. Czas wypełniały liczne wizyty hodowców i wielbicieli tego wspaniałego ogiera.

Po wielkim, groźnym pożarze, który zniszczył 70 tys. akrów sąsiadujących ze stadniną lasów, właściciele zdecydowali przekazać stado zaprzyjaźnionym hodowcom, od wielu lat propagującym polskie konie – Barrowi i Lou Betts.

Witeź II, jego syn Witezar oraz ich „harem”, składający się z 20 klaczy z krwią Witezia i 8 ze Skowronkiem w rodowodach, przewiezione zostały do Kolorado olbrzymim wagonem – „Palas Car”. Wagon do przewozu tak dużej liczby koni i ich obsługi w komfortowych warunkach, zbudowany został specjalnie przez Union Pacific Railroad. Po 62-dniowej podróży konie przybyły na miejsce, uroczyście witane przez ekipy filmowe, prasowe, fotoreporterów i licznie zebrane tłumy. Na farmie Circle 2 Arabians konie umieszczono w nowo wybudowanych stajniach i założonych pastwiskach.

Ażeby utrwalić i uczcić pamięć Witezia II, uznanego w jego drugiej ojczyźnie za jednego z największych progenitorów rasy – „super sire”, wzbudzającego powszechny podziw i uwielbienie, Lou Betts wybudowała na farmie muzeum pamiątek po ogierze.

Na uroczystym otwarciu powiedziała: Tutaj na skrzyżowaniu dróg Zachodu, mamy nadzieję, że „Witezeum” będzie Mekką dla miłośników konia arabskiego ze wszystkich stron świata. My chcemy, aby było ono nie tylko wyrazem hołdu i uznania dla wielkiego wkładu Polski do świata konia arabskiego, lecz także dla umiłowania wolności, której symbolem jest Witeź II.

W Stanach Zjednoczonych pamięć o Witeziu utrwalana jest przez „Witeź II Fan Club”, zrzeszający hodowców i wielbicieli potomstwa tego ogiera oraz duże grupy młodzieży zainteresowanej hodowlą koni arabskich.

Historię życia i przygody tego wielkiego ogiera opisała w książce „And Miles To Go” Linell Smith.

Jeden z największych znawców hodowli arabskiej Carl Raswan, który towarzyszył Bogdanowi Ziętarskiemu przy zakupie dla ks. R. Sanguszki Kuhailana Haifi, dziadka Witezia II, określił go jako „Living Treasure of the World” – „Żyjący Skarb Świata”.

Witeź II, reprezentujący najlepsze linie polskie, był idealnym, klasycznym typem konia arabskiego. Przekazywał on na potomstwo silnie swoje cechy: doskonały, żywy i łagodny charakter, łatwość w treningu i użytkowaniu, dużą urodę, szybkość, wytrzymałość i zdolności regeneracyjne. Konie z jego krwią cechuje długi wykrok w stępie, szybki i długi kłus oraz dobra akcja w galopie.

Potomstwo Witezia II zwyciężało we wszystkich konkurencjach pokazów. Konie po Witeziu w pierwszym pokoleniu zdobyły 19 Narodowych Czempionatów, a w drugim aż 63 Narodowe Czempionaty.

Już w pierwszym występie na pokazach w 1953 roku Witeź II zdobył tytuł „Pacific Coast Champion”, a jego syn Zitez został w tej konkurencji Wiceczempionem. Sukces ojca powtórzyli jego synowie Zitez i Natez (dwukrotnie).

Konie po Witeziu II zajmują lokaty Top Ten w Narodowych Czempionatach USA i Kanady: Yatez, Fertezza, Nitez, Nirzan, Witezar, Black Magie, Tango (2x), Natez, Faro, Ibn Witez, Amatez i Bolero, którego syn Zarazo w 1968 roku zdobył Narodowy Czempionat Ogierów.

Wielokrotnie imię Witezia występuje w rodowodach najlepszych „cutting horses” – koni pracujących z bydłem. Klasy dla tych koni, wprowadzone do programu pokazów w 1950 roku, stają się coraz bardziej popularne.

Krew Witezia przebija w rodowodach koni odnoszących największe sukcesy w rajdach długodystansowych. Wnuk Witezia II, Wotezarif, syn Witezara, trzy razy z rzędu zwyciężył w Trevis Cup, którego ukończenie jest dużym osiągnięciem.

Zwycięzcą pierwszego wyścigu dla koni arabskich, rozegranego w Stanach Zjednoczonych na dystansie 2 i 1/2 mili w 1959 roku, był syn Witezia II – Ofir od klaczy Tiara. Gonitwę tę wygra! jeszcze dwa razy i raz zajął w niej drugie miejsce.

Potomstwo Witezia II wykazywało uzdolnienia do skoków i odnosiło zwycięstwa w zawodach z przeszkodami.

Najlepsze konie pochodziły z połączenia Witezia II z córkami synów polskiego ogiera Skowronek, wyhodowanych w Anglii: Raseyna i Rafflesa. Tę kombinację rodowodową nazwano „golden cross” – „złotym połączeniem”. Dzięki takiemu „złotemu połączeniu*’ Witeź II x Raseyn powstała ogromna liczba czempionów w klasach performance (użytkowych), zwłaszcza w wyścigach, rajdach i trialu. Raseyn przekazywał wybitne uzdolnienia atletyczne.

Jednym z najwybitniejszych synów Witezia II był Nitez, rezultat takiego właśnie „Złotego Połączenia”, od córki Raseyna, klaczy Nafa. Ogier ten był również znany z przekazywania genów maści karej, niezbyt często spotykanej u koni arabskich.

Natomiast od córek Rafflesa po Witeziu II uzyskiwano konie równie atletyczne, co obdarzone wielką urodą.

Widzimy więc, że Witeź II był bez wątpienia pionierem dziedzictwa polskich koni arabskich w Stanach Zjednoczonych.

Koniem, który w tym samym okresie miał swój udział w popularyzacji polskiego araba w USA był syn Witezia – gniady Wisok. Hodowli Stadniny Koni w Janowie Podlaskim, urodzony w 1944 roku w Hostowni od klaczy Sokora po Hardy, zaginął wraz z matką podczas działań wojennych 1944 roku. Oba konie zostały odnalezione w Niemczech. Sokora wróciła do Polski, a Wisok, jako dwuletni przybył do Stanów Zjednoczonych wraz z grupą koni wysłanych przez gen. Pattona. Podczas podróży do Kalifornii uległ poważnej kontuzji. Przeznaczonego na rzeź „adoptował” pracownik stadnin remontowych. Do roku 1960 Wisok używany był w hodowli koni półkrwi i miał tylko jednego potomka rasy arabskiej. Służył jako idealny koń dla dzieci, na paradach i do pracy z bydłem. Miał reputację konia zdolnego do bardzo szybkiego stępa. W ostatnich latach życia zostawił szereg źrebiąt czystej krwi arabskiej.

Ogierem, który odegrał znaczącą rolę w hodowli europejskiej w okresie po II wojnie światowej, był inny syn Witezia II, efektownej, „brązowo-miedzianej maści ogier Wisznu, hodowli Fryderyka Piotraszewskiego, urodzony w 1943 roku w Olyce, od janowskiej klaczy Malaga po Mazepa II. Jako roczny ogierek podzielił los innych koni, ewakuowanych w 1944 roku pieszo, przez pól Europy, do północnych Niemiec. Tam, w bardzo złej kondycji, sprzedany został niemieckiemu farmerowi, który odsprzedał go do cyrku „Apollo11. W cyrku pokazywany był w ujeżdżeniu wyższą szkolą. W wyniku nieszczęśliwego wypadku podczas tresury stracił oko. Na zlecenie Gertraute Griesbach – znanej hodowczyni (zwanej niemiecką Lady Wentworth), właścicielki słynnej stadniny Achental (porównywanej z Crabett Park), Wisznu, po długich poszukiwaniach, został odnaleziony i zabrany z „Apollo Circus11 do Achental przez młodą wielbicielkę polskich koni arabskich, Liselotte Tarakus. Zamiłowanie do koni arabskich odziedziczyła również córka pani Griesbach – Imielin, lekarz weterynarii. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych Imielin, wraz z częścią stada matek oraz jednym synem ogiera Wisznu i importowanym z Polski ogierem Bibars po Witraż, przeniosła się do Argentyny, zakładając tam stadninę, która wywarła duży wpływ na hodowlę Południowej Ameryki.

Wisznu pozostał w Achental, gdzie z doskonałymi klaczami zgromadzonymi przez Gertraute Griesbach dał bardzo cenione w Niemczech potomstwo. W roku 1964, na skutek różnych okoliczności, G. Griesbach przeniosła swoją stadninę do Stróhen, należącego już wtedy do rodziny Ismer. Wisznu, wydzierżawiony stadninie Stróhen, doczekał tam swoich ostatnich dni. Padł nagle 22 sierpnia 1968 roku.

Pozostałe potomstwo Witezia II urodzone w Polsce – tj. klacze: Wieszczka, siwa, od Kalina, ur. 1943, hodowli księcia J. Radziwiłła w Ołyce i Wiklina, kasztanka, od Kalina Wnuczka, ur. 1943, hodowli Władysława Kołaczkowskiego w Dobużku oraz ogiery: Wiwat 1943 i Wiktor 1945 od Iwonka III, obydwa maści kasztanowatej, urodzone w Hostowni – w hodowli nie zaistniało.

Witeź II zakończył życie spokojnie, na pastwisku, 10 czerwca 1965 roku. Zostawił po sobie w USA 215 źrebiąt i jest dziadkiem 3534 wnuków. Jego potomstwo liczy obecnie kilka tysięcy koni.

Autor: Zenon Lipowicz

Licencja udzielona przez rodzinę Pana Zenona Lipowicza dla BoberTeam, na potrzeby projektu Legendy Polskiego Jeździectwa

Promotor Legendy:

01.09.1939 roku wybuchła II wojna światowa. Wraz z nią zaczęła się tragedia polskich stadnin w tym jednej z najsłynniejszych i najlepszych na świecie SK Janów Podlaski.

We wpisie tym staramy się zebrać wszelkie dostępne materiały dotyczące losów Janowa Podlaskiego w latach 1939-1945 (kliknij poniższe linki, aby przejść do publikacji w Polskiej Cyfrowej Bibliotece Jeździeckiej).

Wspomnienie świadka tych wydarzeń – zastępcy dyrektora Stadniny Koni w Janowie Podlaskim – Andrzeja Krzyształowicza:

„Rok 1939 w janowskiej stadninie” (2007) – Andrzej Krzyształowicz

Ciekawa relacja opowiadająca o wydarzeniach w okresie 1939-1944, autorstwa Pana Marka Treli („Araby” nr. 9 1/2008):

„Janów Podlaski 1939-1944” – Marek Trela

Opracowanie niemieckiego historyka – Brandtsa Ehrenfrieda pochodzące z książki pt.: „Z Końmi Między Frontami”:

„Stadnina Koni i Stado Arabów w Janowie Podlaskim” (2008) – Ehrenfried Brandts

Promotor Legendy: Andrzej Novak-Zempliński

oo gniady (Kuhailan Haifi or. ar. — Dziwa po Aby Mlech) ur. 1933, zm. 1948, hod. SK Janów Podlaski

Ofir 1933, chowu janowskiego. Uważany jest za najlepszego ogiera, jaki był w Janowie w okresie między pierwszą a drugą wojną światową.

fenomen-ofira
Prof. Witold Pruski pisze o Ofirze tak:

„Na arenie międzynarodowej nie uzyskałby z pewnością takiego uznania jak w Polsce i nie otrzymałby najlepszych klaczy. W Janowie natomiast pozostawił z pięknymi tamtejszymi klaczami przednie potomstwo, jak Witraż 1938, Wielki Szlem 1938 oraz Witeź II 1938. Ofir niestety krył w Janowie tylko przez trzy sezony, 1937—1939. Sądząc z tego, że w pierwszej od razu stawce potomstwa dał trzy tak doskonałe ogiery jak wymienione, można przypuszczać, że dla Janowa był to reproduktor szczególnie odpowiedni. Jednak nie sądzone mu było długo przebywać w rodzimej stadninie. Poszedł do Terska na północnym Kaukazie, gdzie już nie dał tej klasy potomstwa co w Janowie. Krył w Tersku w latach 1940—1948 i tam padł w 1948 r. Stał się głównym kontynuatorem rodu męskiego importowanego z Arabii w 1931 r. przez Romana księcia Sanguszkę – Kuhailana Haifi.”

Rok 1939 w janowskiej stadninie

Licencja udzielona przez rodzinę Pana Andrzeja Krzyształowicza dla BoberTeam, na potrzeby projektu Legendy Polskiego Jeździectwa

Autor: Andrzej Krzyształowicz
Ilość stron: 7
Data publikacji: 2007

Nastrój w polskim społeczeństwie od początku 1939 r. był różny. Z jednej strony czytało się i słyszało o coraz bardziej agresywnej polityce hitlerowskiej III Rzeszy, z drugiej niejednokrotnie buńczuczne wypowiedzi napawające optymizmem „nie oddamy nawet guzika”. Niemcy zagarnęli część Czechosłowacji, Austrię, coraz głośniej dopominali się o Gdańsk i dostęp do Prus Wschodnich (tzw. korytarz). Wszystkie te wiadomości wprowadzały stan niepewności i uzasadnionego niepokoju. Odczuwali to również pracownicy Państwowej Stadniny Koni i Państwowego Stada Ogierów w Janowie Podlaskim. Grozę sytuacji najbardziej odczuwali pracownicy pamiętający pierwszą wojnę światową, a takich wówczas było jeszcze wielu. Chętnie gromadzili się przy radioodbiorniku ulokowanym w tzw. świetlicy, w małym pomieszczeniu w stajni „czołowej”.

Wątpliwości, co do prawdopodobieństwa wybuchu wojny, rozwiała częściowa mobilizacja marcowa. Ze stadniny i stada zostało powołanych kilkunastu masztalerzy – rezerwistów.

Zanim przystąpię do opisu wydarzeń, jakie nastąpiły w wyniku wybuchu wojny, podam kilka szczegółów dotyczących stadniny i stada ogierów. Obok Państwowej Stadniny Koni (PSK) w Janowie Podlaskim znajdowało się Państwowe Stado Ogierów PSO). Ze stadniną dość luźno związane było gospodarstwo rolne tzw. Wygoda, które na rzecz stadniny produkowało siano i niedużą ilość owsa i marchwi, jak również utrzymywało tartak, a przy nim małą elektrownię i cegielnię na potrzeby własne.

W stadninie były wówczas trzy działy hodowlane koni. Najliczniejszy był półkrwi angloarabskiej, mniej liczny -półkrwi arabskiej i najmniejszy – czystej krwi arabskiej.

Kierownikiem stadniny był Stanisław Pohoski, zastępcą kierownika autor niniejszego artykułu, obowiązki lekarza weterynarii pełnił, po śmierci K. Pohla, miody absolwent Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie Tadeusz Gruszka (umarł w 1952 r.). Praktykantem był Adam Sosnowski, w biurze było trzech pracowników, długoletnim sekretarzem stadniny, w dzisiejszej nomenklaturze głównym księgowym, był Romuald Koźniewski, koniuszym był zwolniony z wojska wachmistrz Stanisław Więcek, podkoniuszym Witalis Bielecki, oraz około czterdziestu masztalerzy. W. Bielecki byl po II wojnie dyrektorem stadniny w Kadynach, a następnie w Walewicach. Przy stadninie w Janowie istniał od 1937 r. zakład treningowy dla młodych ogierów półkrwi.

Kierownikiem tego zakładu był emerytowany pułkownik kawalerii polskiej do 1918 r. w armii rosyjskiej) Walenty Jachimowicz (zginął wraz z jedynym synem w obozie koncentracyjnym w Dachau w 1941 r.). Państwowym Stadem Ogierów kierował w tym czasie Tadeusz Marchowiecki, koniuszym był Jan Stasiak, doskonały ujeżdżacz koni w zaprzęgu. Karierę swoją zaczynał w stajni admirała floty bałtyckiej w Petersburgu przed I wojną światową. W PSO było również ok. 40 masztalerzy. Stan ogierów wynosił ok. 125, przeważnie półkrwi.’

W maju 1939 r. wybuchła w stadninie angina, początkowo u sysaków, rozszerzyła się jednak na roczniki starsze. Pomimo wysiłków lekarza T. Gruszki, wspieranego przez doświadczonego lekarza wet. Jana Wilczyńskiego z lecznicy z Łosic (rzekomo pierwszej w Polsce), padło 14 koni i do końca sierpnia1939 r. choroba nie wygasła. Nastroje wśród załogi i okolicznych mieszkańców były coraz gorsze. Wiadomości podawane przez radio były coraz bardziej pesymistyczne, zagrożenie ze strony hitlerowskich Niemiec stawało się coraz bardziej realne i coraz bliższe.

W końcu sierpnia kierownik PSO Janów otrzymał poufne polecenie z Ministerstwa Rolnictwa przygotowania w okolicach Siedlec kwater dla ewentualnie ewakuowanego Państwowego Stada Ogierów ze Starogardu. Również stadnina otrzymała polecenie dokonania zakupów i zrobienia zapasów „na wszelki wypadek”: nafty (światła z sieci w Janowie nie było), żelaza, podków, smarów do wozów konnych (w PSK i PSO nie było żadnego samochodu ani ciągnika) itd. W dniu 23 sierpnia spaliła się z nieustalonych przyczyn część tzw. stajni rozjazdowej stadniny (kolokrzyża). Ogólnonarodowa psychoza podejrzewania każdego obcego za dywersanta lub niemieckiego szpiega, budziła często nieuzasadnione emocje. Pożar stajni był szeroko interpretowany jako wynik działania „piątej kolumny”. Powszechna mobilizacja 30 sierpnia, która znowu uszczupliła załogi PSK, PSO i gospodarstwa rolnego, spowodowała znaczny wzrost podniecenia i niepewności o najbliższą przyszłość. W tak trudnym momencie zabrakło w Janowie kierownika S. Pohosklego, który został delegowany przez Ministerstwo Rolnictwa na Wszechzwiązkową Wystawę Rolniczą do Moskwy, z której wrócił w dniu 3 września. Przez teren zabudowań stadnin, przebiegała droga publiczna łącząca Janów Podlaski połączeniem promowym z wioskami położonymi na prawym brzegu Bugu (byłe województwo poleskie). Mieszkańcy tych wiosek za Bugiem już w przeszłości sprawiali sporo kłopotów kierownictwu stadniny, choć kilkunastu masztalerzy PSK i PSO rekrutowało się spośród nich. Z tych względów, w porozumieniu z powiatowymi władzami administracyjnymi, został utworzony w stadninie i stadzie oddział samoobrony. Uzbrojeni członkowie tego oddziału pełnili warty, szczególnie po zapadnięciu zmroku.

W dniu 1 września 1939 r. praca w stadninie zaczęła się o godz. 4.00, jak każdego dnia w okresie letnim. Około godz. 5 dały się słyszeć silne i liczne detonacje. Komentarze na ich temat były różne, ale nikt jeszcze wtedy nie przypuszczał, że zaczęła się wojna. O godz. 7 już powszechnie było wiadomym, że te wybuchy to bomby niemieckiego lotnictwa rzucone na Podlaską Wytwórnię Samolotów (PWS) w Białej Podlaskiej, że zaczęła się druga wojna światowa. Pomimo pełnych grozy komunikatów radiowych, szerzących się najróżniejszych plotek, znacznej zwyżki cen na artykuły pierwszej potrzeby -praca w PSK i PSO Janów przebiegała w tych pierwszych dniach wojny w miarę normalnie, choć nastroje wśród załogi były pesymistyczne, pełne niepokoju – co dalej? co nas czeka?

W dniu 4 września, w godzinach popołudniowych, kiedy konie były już w stajniach, niemieckie samoloty w locie ślizgowym zaatakowały obiekty stadniny i stada. Ostrzelane zostały stajnie z broni maszynowej, samoloty zrzuciły kilka bomb – zresztą niecelnie. Pociski karabinowe uszkodziły dachy i wybiły kilkanaście szyb. Nikt z ludzi ani koni nie doznał żadnych obrażeń.

W dniu 8 września wszystkie instytucje płatne z budżetu (a więc i PSK, i PSO) otrzymały polecenie wypłacenia trzymiesięcznego wynagrodzenia z góry i bez żadnych potrąceń. Równocześnie stadnina i stado otrzymały polecenie z Ministerstwa Rolnictwa przygotowania się do ewakuacji. Kuto konie przewidziane do zaprzęgu, ogiery w stadzie, ogiery czołowe i z zakładu treningowego, sprawdzano stan wozów, na które ładowano niezbędne zapasy magazynowe, dokumentację oraz niewielkie ilości owsa, z przeznaczeniem głównie dla koni zaprzęgowych i ogierów czołowych.

W dniu 10 września wyszły z Janowa ogiery PSO. Każdy masztalerz jadący konno miał przy boku drugiego ogiera. Do wozów, do których zaprzęgnięte były ogiery, uwiązane były jeden lub dwa dalsze ogiery. Pomoc ludzi z zewnątrz do ewakuacji stada była prawie niepotrzebna. Znacznie gorzej przedstawiała się sprawa prowadzenia koni stadniny: klaczy ze źrebakami i młodzieży. Pod siodłem mogło iść 8 ogierów czołowych i ok. 20 z zakładu treningowego, a resztę tzn. ok. 100 klaczy i 150 sztuk młodzieży trzeba było prowadzić w ręku. Problem ten pomogły rozwiązać kierownictwu stadniny nawoływania przez radio o konieczności ewakuowania się ludności cywilnej szczególnie mężczyzn, przed wojskiem niemieckim na wschód. Za pośrednictwem burmistrza miasteczka Janów Podlaski (prawa miejskie Janów otrzymał w XV w., odebrano mu je w 1945 r.) zostały przeprowadzone rozmowy z mieszkańcami Janowa. Zgłosiło się wielu chętnych do prowadzenia koni, którzy woleli ewakuować się w zorganizowanej grupie niż iść na własną rękę. Za pośrednictwem urzędujących jeszcze władz powiatowych od naczelnika wydziału chowu koni w Ministerstwie Rolnictwa (Witolda Pruskiego) stadnina otrzymała polecenie ewakuacji – kierunek południowy wschód, bez określenia miejscowości docelowej.

W dniu 11 września ok. godz. 17 wyszło ze stadniny ok. 260 koni i 19 wozów konnych. Kierownik stadniny wspólnie z kierownikiem zakładu treningowego postanowili: marsze tylko nocą celem uniknięcia ataków lotnictwa niemieckiego, możliwe tylko bocznymi drogami ze względu na kopyta niekutych koni, długość jednego etapu 20-30 km. Nikomu z członków rodzin pracowników nie wolno było jechać na wozach stadniny.

Najtrudniejszy był pierwszy dzień marszu. Konie, szczególnie młodzież, nieprzyzwyczajone do prowadzenia w ręku i to po kilka spiętych łańcuchem, wypoczęta, pełna energii, a do tego wielu prowadzących nie miało wiele wspólnego z końmi. Po przejściu kilkudziesięciu kilometrów bocznymi drogami stadnina, chcąc przekroczyć rzekę Krzynę, musiała przejść odcinek ok. 2 km szosą bitą Warszawa – Brześć n. Bugiem. Do szosy kolumna doszła ok. godz. 1 w nocy koło wsi Woskrzenice. Szosą w kierunku Brześcia przemieszczały się różne nieliczne grupy żołnierzy, uciekinierzy cywilni wozami konnymi, rowerami lub pieszo. Kolumna stadniny miała ok. 2 km długości. Zatrzymani, użytkownicy szosy powinni byli przepuścić całą kolumnę. Niestety, tak się nie stało. Po wyjściu na szosę ponad połowy koni jeden z niecierpliwych kierowców wojskowej ciężarówki włączył światła i na sygnale zaczął wyprzedzać będące na szosie konie. Wystarczyło, że jedna czwórka młodych koni spiętych ze sobą wyrwała się prowadzącemu i galopowała przed jadącą tuż za nią ciężarówką. Tętent koni galopujących, światła samochodu, warkot silnika płoszyły mijane konie, które przestraszone wyrywały się prowadzącym. Kilku utrzymało konie, kilkunastu puściło. Próby zatrzymania uciekających koni nie dały rezultatu. Cala ta ucieczka skończyła się szczęśliwie, bo uciekające w tumanach kurzu, wystraszone konie nie stratowały nikogo z prowadzących ani z napotkanych uciekinierów. Był to pierwszy tragiczny moment w czasie ewakuacji stadniny. Po przejściu mostu na Krznie i zejściu kolumny znowu na boczną drogę w kierunku Sławatycz, pomimo ciemności został zrobiony jako tako remanent wśród koni. Ustalono, że tej nocy uciekło ponad 80 koni w różnym wieku, przeważnie młodzieży. Ze starszych koni zginęła jedynie ze źrebakiem córka Kuhailana Haiti – Oda. Nad ranem dołączyło do kolumny jedynie dwóch synów Kaszmira, jeden z nich – Taki Pan od Dziwy po wojnie był czołowym w stadninie koni w Tiersku (ZSRR). W ciągu dnia stadnina po tej ciężkiej nocy odpoczywała w Piszczacu. Po jakim takim odpoczynku znowu ok. godz. 17 kolumna ruszyła w dalszą drogę do Międzylesia, gdzie znowu stała w ciągu dnia. Kwatery dla koni i miejsca na wozy wyszukiwali masztalerze, którzy jadąc konno pod komendą kierownika zakładu treningowego wyprzedzali całą kolumnę, a po dojściu koni wiedzieli gdzie, jakie i ile koni można skierować. Konie stawały w oborach, stajniach i szopach, wozy w stodołach. W ciągu dnia konie były 2-3 razy pojone, dostawały siano kupowane na miejscu (kupowało się całe stożki), a ogiery idące pod siodłem i konie w zaprzęgu otrzymywały dwa razy dziennie owies. Ludzie odpoczywali tam gdzie znaleźli sobie jakieś miejsce, musiało to być blisko koni, żywili się początkowo zapasami wziętymi z domu, a następnie zdobytymi we własnym zakresie.

Następnej nocy jakoś bez wypadku udało się konie przeprowadzić niedokończonym mostem przez Bug, między Sławatyczami a Domaszewem. Za Bugiem, na drogach, którymi posuwała się stadnina ruch był znacznie mniejszy. Uciekinierzy unikali tych dróg ze względu na ubogą miejscową ludność łakomą na dobra, jakie uciekinierzy mieli ze sobą. Kolejny postój wypad!, w bogatej jak na tamtejsze stosunki wsi Czersk. Konie szły już znacznie lepiej niż w pierwszym dniu, stan zdrowotny koni był zadowalający. Jedynie KuhaUan Said syn Kuhailana Zaida or. ar., importowanego z Arabii przez B. Ziętarskiego dla stadniny Babolna razem z Kuhailanem Haiti, zagorączkował na tle przeziębienia. Leczenie zastosowane przez lekarzy wet. T. Gruszkę i J. Wilczyńskiego (dołączył do stadniny swoim zaprzęgiem) pozwoliło po dwóch dniach wziąć konie znowu pod siodło. Gorzej zaczynało się dziać z końmi zaprzęgowymi. Klacze idące w wozach, nieprzyzwyczajone do ciężkiej i długotrwałej pracy, odparzały się od uprzęży i na ciężkich odcinkach drogi odmawiały ciągnięcia. Lepiej znosiły trudy marszu wdrożone do pracy konie robocze z gospodarstwa przy stadninie. Następny postój w ciągu dnia wypadł w miejscowości Orzechowa, do której idąc kolumna musiała parę kilometrów przejść szosą Kobryń – Włodawa.

W dzień i w nocy było słychać artylerię właściwie ze wszystkich stron, w nocy widoczne były luny pożarów. Docierały do janowskich ludzi najrozmaitsze wiadomości bardzo różnymi drogami, na temat posuwania się wojsk niemieckich, zachowania się żołnierzy Wermachtu na terenach zajętych, ataków lotnictwa niemieckiego itd. Wprowadzały one zły nastrój wśród ludzi prowadzących konie, rozbudzały niepokój o pozostawione rodziny, nasuwały wątpliwości, czy cała ewakuacja ma jakiś sens i jak ten marsz się skończy. Między innymi wiadomościami, które mimo braku jakiejkolwiek łączności dotarły do janowskiej stadniny, były i tragiczne. Otóż pracownicy janowskiej stadniny dowiedzieli się, że pod Maciejowicami Niemcy zbombardowali ewakuowaną stadninę koni z Racotu i od bomb niemieckich lotników zginął kierownik stadniny Władysław Siemiński, pod Nowym Miastem nad Wisłą zostało zbombardowane PSO Bogusławice i zginął kierownik Tadeusz Nosarzewski. W świetle tych faktów okazało się, że decyzja kierownika janowskiej stadniny poruszania się tylko nocą była jak najbardziej słuszna. Do janowskiej stadniny dołączyło kilku masztalerzy PSO Białka, przynieśli oni wiadomość o tragicznej śmierci kierownika stada Kaliksta Sosnowskiego. Następny odcinek wędrówki stadniny przebiegał z Orzechowa do Zabłocia bardzo wąskimi polnymi i leśnymi drogami, często błotnistymi lub piaszczystymi. Konie zaprzęgowe jeszcze ciągnęły jakoś wozy dzięki znacznemu ubytkowi ciężaru po spasieniu sporej ilości owsa.

W miejscowości Retno kolumna stadniny przeszła w poprzek szosę Brześć – Kowel i skierowała się na Kamień Koszyrski, gdzie według otrzymanych informacji urzędowała jeszcze władza administracyjna, mająca rzekomo jakieś pewne wiadomości dla uciekających. Postój wypad! we wsi Postupla, w której spotkano uciekinierów z wozami konnymi nawet z woj. poznańskiego. Ci ostatni w dalszą drogę dołączyli do kolumny stadniny. Od początku ewakuacji dopisywała pogoda, w dzień było słonecznie i ciepło, noce pogodne i chłodne. Sprzyjała ona stadninie w marszu, ale sprzyjała też naszym najeźdźcom. Od wsi Postupla pogoda zaczęła się psuć, mżawka w dzień nie bardzo przeszkadzała, ale w nocy panowały ciemności, jadący konno z trudem widzieli głowę swego wierzchowca, a wobec tego, co można było mówić o drodze Z Postupli przez Rakowy Las miała stadnina dotrzeć do Kletycka. Droga na ostatnim tej nocy odcinku była fatalna, wąska, błotnista, a jak się później okazało z obu stron ogrodzona drutem kolczastym. Ze względu na panujące ciemności kolumnę prowadził miejscowy przewodnik. Jeden z koni wierzchowych idący na przedzie kolumny zaczepił nogą o urwany drut. Zaczął bić zadem wplątując sobie drut również w drugą nogę. Zatrzymała się cala kolumna. Konie prowadzone w ręku mieściły się między drutami, a zatrzymane rozsuwały się i trafiały nogami w druty. Podekscytowane ruchem na czele kolumny, dotykając nogami drutów, zaczęły także bić zadnimi nogami. Ruszyć do przodu nie można było, gdyż jedna z klaczy tak się zaplątała w druty, że się wywróciła, tarasując drogę. W posiadanych przez ludzi latarkach wyczerpały się baterie. Raczej na wyczucie, wśród zupełnych ciemności, trzeba było rozplątywać konie z drutu. Duże niebezpieczeństwo dodatkowo powodowały konie, które się wyrwały i biegały wzdłuż lub w poprzek kolumny, nierzadko ciągnąc za sobą przyczepiony do nogi lub ogona kawałek drutu, czasem nawet z przyczepionym wyrwanym z ziemi słupkiem. Sytuacja stawała się dramatyczna, gdyż coraz więcej koni biegało płosząc te jeszcze trzymane przez prowadzących. Z nastaniem świtu sprawę opanowano: straty spowodowane tym wydarzeniem wyniosły 8 koni, między innymi trzeba było zgładzić 3 konie starsze ze złamanymi nogami. Wśród tych ostatnich była siostra Kaszmira Laka (Farys- Hebda). Kilkanaście koni było pokaleczonych. Ofir tak sobie zaplątał tylne nogi, że upadł, tylko dzięki spokojnemu zachowaniu można było go z drutów uwolnić. W każdym bądź razie po dojściu na dzienny postój we wsi Kletycko lekarze nie odpoczywali, cały dzień opatrywali konie z ranami po drutach. W Kletycku dotarła do stadniny wiadomość, że armia radziecka wkroczyła do Polski! Spowodowało to konsternację kierownictwa stadniny – co dalej i wywołało rozluźnienie dyscypliny wśród ludzi, szczególnie najemnych. Spora grupa ludzi nie chciała prowadzić dalej koni, a wszelkie polecenia przełożonych były różnie komentowane. Po przeprowadzonych rozmowach w ciągu dnia, jakoś udało się ludzi zmobilizować do dalszej drogi i po nastaniu zmierzchu stadnina ruszyła w kierunku Kowla. Mrzawka, ciemno, widoczne łuny pożarów, odgłosy artylerii działały fatalnie na psychikę wszystkich, cisnęło się pytanie: dokąd idziemy, po co i co będzie z nami?

Zbliżając się do Kowla, we wsi Niesuchojeże, około północy stadnina spotkała grupy uciekinierów kierujących się na zachód, którzy twierdzili, że w Kowlu już są wojska radzieckie i dalszy marsz stadniny nie ma żadnego celu. Kierownik stadniny po rozmowie przeprowadzonej ze spotkanym pułkownikiem wojska polskiego, zdając sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży za całość stadniny, postanowił wracać do Janowa. Liczył, że w luce między posuwającymi się wojskami radzieckimi na zachód, a cofającymi się oddziałami niemieckimi, jakoś może uda się konie doprowadzić do Janowa. Uważał, że zagarnięcie koni w drodze przez którąkolwiek armię będzie się równało z ich zagładą. Zmęczenie i zniechęcenie zaczęło brać górę wśród ludzi prowadzących konie. Ponadto ze strony miejscowej ludności, a także wielu uciekinierów, mieli propozycje oddania lub sprzedania koni, bo „Państwo Polskie nie istnieje, konie są niczyje”.

W takim złym nastroju, skrajnie wyczerpana dotychczasową drogą, kolumna zamiast wrócić do Kletycka zmyliła drogę i z nastaniem świtu znalazła się we wsi Wierchy. W wiosce tej liczna grupa mężczyzn narodowości ukraińskiej atakowała posterunek polskiej policji. Nastawienie przywódców tej grupy do stadniny było również wrogie. W tej sytuacji kierownik stadniny podjął decyzję, aby pomimo zmęczenia ludzi i koni, kontynuować marsz. Około godz. 10.30 stadnina udała się w dalszą drogę, pozostawiając za sobą nadal oblężony posterunek oraz kilkadziesiąt żon oficerów polskich z dziećmi, które bojąc się miejscowej ludności prosiły o pomoc. Zabranie ich z tej tak niebezpiecznej wioski, dokąd je przywieziono w ramach ewakuacji i pozostawiono, było niemożliwe. Stadnina tej pomocy im udzielić nie mogła. Wymarsz z wioski ubezpieczał spory zbrojny oddział, częściowo konny, dobrze uzbrojony, pod komendą kierownika zakładu treningowego. Broń, porzucona przez polskich żołnierzy, była zbierana po przydrożnych rowach.

Trasa marszu prowadziła przez Kamień Koszyrski do Rakowego Lasu, gdzie konie i ludzie odpoczywali pierwszą noc od chwili wyjścia z Janowa. Postój w dzień pozwolił sprawdzić stany ilościowe koni oraz ich stan zdrowotny. Konie bardzo pochudły, wiele było otartych, kulawych, podbitych, a także okazało się, że kilkanaście koni prowadzący sprzedali lub oddali miejscowej ludności lub uciekinierom. Najgorzej przedstawiały się konie zaprzęgowe. W związku z powyższym, w majątku o tej samej nazwie zostały zdeponowane wszystkie materiały magazynowe zabrane z Janowa, jak również część dokumentacji i biblioteka stadniny. Pracownicy swoje rzeczy osobiste mu-sieli przepakować z różnych drewnianych skrzynek do worków, żeby zmniejszyć ciężar na wozach do minimum. Następny nocleg wypadł w majątku i wsi Budzaki. Tam też od sporej grupy uciekinierów otrzymał kierownik stadniny dokładną informację o sytuacji, jaka powstała w Polsce wobec wkroczenia Armii Radzieckiej. Dalszą drogę stadniny bardzo utrudniały duże grupy uciekinierów udających się pieszo lub wozami konnymi tym razem już na zachód. Ze względu na występujące wrogie nastawienie miejscowej ludności do uciekinierów, ci ostatni prawie silą włączali się w kolumnę stadniny, uważając, że w licznej grupie będą bezpieczniejsi.

Kolumna stadniny miała około 2 km długości, przez dołączenie wielu zaprzęgów konnych obcych, grup uciekinierów pieszych, którzy siłą pchali się na wozy stadniny, tabor rozciągnął się na przestrzeni 3-4 km. W tej sytuacji kontakt z prowadzącymi konie był coraz trudniejszy, posuwanie się kolumny utrudnione. Wszystko to działo się w atmosferze podniecenia, zmęczenia, niepewności co będzie jutro, a ponadto stosunek ludności miejscowej był wręcz wrogi. Zakwaterowanie koni, ze względu na wymieszanie kolumny stadniny z uciekinierami, też było znacznie utrudnione.

Etap Budzaki – Szack przeszedł spokojnie, bez żadnych specjalnych wydarzeń. Z Szacka stadnina skierowała się przez Piszczę na Włodawę do wsi Wytyki na lewym brzegu Bugu. Przed dojściem do Włodawy na szosie napotkali dziesiątki uciekinierów, którzy czekali na wejście do Włodawy po uzyskaniu pewności, że Niemcy już się wycofali. Niemcy wycofując się spalili jedyny drewniany most na Bugu. Konie stadniny musiały Bug przejść wpław, po brodzie wskazanym przez miejscową ludność, około 150 m powyżej spalonego mostu. W trakcie tej przeprawy nie zabrakło wielu wesołych momentów, zresztą humory u ludzi znacznie się poprawiły, bo i pogoda zrobiła się znowu prawie letnia i szli przecież do domu. W Wyrykach, gdzie obok ludności polskiej mieszkali Ukraińcy, niejednokrotnie chciano wprowadzić konie na podwórze lub do stodoły. Trzeba było używać siły. W nocy koni pilnował uzbrojony oddział zorganizowany spośród masztalerzy.

Kierownik stadniny dowiedział się, że wojska radzieckie znacznie zbliżyły się do stadniny i przysłowiowo „depczą jej po piętach”. Wobec tego postanowił ostatnie dzielące stadninę do Janowa 80 km pokonać bez dłuższych postojów. Od Wisznic rozpoczęła się droga bita, która wykończyła już częściowo podbite i kulawe konie, szczególnie ucierpiały sysaki i roczniaki. Ludzie zmęczeni, z obtartymi nogami, siadali na roczniaki i dwulatki, kładąc na grzbiet worek z sianem, a nogi w przełożone przez grzbiet pętle zrobione ze sznurków. Te prowizoryczne strzemiona, jak się później okazało, porobiły koniom rany aż do kręgosłupa. Wchodząc do Białej Podlaskiej słychać było strzały, lecz Niemcy wycofali się przed kilku godzinami.

Do Janowa konie doszły (niektóre prawie dowlekły się) 25 września o godz. 3.30. W ciągu 14-dniowej wędrówki przeszły około 350 km. W części stajen w Janowie stały konie ewakuowane z Toru Wyścigowego z Warszawy, z PSK Kozienice i od różnych właścicieli prywatnych. Jakie to konie były, nic nie było wiadomym, bo obsługa w większości uciekła zostawiając konie na pastwę losu. W stajniach też biwakowali uciekinierzy cywilni.

Ogiery PSO w Janowie Podlaskim wróciły poprzedniego dnia. Według relacji kierownika PSO, po południu 24 września na teren stadniny przyjechały trzy niemieckie wozy pancerne. Dowódca tej jednostki wydal polecenie przyprowadzenia wszystkich ogierów w dniu 25 września do stacji kolejowej Siedlce, skąd rzekomo miały być przetransportowane koleją do Prus Wschodnich. Za niewykonanie rozkazu zagroził karą śmierci i wycofał się z Janowa. Z chwilą przyjścia stadniny, stado ogierów przygotowywało się do wymarszu. Około godziny 7 do stadniny przyjechało 5 radzieckich wozów pancernych. Dowódca zapowiedział, że konie zostają na miejscu i Niemcy nic tu nie mają do rozkazywania. Tego dnia po południu do stadniny przyszła kompania radzieckiej piechoty, dowódca jej zarządzi! ewakuację wszystkich koni, „bo Niemcy jadą”. Przy pomocy radzieckich żołnierzy wszystkie konie zostały wyprowadzone do lasu za folwarkiem Pieczyska lub do wsi Werchliś. Po kilku godzinach konie wróciły do stajen. Tydzień od 25 września do 1 października minął raczej spokojnie. Konie trochę odpoczęły, odjadły się, lekarz częściowo zaleczył rany. Jedynie od czasu do czasu przyjeżdżał jakiś oficer radziecki na kulawym, chudym koniu, zabierał w zamian ze stadniny ogiera z siodłem sportowym. Zakaz rekwizycji koni stadniny i stada wydany na prośbę kierownika stadniny przez radzieckiego komendanta rejonu, został podarty przez pierwszego, któremu go pokazano. Rewolucyjny Komitet w Janowie Podlaskim, w celu ochrony koni przed zakusami ludności mieszkającej za Bugiem, wydał stadninie i stadu 10 karabinów i polecił zorganizować oddział samoobrony. W dniu 1 października przyjechało do stadniny kilku oficerów radzieckich, a najstarszy rangą, pułkownik wydał polecenie przygotowania spisów koni w języku polskim i rosyjskim oraz birek (wpleciona w grzywę tabliczka z oznaczeniami identyfikacyjnymi) do wplecenia w grzywy. Rozkaz ten został przyjęty i zrozumiany jako przygotowanie do wyprowadzenia koni z Janowa przez Armię Radziecką.

2 października stacjonujący między stajniami oddział radziecki sprowadził ludność zza Buga i wspólnie z nią wyprowadził za Bug (promem) wszystkie ogiery stada, czołowe ze stadniny i z zakładu treningowego. Niepotrzebne były spisy, wykazy, birki, konie zabierano w największym, jaki można sobie wyobrazić, bałaganie i rozgardiaszu. Po zapadnięciu zmroku na terenie stadniny zostali tylko żołnierze radzieccy koczujący na dworze. Teren oświetlali i sami się grzali ogniskami, na które początkowo brano ogrodzenia wybiegów i pastwisk, a w miarę jak ich zabrakło urządzenia stajenne (ściany boksów, drzwi, okna itp.).

3 października na sygnał, dany ręczną syreną pożarową przez żołnierzy radzieckich, na teren stadniny i stada wpadło kilkuset mieszkańców wiosek położonych za Bugiem. W pierwszym rzędzie rozgrabione zostały konie, zabierane ze stajen w straszliwym chaosie, wyrywaniu sobie koni itd. Konie bez względu na wiek i rasę były zakładane do różnych pojazdów, które łamały, nierzadko robiąc sobie poważną krzywdę. Po koniach przyszła kolej na uprzęże, siodła i wszystko to, co było w stajniach. Tłum szalał, pławił się w grabieży, kradł i niszczył to, co było „solą w oku” przez 20 lat niepodległości Państwa Polskiego. Po zapadnięciu zmroku między stajniami zostali znowu tylko żołnierze przy kilkudziesięciu ogniskach. W następnych dniach do 8 października, od godzin porannych do zapadnięcia zmroku, na terenie stadniny przebywało kilkuset mieszkańców zza Buga z furmankami, którymi wywozili w następującej kolejności: zapasy magazynowe, niemłócone zboże ze stodoły i stert, siano ze stogów, drewno z tartaku przetarte i dłużycę, wraz z urządzeniami tartaku i elektrowni, cegłę z cegielni (około 250 tys. szt.), drewno opalowe z lasu (około 1000 m3). W następnych dniach „zabużacy” kopali ziemniaki, buraki i marchew w polu, zabierając poprzednio wszystko, co było w podwórzu gospodarstwa, a więc krowy, konie robocze itd. Nawet zdarzały się wypadki zdejmowania blachy z dachów stajen. Kiedy już zabrakło do grabieży dóbr stadniny i stada, zaczęto okradać mieszkania, naprzód kierownika stadniny, koniuszego itd. Tak się tłum rozsmakował w grabieży, że planował zdobycie łupów w kościele i seminarium duchownym w Janowie. Jedynie zdecydowana postawa mieszkańców Janowa nie dopuściła do tej grabieży. Równocześnie z okradaniem stadniny i stada, przez teren stadniny do promu na Bugu przemieszczały się oddziały radzieckie pędzące bydło z okolicznych majątków, oraz wioząc urządzenia domów ukradzione na terenach sąsiadujących z Janowem Podlaskim. Przed rozwydrzoną ludnością zza Buga kierownik stadniny musiał schronić się w miasteczku Janów.

Od dnia 10 października nastał całkowity spokój na terenie stadniny. Od czasu do czasu przez teren stadniny w kierunku Bugu przejeżdżał konno jakiś nieduży oddziałek radziecki, nie zatrzymując się w stadninie. Teren stadniny i stada ogierów robił wrażenie olbrzymiego śmietnika. Stajnie częściowo bez pokrycia dachowego, bez drzwi, okien, boksów, ogrodzenia porozbierane, szpalery połamane, rozjeżdżone, popioły po ogniskach, wszędzie pełno porozrzucanych śmieci, siana, słomy i obornika.

W stajniach została jedynie Najada siwa (Fetysz – Gazella II), ur. 1932 r., która nie pozwoliła się wyprowadzić z boksu rabującym konie. W nocy zabrał ją gospodarz z sąsiedniej wioski i wróciła do stadniny w grudniu 1939 r.

Pierwszy etap historii janowskiej stadniny zakończył się po ewakuacji koni w głąb carskiej Rosji w 1914 r. Drugi – w dniu 10 października 1939 r., kiedy nie było w stajniach żadnego konia, a wszystkie urządzenia były zniszczone. Tak smutnie zakończył się wspaniały rozwój stadniny w okresie międzywojennym.

13 października w godzinach popołudniowych pojawiły się w stadninie pancerne wozy niemieckiego Wermachtu. Niemcy byli zaskoczeni, że armia radziecka sprzątnęła im „sprzed nosa” konie, a obiekt zostawiła prawie doszczętnie zrujnowany. W parę dni później do stadniny i stada ogierów w Janowie Podlaskim przyjechał szef stadnin państwowych na terenach okupowanych przez Niemców pik. dr Gustaw Rau (Oberlandstallmeister). Płk. G. Rau powiadomił kierownika PSK Janów, że przed paru dniami został rozstrzelany w Starogardzie przez Niemców kierownik PSO Starogard Zdzisław Koziełł Poklewski, który w latach 1927-1934 był kierownikiem PSO w Janowie Podlaskim. Powodem rozstrzelania było zorganizowanie przez Z. Koziełła Poklewskiego ewakuacji ogierów przed wojskami niemieckimi. W dniu

2 listopada zjechała do Janowa wojskowa komenda z mjr. Grummem na czele, kilku urzędnikami i kilkunastoma żołnierzami ochrony. Pierwszą zorganizowaną robotą w stadninie i stadzie było doprowadzenie całego obiektu do jakiego takiego wyglądu i przystąpiono do remontu stajen. Do pracy zaangażowano wszystkich masztalerzy oraz przyprowadzanych codziennie z miasteczka Janów około 200 mieszkańców pochodzenia żydowskiego. W tym też okresie został wydelegowany na teren powiatu Biała Podlaska koniuszy stadniny Stanisław Więcek znający język niemiecki, w celu odnalezienia koni zgubionych podczas pierwszego etapu ewakuacji wrześniowej. Wyznaczona została nagroda, początkowo w wysokości 250 zł, a następnie 500 zł za oddanie janowskiego konia, lub wskazanie gdzie lub u kogo koń się znajduje. S. Więcek znalezione konie zbierał w majątku Potockich w Hałasach kolo Międzyrzeca Podlaskiego.

Po remoncie najmniej zniszczonych stajen tzw. czołowej i wyścigowej (jedno skrzydło), w dniu 19 grudnia wojskowymi samochodami zostały przetransportowane do Janowa pierwsze konie z tych znalezionych. Było ich 21. Wśród koni zgubionych w pierwszym dniu ewakuacji stadniny, w dniu 11 września i odnalezionych przez koniuszego St. Więcka znalazły się między innymi i wróciły do stajen stadniny:

1. Trypolis (Enwer Bey – Kahira), siwy, ur. 1937 r.

2. Wielki Szlem (Ofir – Elegantka), gn., ur. 1938r.

3. Witraż (Ofir – Makata), gn. ur. 1938 r.

Te trzy ogiery, używane podczas wojny jako czołowe, walnie przyczyniły się do odbudowy hodowli konia arabskiego w Polsce po II wojnie światowej. Tak się zaczęła ponowna odbudowa hodowli w janowskiej stadninie. Dalsze znalezione konie, przychodziły w ciągu 1940 r. W styczniu 1940 r. przyszły do Janowa pierwsze ogiery punktowe ze stad ogierów na Prusach Wschodnich. Niemiecka komenda stadniny i stada, poza masztalerzami, zatrudniła przedwojennych rzemieślników, a także na stanowiskach technicznych asystentów kierownika Stanisława Pohoskiego i Tadeusza Marchowieckiego.

Przebieg wydarzeń w stadninie i stadzie w Janowie Podlaskim w 1940 r. i latach następnych wychodzi już poza ramy niniejszego artykułu.

Promotor Legendy:

_________________________________________________________________

Pierwsza w Polsce i Europie aukcja na konie czystej krwi arabskiej została zorganizowana przez Zjednoczenie Hodowli Zwierząt Zarodowych, Centralę Handlu Zagranicznego Animex i Zjednoczenie Obrotu Zwierzętami Hodowlanymi na terenie Stadniny Koni w Janowie Podlaskim w dniu 5 VI 1970 r.

Na aukcji zostały przedstawione 43 konie wyhodowane w stadninach Janów Podlaski i Michałów, w tym 18 ogierów, 15 klaczy 3-letnich i starszych, 7 klaczy 2-let-nich i 3 klaczki roczne.

Ogiery pokazywane były w trzech kategoriach. Pięć ogierów (Espartero, Gazda, Ariel, Kumys, Cebion), przygotowanych w PSO Kwidzyn przez inż. Andrzeja Orłosia, prezentowanych było w typowo amerykańskich konkurencjach Park Horse i English Pleasure, a następnie w zaprzęgu piątkowym, świetnie prowadzonym przez samego ich trenera. Ogiery Pentagon, Elfur, Złotnik, Dambor, Doman i Litawor, trenowane na Torze Wyścigowym w Warszawie, stanowiły grupę koni przygotowanych do wyścigów płaskich. Pozostałe ogiery: Bajdak, Baj, Elton, Silux, Tryptyk, Admirał i Laos, przedstawione były jako reproduktory już kryjące lub przygotowane do hodowli.

Na aukcję przybyło 20 kupców z USA, Anglii, Szwecji, NRF i Holandii. W po-rze przedpołudniowej odbył się pokaz, a po obiedzie przystąpiono do licytacji. Wszystkie konie pokazywane były podczas licytacji na ringu w ujeżdżalni stadniny. Doskonale prezentowane były zarówno na pokazie, jak i w ringu licytacyjnym ogiery trenowane przez inż. A. Orłosia, który będąc w USA przejął tamtejszy styl pokazywania koni w ręku. Licytacja nie była zbyt ożywiona pomimo znacznego zainteresowania końmi i praktycznie ograniczyła się do rywalizacji trzech importerów z USA. W wyniku przetargu p. Leon Rubin ze stanu New York nabył siwego ogiera Cebion, ur. 1964 w Janowie Podlaskim po Negatiw od Celia po Witraż, oraz klacze Narew (Branibor — Noma po Negatiw), Ruta (Czort — Rusznica po Trypolis) i roczniaczkę Kassapia (Pietuszok — Kassala po Bad Afas). Ta ostatnia klaczka stanowiła przedmiot dość ożywionej licytacji i osiągnęła cenę 3 200 dol. P. Denis Sculli ze stanu New Mexico zakupił najdroższe konie aukcji — gniadego ogiera Bajdak, ur. 1962 w Janowie Podlaskim po Comet od Bajdara po Gabor, za sumę 30 000 dol. Jest to rekordowa cena osiągnięta za konia czystej krwi arabskiej w Polsce i chyba w Europie. Bajdak, reprezentujący typ koheilana, przedstawiał się znakomicie. Odziedziczył on od Bajdary wspaniały, płynny i elastyczny ruch, a urodę od nie żyjącego już ojca — Cometa. Powinien on 30 w niedługim czasie zasłynąć na pokazach w USA, co niewątpliwie będzie najlepszą reklamą naszej hodowli koni czystej krwi arabskiej. Nabywca Bajdaka zakupił również następujące klacze: Elida (Ariel — Elokwencja po Rozmaryn), Zamieć (Czardasz — Złota Iwa po Arax) i dwuletnią klacz Goa (Almifar — Gomora po Comet). P. John Simms z Arizony nabył klacz Pardna (Czardasz — Porfira po Priboj), dwuletnią Gracię (Ego — Garufa po Faber) oraz roczniaczkę Capri (El Azrak — Camorra po Aquinor).

Z nie zakupionych koni dużym zainteresowaniem cieszył się siwy ogier Baj, ur. w Janowie Podlaskim, półbrat Bajdaka, po Negatiw od Bajdary, urodziwy, o pięknym energicznym ruchu, oraz córki Negatiwa — Cerrita od Cerozji i Plerśnica od Pieśni. Mimo iż zostało sprzedanych tylko 12 koni, aukcję w Janowie Podlaskim należy uważać za udaną. Stadniny osiągnęły ze sprzedaży sumę 4 000 000 zł, co daje bardzo wysoką przeciętną. Doświadczenie to wskazuje na celowość organizowania w przyszłości aukcji na konie czystej krwi arabskiej.

Autor: red. czasopisma Koń Polski

Piątka ogierów arabskich prowadzona przez ich trenera – inż. A. Orłosia; dyszlowe: lewy – Kumys (Negatiw – Cumparsita), prawy – Ariel (Sędziwój – Arfa), lejcowe: lewy – Cebion, środkowy- Espertero, prawy – Gazda. Fot.: Zofia Raczkowska
Og. Cebion (Negtiw – Celia) prezentowany przez inż. Andrzeja Orłosia według przyjętych zasad pokazywania koni w Ameryce. Fot.: Zofia Raczkowska
Og. Bajdak (Comet – Bajdara) hodowli Stadniny Koni w Janowie Podlaskim zakupiony do USA za 30 tys. dolarów. Fot.: Zofia Raczkowska

Patron Honorowy: Krzyształowiczówny (Jadwiga, Barbara, Anna i Marta)

Mecenas:

Opiekun: Marek Trela

SK w Janowie Podlaskim nierozerwalnie kojarzy się z postacią jej wieloletniego dyrektora. Legendą stał się jeszcze za życia.

Andrzej Krzyształowicz urodził się w Wiedniu w 1915 roku. Od dzieciństwa był związany z rolnictwem dzięki ojcu, który w owym czasie administrował majątkiem Dzieduszyckich w Zarzeczu. W 1923 roku rodzina przeniosła się do Łańcuta, gdzie Kazimierz Krzyształowicz został dyrektorem naczelnym majątków hrabiego Alfreda Potockiego. W skład licznych posiadłości hrabiego wchodziła również Albigowa ze stadniną koni pełnej krwi angielskiej. Tam też, pod okiem ówczesnego kierownika stadniny Bolesława Orłosia, młody człowiek rozbudził w sobie zainteresowania hodowlą koni i jazdą konną. Tam również zobaczył pierwszego konia czystej krwi arabskiej, mianowicie sprowadzonego z Egiptu ogiera Kafifana. Koń ten był maskotką oraz powodem dumy właściciela i prezentowano go odwiedzającym stadninę licznym gościom hrabiego. Być może ten pierwszy kontakt z koniem arabskim zadecydował o dalszych kolejach losu młodego człowieka.

Jednakże, po uzyskaniu matury w 1933 roku we Lwowie, Andrzej Krzyształowicz postanowił poświęcić się bardzo modnemu wówczas wśród młodych ludzi lotnictwu i złożył dokumenty do szkoły w Dęblinie. Plany te pokrzyżowane zostały przez drobne problemy zdrowotne i ostatecznie trzeba było zdecydować się na inny zawód. W tej sytuacji wybór padł na dziedzinę od dzieciństwa mu najbliższą, czyli na rolnictwo. Studiując na Wydziale Rolniczym i Leśnym Uniwersytetu Poznańskiego poznawał zawód, który wykonywać mu przyszło do końca życia. Rodzina w tym czasie przeniosła się do Surochowa, gdyż ojciec podjął pracę u Czartoryskich w Pełkiniach. Odwiedzając rodziców, młody student utwierdził swoje zainteresowanie hodowlą koni, a szczególnie hodowlą koni orientalnych, jako że Czartoryscy posiadali konie czystej krwi arabskiej i angloarabskie.

Na trzecim roku studiów nadszedł czas na ostateczne ukierunkowanie zainteresowań, czego efektem była praca w katedrze hodowli koni. Na czwartym roku kierownik katedry, profesor Tadeusz Vetulani, dał swojemu asystentowi temat pracy dyplomowej, mianowicie opracowanie „Monografii Stadniny Koni w Janowie Podlaskim”.

Pierwsza wizyta Andrzeja Krzyształowicza w ukochanym do końca życia Janowie miała miejsce 5 lipca 1937 roku, kiedy tu przyjechał, aby zebrać materiały do pracy dyplomowej. W Janowie spotkał kończącego właśnie praktykę studenta Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie Władysława Bielańskiego, późniejszego profesora i światowej sławy specjalistę w dziedzinie rozrodu koni, z którym połączyła go wieloletnia przyjaźń. Czas spędzali praktykanci w Janowie wyjątkowo pracowicie – poza gromadzeniem materiałów do własnej pracy i zapoznawaniem się z codziennymi zajęciami stajennymi musieli bowiem nauczyć się rozpoznawać wszystkie konie, co było bardzo stanowczo wymagane przez dyrektora Stanisława Pohoskiego. We wrześniu 1937 roku skończył się pobyt Andrzeja Krzyształowicza w Janowie, a rozpoczął czas opracowania zebranych materiałów i przygotowania do obrony pracy dyplomowej. Ostatecznie, 24 czerwca 1938 roku, po zdaniu egzaminu dyplomowego, uzyskał dyplom inżyniera rolnika. Jego praca dyplomowa jest dzisiaj unikatowym źródłem wiedzy o stadninie z okresu międzywojennego. Znalazły się tam opisy obiektów stadniny ich architektury i funkcjonalności oraz charakterystyka hodowanych wówczas w Janowie ras koni wraz z pomiarami zoometrycznymi. Wojna zniszczyła wiele budynków, w tym również stajennych, i niektóre z nich po zakończeniu działań wojennych nie zostały odbudowane, co jeszcze bardziej podnosi wartość dokumentalną tego przekazu. Przedstawienie celów hodowlanych ówczesnej stadniny i sposobów ich realizacji jest ogromnie ważnym źródłem informacji dla współczesnych hodowców, niezwykle pomocnym w ich pracy, bowiem kontynuacja ówczesnej polityki hodowlanej umożliwiła współczesne sukcesy polskiej hodowli.

Dyrektor Stanisław Pohoski i dr Witold Pruski, ówczesny naczelnik Wydziału Chowu Koni w Ministerstwie Rolnictwa, wspólnie zaproponowali młodemu absolwentowi wysokie stanowisko zastępcy dyrektora Stadniny Koni w Janowie Podlaskim. W rezultacie, 1 grudnia 1938 roku Andrzej Krzyształowicz objął od razu tak eksponowane stanowisko, co dowodziło zaufania władz do zdolności młodego człowieka. Niestety, spełnienie młodzieńczego marzenia o pracy w janowskiej stadninie przypadło na tragiczny dla Polski okres utraty niepodległości i na czas zagłady kwitnącej hodowli janowskiej.

Wybuch wojny 1939 roku zastał go na posterunku w Janowie, gdzie pod nieobecność dyrektora musiał poradzić sobie w zgoła niecodziennej sytuacji, spowodowanej mobilizacją części pracowników, i zapewnić koniom opiekę, paszę oraz przygotować stadninę do warunków wojennych. Zgodnie z zarządzeniem władz o ewakuacji stadniny, blisko 200 koni, prowadzonych przez około 40 ludzi, wyruszyło wieczorem 11 września na wschód. Maszerowano nocami, co względnie zabezpieczało przed nalotami, dziesiątkującymi kolumny uciekinierów, zapełniające wówczas polskie drogi. Pod kierownictwem Stanisława Pohoskiego Andrzej Krzyształowicz poprowadził wraz z trenerem młodych koni, emerytowanym pułkownikiem Jakimowiczem, i praktykantem Adamem Sosnowskim ponad dwukilometrową kolumnę koni na południowy wschód w okolice Kowla i Kamienia Koszyrskiego (obecnie Ukraina). We wsi Wierchy, w obliczu narastającego wrogiego nastawienia miejscowej ludności, która w oczekiwaniu na wkraczające wojska sowieckie zaczynała poważnie zagrażać bezpieczeństwu ludzi i koni, zapadła decyzja o zawróceniu kolumny i powrocie do Janowa.

Kolumna wycieńczonych koni i ludzi wróciła do Janowa 24 września o godzinie 5 rano, a o 6 wjechały wojskowe pojazdy sowieckie, wiozące oddziały przejmujące kontrolę nad stadniną. Wojsko to zajęło się głównie pilnowaniem bezpieczeństwa ludności zabużańskiej, która rozpoczęła bestialską grabież wszystkiego, co było do wzięcia. W pierwszej kolejności zabierano konie, a następnie sprzęt, paszę i wyposażenie stajenne.

Nie mogąc przeciwdziałać grabieży stadniny, pozbawiony obowiązków i źródeł utrzymania, Krzyształowicz w pierwszych dniach października 1939 roku ucieka z Janowa. Wraca w styczniu 1940 roku i zatrudnia się jako masztalerz w stadninie, będącej już na obszarze objętym niemiecką okupacją. Pod komendą pułkownika Hansa Fellgiebla pracuje nad odbudową janowskiej hodowli jako koniuszy w stadzie ogierów, a później jako asystent techniczny stadniny. Bierze udział w odnajdywaniu zaginionych w czasie ewakuacji, rozproszonych w terenie koni, które później stanowić będą podstawy polskiej hodowli, zaczynającej praktycznie od niczego, gdyż po odejściu Rosjan w najbliższej okolicy stadniny odnaleziono jedynie błąkające się po lesie dwie roczne klaczki, Wierną i Wilgę, oraz osierocone źrebię od klaczy Makata, czyli Zalotną. Po kilku tygodniach przyprowadzono jeszcze, przechowaną przez pobliskiego rolnika Zarębę, klacz Najadę.

Inżynier Krzyształowicz przez cały okres okupacji niemieckiej brał aktywny udział w odtworzeniu janowskiego stada, które ostatecznie pod koniec wojny osiągnęło stan liczebny sprzed wojny, lecz oczywiście daleko mu było do dawnej jakości.

W dniu 16 lipca 1944 roku następuje kolejna ewakuacja stadniny, tym razem na zachód – do Niemiec. I teraz Krzyształowicz nie opuszcza koni i wraz z żoną Zofią i córką Jagą towarzyszy im w tułaczce pełnej niebezpieczeństw. Najpierw transportem kolejowym stadnina pokonuje trasę z Białej Podlaskiej, przez Gostynin, Görlitz, Lobau. do Reichenbach, a następnie pieszo do Sohland w Saksonii gdzie zostaje do lutego 1945 roku. W dniu 13 lutego konie i ludzie wyruszyli w dalszą drogę w kierunku Drezna. Noc z 13 na 14 lutego 1945 była chyba najtragiczniejsza w historii tego miasta. Tej nocy miał miejsce dywanowy nalot bombowców alianckich, który zniósł z powierzchni ziemi większość zabudowy Drezna. Stado ogierów, poprzedzając w marszu wolniej poruszające się klacze i młodzież, nieszczęśliwie znalazło się w strefie nalotu i straciło 22 ogiery. Ocalałe ogiery, klacze i młodzież marszem pieszym dotarły 23 lutego do Torgau, a następnie już koleją do majątku Nettelau niedaleko Kilonii, gdzie stadnina doczekała ostatecznego upadku Niemiec i wkroczenia aliantów. Już w maju 1945 roku powstał Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech, którego pierwszym komendantem został ppłk Władysław Rozwadowski. Zarządowi temu podlegały wszystkie polskie stadniny i stada ogierów znajdujące się na terenie Niemiec. Jesienią 1945 roku nastąpiła reorganizacja stadnin na wzór angielski i janowska stadnina weszła w skład Depot Koni Polskich Nr 2 jako oddział Nettelau, z Andrzejem Krzyształowiczem jako kierownikiem. Zorganizowawszy codzienne życie stadniny, od jesieni 1946 roku wysyłał on do kraju kolejne transporty koni i sprzętu stadninowego, a sam wrócił do Gdyni ostatnim statkiem wraz z najcenniejszymi klaczami czystej krwi arabskiej.

Na skutek zniszczeń wojennych Janów nie był gotowy na przyjęcie koni i stadnina janowska znalazła tymczasową siedzibę w Posadowię. Inżynier Tadeusz Rudzki, przebywający na praktyce w Posadowię w latach 1947-1948, w swoim sprawozdaniu następująco ten fakt komentuje: „Tak więc, dzięki polskiemu personelowi stadninowemu, kierownikom zepchniętym do podrzędnych stanowisk, masztalerzom, którzy opuścili swoje domy udając się na ciężką tułaczkę w nieznane, byleby tylko z umiłowanemi przez nich końmi, Państwo Polskie, a z nim i hodowla odzyskała ten cenny materiał, bez którego po obecnych zniszczeniach wojennych sytuacja hodowli koni w Polsce byłaby bardzo krytyczna” („Janowska Stadnina Orientalna w Posadowię. Sprawozdanie z rocznego pobytu opracowane przez inż. Rudzkiego Tadeusza”, 1947—1948; w Archiwum Stadniny. Dalsze cytaty pochodzą z tego samego źródła). Zaraz po przybyciu z Niemiec do Posadowa wszystkich 392 koni w dniach 11-15 listopada odbył się przegląd koni, w którym, jak relacjonował Tadeusz Rudzki, uczestniczyli: „Główny inspektor Stadnin Państwowych inż. Witold Pruski, inspektor Okręgu Poznańskiego inż. Stanisław Hay, kierownik PSO Gniezno inż. Bronisław Walicki, kierownik PSK Posadowo inż. Czesław Hincz i nieopuszczający swoich koni inż. Andrzej Krzyształowicz”.

Rzeczywistość powojenna odbiegała jednak znacznie od tego, czego mógł się spodziewać powracający do kraju Krzyształowicz, który liczył na możliwość kontynuowania pracy z końmi janowskimi w myśl hodowlanej filozofii Stanisława Pohoskiego, swego nauczyciela i twórcy przedwojennych sukcesów Janowa. Nowa rzeczywistość, kierująca się innymi wartościami, przyniosła jednak decyzje, które na długie lata zmieniły hodowlaną pozycję Janowa, usuwając w cień tę tak zasłużoną dla kraju stadninę. Próżno byłoby doszukiwać się w materiałach źródłowych powodów merytorycznie uzasadniających decyzję o rozdzieleniu stada arabskiego na trzy odrębne stadniny i wątpliwa staje się opinia o próbie uchronienia hodowli arabskiej przed likwidacyjnymi zakusami komunistów. Niestety, jawi nam się rzeczywistość, w której zwyciężają poglądy ignorujące przedwojenne dokonania Janowa na rzecz podważanych zarówno przez ówczesne autorytety (Witold Pruski Michał Jankowski), jak i współczesnych nam badaczy, zasad Carla Raswana, a właściwie Karla Schulza, o hodowaniu koni arabskich w czystości rodów.

Obiektywny zapewne obserwator, cytowany już Tadeusz Rudzki, tak zanotował: ..Nie wiem, czy przy ostatnim rozdziale czystej krwi arabskiej przeważyło zdanie dr. Skorkowskiego, czy też konieczność (z braku obiektu na ulokowanie większej grupy koni w rejonie arabskim). Rozbicie czystej krwi na mniejsze grupy sprzyjało koncepcji dr. Skorkowskiego, dość że powstały trzy stadniny arabskie, z których dwie w miarę możności mają konie w typie Kuhailan, trzecia w typie Saklawi”.

Brak obiektu na ulokowanie stada arabskiego nie mógł być racjonalnym argumentem, gdyż co prawda stajnie janowskie były częściowo zniszczone, lecz zostały szybko naprawione i już 30 października 1950 roku powróciły do domu konie półkrwi arabskiej i angloaraby. Wcześniej już działał w Janowie zakład treningowy dla młodych ogierów, a w stajniach trzymano mierzyny i kopczyki podlaskie.

Ostatecznie jednak konie janowskie rozdzielono i rozesłano do świeżo zakładanych stadnin w Albigowej, Nowym Dworze i Klemensowie-Michalowie. Pozbawiony w ten sposób uratowanych przez siebie koni, Andrzej Krzyształowicz dostaje w grudniu 1951 roku służbowe polecenie objęcia stanowiska rejonowego inspektora hodowli koni na województwa południowo-wschodnie z nakazem przeniesienia się wraz z żoną i czterema córkami do PSO Białka. Z nowych obowiązków wywiązuje się jak zwykle doskonale. Nadzoruje hodowlę w państwowych stadninach w rejonie, gdzie zlokalizowano hodowlę arabów, a więc nie traci kontaktu ze swymi niedawnymi podopiecznymi, marząc jednak ciągle o ich powrocie do domu. Dnia 1 lipca 1956 roku wreszcie powraca do swego Janowa, gdzie po pewnym czasie obejmuje stanowisko dyrektora. W odbudowanych janowskich stajniach były już konie półkrwi, a w latach 1960 i 1961, po likwidacji stadnin w Albigowej i nowym Dworze, dołączyły do nich konie czystej krwi arabskiej. Skończył się okres tułaczki, a rozpoczął czas spokojnej pracy hodowlanej.

Konie czystej krwi arabskiej, hodowane w polskich stadninach państwowych, zwróciły uwagę hodowców zagranicznych i od wczesnych lat sześćdziesiątych rozpoczął się na coraz większą skalę ich eksport. Rosnące zainteresowanie polskimi końmi spowodowało konieczność uporządkowania handlu i w tym celu w 1970 roku zorganizowano w Janowie pierwszą aukcję. Sukces tej aukcji udowodnił celowość takiej właśnie formy sprzedaży, a efekty tego obserwować można obecnie, kiedy aukcja janowska obchodzi kolejne jubileusze i stała się imprezą o najdłuższej tradycji na świecie. Organizatorem, gospodarzem, „dobrym duchem” i żywą legendą kolejnych aukcji był dyrektor Andrzej Krzyształowicz. Jemu należy zawdzięczać powodzenie w sprzedaży koni janowskich i w organizowaniu kolejnych aukcji. Rosnąca popularność polskich koni i ich sukcesy na zagranicznych pokazach wskazały na konieczność organizacji i u nas pokazów hodowlanych. które poza kwalifikowaniem koni do konkursów międzynarodowych prezentowałyby aktualne dokonania polskich hodowców. W sposób oczywisty wybór miejsca i czasu padł na Janów i dni poprzedzające jego aukcję. Zwiększyło to zakres zadań, za które odpowiedzialny był dyrektor janowskiej, stadniny, i oczywiście temu nowemu wyzwaniu inż. Krzyształowicz doskonale podołał, tak dzięki doskonałej organizacji tych imprez, jak i wynikom koni prezentowanych przez janowską stadninę.

Na stanowisku dyrektora stadniny Andrzej Krzyształowicz pozostał do przejścia na emeryturę w dniu 1 kwietnia 1991. Po przejściu w stan spoczynku prawie do ostatnich chwil swego życia nie tracił kontaktu z końmi, służąc też zawsze chętnie radą i pomocą swoim następcom.

O jego znakomitych dokonaniach hodowlanych świadczą sukcesy licznych wychowanków na pokazach hodowlanych, torach wyścigowych i hipodromach w Polsce i na świecie. I tak, w dziale czystej krwi arabskiej wyhodowane przez Andrzeja Krzyształowicza konie zdobyły: 22 tytuły czempionów Polski; zwycięstwa w czempionatach USA, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Belgii, Francji, Włoch, Niemiec, Anglii, Kanady, Brazylii; 18 zwycięstw w Derbach Arabskich.

Dział półkrwi angloarabskiej dostarczył niezliczone ogiery do PSO, bezcenne klacze hodowlane do hodowli terenowej i wiele doskonałych koni do sportu.

Złoty medal olimpijski w skokach przez przeszkody, zdobyty przez Jana Kowalczyka na janowskim Artemorze, jest najlepszym dowodem najwyższej jakości koni hodowanych przez Andrzeja Krzyształowicza, który był też wychowawcą wszystkich powojennych pokoleń hodowców koni w Polsce, stanowiąc dla nich wzór fachowości, sumienności, oddania służbie i prawości. Zmarł w Janowie Podlaskim 19 września 1998 roku i pochowany został na miejscowym cmentarzu.

Autor: Marek Trela

Andrzej Krzyształowicz z Markiem Trelą
Andrzej Krzyształowicz i Aloes, sprzedany do USA w 1987 roku, za kwotę 350 000 USD

Patron Honorowy:

Mecenas: Marek Gawlik

Opiekun: Rodzina Jana Ziniewicza

Masztalerz SK Janów Podlaski, który w czasie dywanowego bombardowania Drezna uratował Witraża i Wielkiego Szlema.

Jan Ziniewicz zaczął pracować przy koniach jako 18-letni młodzieniec w 1916 r., w okresie kiedy stadnina była ewakuowana w czasie pierwszej wojny światowej w głąb Rosji.

Po powrocie do Polski pracował jako masztalerz w stadninie przy klaczach, a następnie przy źrebakach. W 1921 r. rozpoczął pracę w stajni wyścigowej. Co roku w sezonie jeździł na tory we Lwowie, Lublinie, Piotrkowie i Przemyślu. W 1937 r. wygrał na Olszy Oaks i w tymże sezonie nagrodę Porównawczą na Lowelasie (po Koheilan I).

Szczególnie miło wspomina pobyt we Lwowie, gdzie w 1939 r. zastała ich wojna. Pod dowództwem trenera Szyszki dojechali wierzchem do Białki, ale tam konie ich zostały zabrane przez wojsko. Przepadły wtedy dla polskiej hodowli: Skrzyp, Kasztelan, Sumak, Rozmaryn, Robak, Rdest i Ramajana.

Z Białki szli piechotą przez 5 dni do Janowa Podlaskiego. W czasie okupacji Ziniewicz pracował w stajni czołowej jako masztalerz. Opiekował się między innymi Witrażem, Wielkim Szlemem i Wersetem. W 1943 r. odtransportował do stadniny Hostowni (Czechosłowacja) ogiera Witezia i dwie klacze — Wierną i Zalotną.

W czasie ewakuacji stadniny w 1944 r. opiekował się początkowo 8 końmi. Podczas postoju na stacji w Białej — miał wielką ochotę wracać do domu, ale był sam w wagonie i „nie miał serca, aby zostawić konie bez opieki”.

W dniu 13 lutego 1945 r. znalazł się wraz z końmi w Dreźnie w momencie dywanowego bombardowania tego miasta. Prowadził Witraża i Wielkiego Szlema. Koni nie puścił ani na chwilę, nawet wówczas gdy obok nich padały bomby zapalające. Wspomina wyjątkowy spokój, z jakim nasze araby reagowały na otaczające ich „piekło”. Po dojściu stadniny do Nettelau był komendantem czołowej stajni aż do powrotu jesienią 1946 r. do Posadowa. W ramach urlopu pojechał do Janowa i tam (za namową R. Kajetanowicza) pozostał.

Pracował tam przez 3 lata przy ogierach i chodził z nimi na punkty kopulacyjne. Po powrocie stadniny janowskiej przeszedł do stajni czołowej i pracował tam jako komendant do chwili odejścia na emeryturę w 1963 r. Jego ukochanym koniem był Waćpan, którym opiekował się aż do jego śmierci.

Zmarł 26. kwietnia 1975 roku. Żył 77 lat.

Jan Ziniewicz wraz z Almifarem (wnukiem Witraża) oraz Czortem (synem Wielkiego Szlema)